niedziela, 20 lutego 2011
O moich związkach
Czyli navaira obnaża się ekshibicjonistycznie i tłumaczy, dlaczego jest taki pyskaty i mądraliński na temat związków cudzych: otóż posiadł on mądrość wynikłą z doświadczenia.

Mój pierwszy związek trwał ponad dwa lata i w zasadzie nie liczyłbym go wcale, gdyby nie to, że trwał ponad dwa lata. Byłem młody, głupi i nie wiedziałem, co to miłość, ale za to wiedziałem, że jestem bardzo samotny. Z Funiem nie byłem samotny i to niestety była główna zaleta tego związku. Obaj byliśmy kompletnie niedoświadczeni seksualnie, co dało mi wiele materiału do sitcomu "Zenek i Józio" jaki kiedyś napiszę, ale niestety pozostawiło mnie też z wrażeniem, że seks jest nie tyle przeceniany, co w ogóle nieprzyjemny.

Związku drugiego w ogóle bym nie liczył, ponieważ jak wiadomo jestem zdania, że sześć miesięcy to nie związek, tylko randkowanie, ale okres ten doświadczył mnie tak boleśnie, że niechcący udowodniłem nieprawdziwość zasady Charlotte York. Zasada Charlotte York brzmi: na każdy miesiąc nieudanego związku przypada tydzień "żałoby" zanim uda Ci się przestać zadręczać, tęsknić i żywić uczucia wobec eksa. W moim przypadku zanim udało mi się przestać żywić uczucia minęło pięć lat. Charlotte, gówniana z ciebie terapeutka. Won ze sceny. Co do samego związku, jeśli potrzebowałem więcej dowodów, że homoseksualizm i religijna rodzina nie są najlepszym połączeniem na świecie, to po rozstaniu z X już ich nie potrzebowałem, a nawet miałem nadmiar, którym mógłbym obdzielić przyjaciół, znajomych i ich wielodzietne rodziny.

Związek trzeci trwał najdłużej, jak na razie, bo ponad 3 lata i większość tego okresu wspominam pozytywnie. Scipio i ja przyjaźnimy się nadal. Jest to możliwe z dwóch powodów. Po pierwsze primo, żaden z nas nie zranił, nie okłamał i nie zdradził tego drugiego, a po drugie primo, zrobiliśmy sobie po zerwaniu przerwę. A po tej przerwie spotkaliśmy się na herbatkę. A potem na piwo. A potem jakoś się tak okazało, że to, co mieliśmy wspólnego nadal mamy, a to, co nas różniło w zasadzie się nie liczy, bo nie jesteśmy już parą. Czyż to nie przyjemne?

Związek czwarty, z Wikingiem, trwał 18 miesięcy i w moim zamierzeniu miał być związkiem ostatnim. Niestety, za bardzo chciałem, żeby się udało. Gdyby nie to, zapewne trwałby 2 miesiące, po których zrobiłbym awanturę, obrzucił Wikinga przedmiotami, podpalił mu dywan i opluł koty. Zamiast tego jakże logicznego rozwiązania wciskałem samemu sobie, że zgadzanie się na wszystkie jego zachcianki nazywa się kompromisem, to, że on wszystko wie lepiej bierze się z jego chęci zrobienia mi jak najlepiej, a to, że niemal każde spotkanie z moimi przyjaciółmi lub rodziną kończy się kłótnią (zawsze na tematy niezwiązane i na ogół o pierdoły) jest przypadkiem. Niestety, pewnego dnia pisząc notkę na heteroblogaska zorientowałem się, że gdybym znalazł na forum post opisujący związek wypisz-wymaluj jak mój własny, wyśmiałbym autora lub autorkę niemiłosiernie. Po tym odkryciu już nie dało rady długo tłumaczyć samemu sobie, że to po prostu różnice kulturowe, a kompromisy (zawsze wyłącznie moje) to wyraz dojrzałości.

Osiem miesięcy po zerwaniu spędziłem na szlajaniu się po rynsztokach cieszeniu się urokami życia, zaliczyłem to i owo, poznałem życie od wielu innych stron niż do tej pory, po czym mi się znudziło. I w tym dokładnie momencie pojawił się w moim życiu jeden taki mały pyskaty DJ, z którym spędziłem tak coś koło 26 dni z ostatnich 30. (Tak, miesiąc temu to było.) Co z tego wyniknie, kochany pamiętniczku, dowiesz się z czasem.
środa, 16 lutego 2011
Opcje
My, samotne dziewczęta w wielkim mieście (jak wiadomo czytelnikom mojego drugiego blogaska jestem honorową kobietą) często narzekamy na to, jak okropni są faceci. Głupi, niemili, niesympatyczni, paskudni, wredni, brzydcy, niedomyci, etc. Nie znają się w ogóle na kinie japońskim, nie umieją ocenić jakości wina w restauracji, nie znają się ani trochę na literaturze iberoamerykańskiej i ubierają się bez gustu (tzn. na piątej randce pojawiają się bez krawata). Tak więc, wzdychamy smutno naszej przyjaciółce (lat 28, zamężna od 17 roku życia, siedmioro dzieci, z zawodu niepracująca) nad siódmym kieliszkiem bożole, chyba sama rozumiesz Basiu, że ja bym się z takim palantem nie mogła, no jakżeby znowu. On nie odróżnia Żoselułisaborżesa od Żuliokortazara!!! Jak ja mam budować życie z kimś takim?!

My, samotni mężczyźni w wielkim mieście (jak wiadomo czytelnikom mojego drugiego blogaska kobietą jestem li i jedynie honorową) często narzekamy na to, jak podłe są kobiety. Nic nie robią jeno zdradzają, wydają nasze pieniądze, wydają nasze pieniądze na gachów z którymi nas zdradzają, równolegle zaś tyją, wrzeszczą, łączą urodę posłanki Sobeckiej z osobowością posłanki Sobecką i ogólnie chyba to zrozumiałe, że byśmy się z czymś takim ożenić nie mogli i jakie ty masz Józiu szczęście, że spotkałeś Basię. Drugą godzinę się tak wywnętrzamy naszemu kumplowi Józiowi (który z wielką ulgą zostawił Basię z siedmiorgiem przychówku w domu i po raz pierwszy od 2003 wyrwał się na piwo z kumplem, tzn. z nami, i sprawia mu to tak wielką ulgę, że jest gotów nas słuchać w nieskończoność) gdy nagle widzimy na horyzoncie długonogą blondynkę przyodzianą w niezbyt wiele i zdanie, które właśnie mieliśmy napocząć -- zdaje się coś o tym, że one wszystkie są takie same -- usycha nam na ustach. -- Zaraz wracam -- rzucamy w kierunku Józia i udajemy się w kierunku blondynki.

Jakoś tak się dziwnie składa, że jest wiele kobiet, które twierdzą, że nie pragną niczego oprócz szczęśliwego zamążpójścia, oraz wielu facetów, którzy z równym zapałem twierdzą, że kobiety lecą wyłącznie na przystojnych drani w Mercedesach, a taki uroczy i sympatyczny safanduła jak on, wraz ze swoim pięcioletnim Fordem, nigdy nie znajdzie partnerki życiowej. Przez jakiś czas sam z zapałem przyłączałem się do chóru skandującego "wszyscy faceci są tacy sami", aż dopóki nie dotarło do mnie, że posłanka Sobecka ma męża. I dwoje dzieci. Co oznacza, że musiała z mężem uprawiać seks co najmniej dwa razy.

My*, single w dużym mieście, po trzydziestce, z zarobkami, mieszkaniem etc., wcale tak naprawdę nie chcemy być w związku. Bo gdybyśmy chcieli, to byśmy byli. My chcemy mieć opcje. (Artykuł o opcjach tutaj) Znam ludzi, którzy są w związkach otwartych, którzy niby to są w związku, ale tak nie do końca, bo rozglądają się za upgrade'm, którzy co wieczór idą do innego baru, gdzie wylewają swoje smutki i samotność kolejnemu przystojnemu brunetowi, którego na koniec wieczora zabierają do domu, żeby im wymasował samotność, a potem każą spierdalać, bo samotność samotnością, ale oni nie lubią spać obok drugiej osoby. 

Tak jest, stawiam niniejszym kontrowersyjną tezę: otóż z lektury forów gazeta.pl wydaje się wynikać, iż mało jest prawdziwych singli, którzy lubią samotność, a dużo osób, które strasznie by chciały kogoś mieć, ale jakoś nie mają. Ja uważam, że jest odwrotnie: jest mnóstwo singli, którzy pasjami ubóstwiają być sami, ale krygują się, że ach och jaka jestem samotna w moim 35-metrowym mieszkanku wypełnionym po brzegi literaturą iberoamerykańską, bo wiedzą, że społeczeństwo tego oczekuje. A dopóki jestem sobie singlem i nie zdeklarowałem się przy żadnej drugiej osobie, mam opcje. A problem z opcjami jest taki, że można się bardzo łatwo przyzwyczaić do ich posiadania; a kiedy mamy opcje, myśl o byciu związku oznacza rezygnację z posiadania opcji... 

Osób prawdziwie samotnych i niezdolnych do nawiązania kontaktu z kimkolwiek innym mimo, że NAPRAWDĘ by chciały jest bardzo mało. Przy czym ten rodzaj fobii społecznej da się leczyć. Czy da się leczyć kurczowe trzymanie się opcji? Są pewne sposoby, np. doczekanie, aż przekroczymy pięćdziesiątkę i ilość dostępnych opcji drastycznie spadnie... ale tak naprawdę przede wszystkim trzeba chcieć.

Temat będziemy kontynuować, bo "singiel po trzydziestce" to kopalnia materiału i nie chciałbym, żeby mi się za szybko wyczerpała.

* Kiedy mówię "my, single", mam na myśli siebie miesiąc temu, ale o tym też kiedy indziej.