sobota, 31 grudnia 2011
Najlepszego etc. #2 (eksperymentalnie)
Do tej pory specjalnie swojej muzyki tu nie reklamowałem, ale może warto sprawdzić, co się zabawnego wydarzy, jeśli to zrobię? ;)

Tę piosenkę napisałem specjalnie z okazji Sylwestra i Nowego Roku, a tytuł chyba nieźle wyjaśnia jej przesłanie. Wokal niestety nagrałem przeziębiony -- gdyby komuś przeszkadzał drżący głosik, proszę zwalić na karb wzruszenia i emocji ;P

EDIT: 1 stycznia powoli się kończy, demo zdjęte, wersja bez przeziębienia na następnej EPce. :)
Najlepszego etc.

Żeby nie było, że teraz już będę zawsze grzeczny ;)
czwartek, 29 grudnia 2011
Parę słów o feminizmie (znowu)
Kinga Dunin pisze o książce Danuty Wałęsy:

Czy Danuta Wałęsa jest feministką? Nie ja wymyśliłam to pytanie. Pojawia się ono w jej autobiograficznej książce, pojawia się w jej omówieniach. Odpowiedź samej zainteresowanej jest przewidywalna: jasne, że nie. I nawet znajdujemy coś w rodzaju wyjaśnienia: bo kobieta, jak zechce, może wszystko osiągnąć, wszystko to, co mężczyźni. Musi tylko dużo bardziej się postarać. Dla niektórych z tej konstatacji wynika feminizm, dla niektórych nie. Dla mnie jest tu o jedną przesłankę za mało. Brakuje odpowiedzi na pytanie, czy chcemy to zmienić. Nie ma prostszej definicji „obiektywnego” feminizmu: jest to przekonanie, że kobiety mają gorzej i należy to zmienić. Cała reszta to komentarze i przypisy. Pełno w nich sporów o to, w czym gorzej i jak zmienić.  

Nie podoba mi się prosta definicja obiektywnego feminizmu. Podobną prezentuje Wikipedia:

Feminism is a collection of movements aimed at defining, establishing, and defending equal political, economic, and social rights and equal opportunities for women.

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem Susan Sontag, Kingą Dunin, czy nawet Agnieszką Graff, ale osobiście postrzegam feminizm inaczej: feminism is a collection of movements, ble, ble, and social rights and equal opportunities FOR BOTH GENDERS. Feminizm uważam za ważny i przydatny bezpośrednio również dla mnie osobiście, mimo, iż jestem mężczyzną płci odmiennej; widzę w nim spore, nie tylko potencjalne zyski dla mężczyzn i z takim widzeniem feminizmu identyfikuję się o wiele silniej, niż z "kobiety mają gorzej".

Kobiety, rzecz jasna, MAJĄ obiektywnie gorzej. Gdybyśmy stworzyli listę nierówności pomiędzy płciami, kobiety obrywają o wiele częściej -- i nie mówię nawet o kulturach, w których kobieta jest przedmiotem, a jej zdanie na żaden właściwie temat nie posiada wagi większej, niż zdanie odkurzacza lub kota. Mówię o kulturze polskiej, w której cały czas przyjęte jest za normalne to, że mąż i żona wracają z pracy, po czym żona gotuje obiad, sprząta, prasuje, pierze i pomaga dzieciom robić lekcje, zaś mąż odpoczywa, gdyż przecież jest zmęczony. W której żona zarabia 70% tego, co mąż, po prostu dlatego, że nie posiada penisa. W której nie można zgwałcić prostytutki, w której mamy reżysera A. Holland, psychologa E. Woydyłło czy też pisarza D. Wałęsę.

Wszystko powyżej jest, rzecz jasna, prawdą. A jednak to mężczyźni żyją krócej, to oni częściej dostają zawałów, to oni są wychowywani w przekonaniu, że jedynym prawdziwym męskim zachowaniem jest picie, palenie i jedzenie boczku smażonego w głębokim tłuszczu (co nie zmienia faktu, iż pisma dla panów na stronie 13 piszą o cygarach i koniakach, a na stronie 14 o tym, jak osiągnąć sześciopak na brzuchu). Kobieta, która jest zadowolona ze swojej pracy na niskim stanowisku, nie spotyka się z takim zaskoczeniem społeczeństwa, jak mężczyzna, który wcale nie chce być dyrektorem, prezesem, czy też zwyczajnie lubi posiedzieć sobie z dziećmi, wyjść z nimi na spacer, ugotować obiad i odkurzyć mieszkanie, podczas, gdy żona pracuje zarobkowo.

Postrzeganie feminizmu w Polsce pod koniec roku 2011 mało się niestety różni od tegoż postrzegania w roku 2001. Podczas gdy ruchy LGTB coś tam zdołały osiągnąć, feminizm z niezrozumiałych (dla mnie) powodów nie dorobił się przyzwoitego PR, czego efektem jest to, że aktorki, piosenkarki, pisarki i żony eks-prezydentów nadal odżegnują się od feminizmu, często budując zdania typu "nie jestem oczywiście feministką, ale [tu wstaw piętnaście podstawowych postulatów feminizmu]". Mężczyzn, rzecz jasna, w ogóle się o takie rzeczy nie pyta, z wyjątkiem czołowej polskiej specjalistki ds. feminizmu J. Korwin-Mikke, która regularnie wypowiada się na ten jakże jej świetnie znajomy temat.

Feminizm -- taki, jak ja go rozumiem -- bliższy jest zapewne teorii queer niż stwierdzeniu, że "kobiety mają gorzej". Dzięki swojemu feminizmowi nie mam żadnego problemu z tym, że moją szefową jest kobieta, że zarabiam mniej niż ona, że to ona wydaje mi rozkazy, a gdybym przypadkiem był hetero, nie miałbym problemu z tym, że to ja siedziałbym w domu gotując obiady, a ona chodziła do pracy i zarabiała na nasze życie. Z tym, że nie miałbym problemu również z sytuacją odwrotną. Feminizm rozumiem po prostu tak -- kobiety i mężczyźni powinni być traktowani tak samo, z paroma wyjątkami wynikającymi z biologii. Nie spodziewamy się zastać na porodówce mężczyzny z wielkim brzuchem i zaaferowanej żony trzymającej go za rękę i przygotowującej do cesarskiego; nie spodziewamy się, zamawiając tragarzy, że przybędą kobiety. Faceci są silniejsi fizycznie, kobiety zaś rodzą dzieci. Z powyższego nie wynika absolutnie nic poza tym, co napisałem, a już na pewno nic, co usprawiedliwiałoby różnice zarobków, czy też zwalanie na kobiety wszelkich prac domowych.

Dzięki swojemu feminizmowi czuję się bardzo wyzwolony z różnych oczekiwań, jakie społeczeństwo (nie tylko polskie, holenderskie czasami też) usiłuje zwalać mi na głowę. Nie muszę -- choć czasami bardzo lubię -- być samcem alfa; nie muszę zdobywać, wygrywać, dominować i rządzić; nie muszę unikać lekarza, bo to niemęskie się skarżyć na problemy ze zdrowiem; nie muszę chodzić nieumyty i hodować brzucha piwnego, bo tylko cioty i baby używają dezodorantu. Tak samo moja przyjaciółka-feministka nie musi chodzić do pracy, lecz może siedzieć w domu i zajmować się dziećmi, do pracy wysyłając męża. Dlatego, że oboje przedyskutowali istniejącą sytuację i dokonali takiego wyboru RAZEM. Wiedzieliście, że są takie feministki, które gotują, sprzątają i nie są nawet lesbijkami? Założę się, że panie Korwin-Mikke i Wałęsa nie wiedzą.
Z Nowym Rokiem, nowym krokiem
Zrobiłem coś głupiego.

Nie pierwszy raz, rzecz jasna, ale jednak nawet moja głupota na ogół ma swoje granice. Tym razem przekroczyłem je zdecydowanie, o mało nie usunąwszy się z tego padołu. I kiedy starałem się desperacko nie zasnąć -- jakoś tak mi się zdawało, nie wiem, czy słusznie, że nie powinienem -- skupiłem się na myśleniu o swoim życiu, minionym roku i o roku nadchodzącym.

Zdaję sobie sprawę, że postanowienia noworoczne na ogół nie działają dłużej, niż do końca pierwszego tygodnia stycznia -- chodzę na siłownię od paru lat i widziałem wiele osób, które poczyniły postanowienia noworoczne, po czym zapomniały o nich na widok Big Maca. Ale z uwagi na to, iż jestem wyjątkowy i niezwykły, planuję swoich dotrzymać.

1. Koniec z substancjami rozweselającymi. Wszystkimi. Nie obiecuję, że na zawsze, ale na dłuższy czas -- liczony w miesiącach raczej, niż tygodniach. W ostatnim czasie za łatwo się mi sięga po różne uprzyjemniacze życia, a po czterech miesiącach od zerwania niezupełnie można za to obwiniać DJa, który, cóż, zapoznał mnie i owe substancje ze sobą. Niemniej jednak mła i substancje zawieszamy nasz związek bez zobowiązań na czas nieokreślony. Do rozweselania pozostawiam sobie wódkę z colą light, zieloną herbatę i towarzystwo Drwala.

2. Skoro o tym mowa, spróbujemy z Drwalem. Drwal, uświadomiony ze szczegółami w temacie moich nieudanych prób usunięcia się z padołu (niby to nie do końca z premedytacją, ale jednak) przyjął je do wiadomości, wycałował, wyściskał i twardo twierdzi, że nadal mnie lubi i akceptuje razem z głupotami, słabościami i innymi takimi. Fajny ten Drwal, tak Wam powiem szczerze. Mądry, sympatyczny, przyjemny, bez nałogów, a przede wszystkim miły. Miłego faceta jakiś czas nie miałem. Mimo mojej słabości do złych chłopców i psychopatów z zamiłowaniem do zachowań autodestrukcyjnych spróbuję się skupić na Drwalu z zamiłowaniem do gry w Zeldę i wegetariańskiej kuchni.

3. Kupiłem sobie prezent na gwiazdkę:


Muszę pisać coś więcej? Będziemy się próbować przekwalifikować. Ile to potrwa nie wiem, jak dobrze pójdzie też nie wiem, ale plan minimum obejmuje dwutygodniowe warsztaty w lipcu, a plan maksimum własną kuźnię w ciągu 2-3 lat.

I tyle mam postanowień. A Wy? Napiszcie mi coś w komentarzach, a za dwa miesiące, czy coś w tym stylu się rozliczymy z tego, jak poszło dotrzymywanie.
wtorek, 13 grudnia 2011
Tym razem na temat
Dla nielicznych (ahem) niezainteresowanych kowalstwem, dzisiaj o moim życiu prywatnym.

Z Wilkołakiem nie wyszło, ponieważ rozminęły się nam chęci. Pojechaliśmy o wiele za daleko na drodze oddzielającej bycie friends with benefits (wśród forumowiczów gazety to się nazywa, zdaje się, fuckable flurries, czy coś takiego) i romantyczne randkowanie. W końcu jeden z nas zaczął się zakochiwać, a drugi nie. Ja byłem tym pierwszym, temat poruszyłem na szczęście dość wcześnie, nie czekając, aż wpadnę po czubki uszu, Coot zmartwił się nieco i stwierdził, że niestety on tak nie za bardzo jest zainteresowany związkiem, nie jest zakochany i ogólnie lepiej mu było, póki się nie uzewnętrzniłem. Tak więc aktualnie rozmawiamy dość rzadko i wyłącznie na stopie przyjacielskiej.

Miejsce Wilkołaka zajął Kanadyjski Drwal. Drwal ma, oczywiście, gęstą brodę, w odróżnieniu od Coota nie pali, zaś ostatnio zyskał mój wielki szacunek stwierdzeniem, że dopóki spotykam się z innymi facetami, on nie będzie ze mną sypiać ani się całować, natomiast bardzo chciałby spędzać ze mną czas i po prostu mnie poznawać. Sprawiło to na mnie ogromne wrażenie i spowodowało gwałtowny wzrost zainteresowania Drwalem (który, jak sama nazwa wskazuje, kończy pracę magisterską z psychologii). Story developing.

W ostatnich tygodniach i tak już przyhamowałem z randkowaniem (z wyjątkiem Drwala), ponieważ odkryłem, że nie mam czasu. A zajęć mam co niemiara. Piszę teksty dla psycholożki od outplacementu, piszę notki na blogi, piszę piosenki, projektuję logo, a niedługo stronę dla przyjaciółki, uczę się podstaw kowalstwa, chodzę na siłownię, czytam książki... Nikt nie ma aż TYLE czasu, a ja nie mam go nawet pomimo tego, że chwilowo nie pracuję. Jak ja to robię?

W ogóle był to męczący rok. Poznałem ludzi jeszcze dziwniejszych, niż wcześniej (jeśli czytaliście moją notkę o HIV na Homikach, wszystkie te osoby istnieją w rzeczywistości). Obserwowałem przy pracy zaprzyjaźnionych inżyniera precyzyjnego, handlarza narkotykami, kowala i wielu barmanów, zaś w nadchodzących dniach do całości dołączę pana, który produkuje stroje z metalowych kółeczek, coś w rodzaju skrzyżowania kolczugi z bielizną erotyczną. (Z nim też będę mieć warsztat.) Odszedłem z pracy, nie mając na podorędziu nowej. Wydałem płytę i nakręciłem trzy teledyski. Bardzo poszerzyłem spektrum doznań seksualnych, z jakimi jestem dotychczas obeznany. Pokrótce związałem się z DJem. Zajmuje się mną aktualnie troje psychologów. Napisałem pierwszą wersję książki. Zmarły dwie osoby w mojej bliskiej rodzinie i urodziły się również dwie.

Niewątpliwie był to rok urozmaicony. Czy jednak mógłbym poprosić, aby 2012 był urozmaicony na przyjemnie?

PS. Heteroblogasek się uaktualnił.
niedziela, 11 grudnia 2011
Notka kowalska
Cholera jasna, blox właśnie zeżarł pierwszą wersję. Przystępujemy do pisania od nowa. :/ Na szczęście temat zupełnie mi się jeszcze nie znudził i chętnie Was nim trochę pozanudzam...

Kuźnia

Wczoraj miał miejsce jeden z najfajniejszych dni w moim życiu.


Kowal, Sven, miał lat 31, wyglądał na 22, zaś z tych 31 lat 15 stanowiło doświadczenie w kowalstwie. Jak mi powiedział, zaczął od nauki inżynierii precyzyjnej, ale odkrył, że nie posiada ani odrobiny talentu matematycznego, więc przeniósł swoje zainteresowania w miejsce, gdzie jeden milimetr w tą czy tamtą stronę nie odgrywa ogromnej roli i nie trzeba przesadzać z precyzją, zaś ewentualne błędy da się naprawić (co było bardzo przydatne w przypadku moich prób używania wierteł).


Poznałem wiele ciekawych narzędzi, z których dwa sam nawet wykonałem -- pogrzebacz i obcęgi. Muszę przyznać jednak, że bardziej podobała mi się zabawa palnikiem tlenowym oraz młotem parowym o nazwie Smurf:


Sven wykazywał się ogromną cierpliwością, profesjonalizmem, poczuciem humoru -- kiedy okazało się, że brak mi trzeciej ręki do przytrzymania przewiercanego narzędzia i wiertarka wykonała dziurkę nie do końca tam, gdzie powinna, Sven nie irytował się, nie robił wszystkiego za mnie, tylko ze śmiechem naprawiał błąd. Generalnie zaś pokazywał mi co robić, po czym oddalał się i pozwalał mi robić to samemu, bez patrzenia mi na ręce.


Po trzech godzinach używania młota odkryłem mały problemik. Moje wypracowane na siłowni mięśnie, o które się nieco martwiłem, nie miały żadnych problemów z wykonywaniem właściwego ruchu. Problem miały natomiast moje różowe, mięciutkie łapki, na których w ciągu dwóch godzin pojawiły się pęcherze, zaś w ciągu kolejnych godzin pęcherze pękły, skóra się zdarła, a w mięsko wtarł uroczy pył węglowy... Dodatkowo udało mi się udowodnić, iż posiadam liczne talenta manualne za pomocą uderzenia się trzymanym w prawej ręce młotkiem w prawą rękę. Na koniec dnia moje ręce wyglądały więc tak:


Zdjęć podczas machania młotkiem niestety nie posiadam, ponieważ nie przeszła mi przez gardło prośba, żeby Sven takowe wykonał -- czułbym się troszkę za bardzo jak turysta w skansenie. Celem mojej wizyty nie było zaś przyglądanie się z ukosa eksponatom i cedzenie "to interesujące", tylko nauczenie się tyle, ile tylko możliwe w ciągu sześciu godzin. Na szczęście Sven w pewnym momencie złapał mój aparat i zaczął się nim bawić, dzięki czemu mogę tę notkę zilustrować np. tak...


Sześć godzin upłynęło w ogóle nie wiadomo kiedy, a moje przewidywania, że praca może mi się spodobać potwierdził fakt, że mimo pęcherzy i lekko obolałego prawego ramienia byłem gotów spędzić tam również całą noc, a najlepiej najbliższe pięć lat :)

Jak wspomniałem, wykonałem własnoręcznie (naprawdę własnoręcznie) pogrzebacz, mało może użyteczne, ale za to bardzo ładnie powyginane obcęgi, zaś na koniec zaczęliśmy, ale nie dokończyliśmy z braku czasu, głowę smoka:


Żarty żartami -- to naprawdę był jeden z najbardziej ekscytujących dni mojego życia. Niestety, Sven ucznia już posiada (poza tym znajduje się w odległości dwóch godzin jazdy pociągiem), ale według jego słów dużo dobrych kowali mieszka w Belgii, Niemczech i... w Polsce. Czyżby los postanowił mi udowodnić, że istnieje taki sposób, żebym z własnej woli wrócił do Polski? :P

Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi...

niedziela, 04 grudnia 2011
Sekrety Casanovy za darmo!!1!

Jak wiadomo, uprawiam z sukcesem randkowanie w internecie. (Poza internetem zresztą też, i także z sukcesem.) Mógłbym zapewne ogłosić, że za jedyne 999 zł możecie przybyć na moje eksklusivne seminarium, na którym jako Artysta Podrywu podzielę się sekretami swych sukcesów, ale określenie "Artysta Podrywu" wzbudza we mnie jedynie rechocik, zaś niektóre z ich metod rozpoznaję od pierwszego kopa i są doskonałą metodą, aby wzbudzić we mnie serdeczną i szczerą niechęć od pierwszego wejrzenia. Tak więc sekretami podzielę się za darmo, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od określeń typu "Casanova" czy "Artysta Podrywu" i dalej będziecie o mnie mówić "ten bolek z irokezem".

Sekret pierwszy: zdjęcia. Zamieszczanie w profilu zdjęcia łokcia w wyjątkowo pociągającej pozie, czy też ilustrowanie profilu o nazwie "wrazliwy_romantyk21" zdjęciem genitaliów może nie zaowocować wybitnymi sukcesami. Zdjęcia należy dopasować do targetu, na którym nam zależy. Jeśli poszukujemy męża, najchętniej intelektualisty kochającego muzykę poważną, nasze najbardziej cycate zdjęcie z wakacji w Kairze niekoniecznie musi być właściwym wyborem. Jeśli chcemy zrobić wrażenie naszym wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru, nie robimy miny pt. "Niemcy mnie biją" ani "właśnie usłyszałem o tragedii smoleńskiej". No i przede wszystkim NIE zamieszczamy zdjęć przerabianych, zrobionych 20 kg temu, pod tym jednym kątem, na którym wyglądamy zupełnie inaczej niż w rzeczywistości... chyba, że zadowala nas flirt wyłącznie internetowy i w ogóle nie mamy ochoty nigdy wybrać się na żadną randkę w realu. Bo realu nie wyczyścimy w fotoszopie.

Stawiajmy na to, co nas wyróżnia. Jeśli mamy wyjątkowo krzywe zęby, zaprezentujmy je w uśmiechu. Jeśli mamy dużo tatuaży i kolczyk w nosie, pochwalmy się nimi. Przecież i tak nie chcielibyśmy spotkać osoby, która na widok naszego krzywego uśmiechu powie "eee... ja się chyba pomyliłem" i ucieknie w podskokach. Po cholerę ukrywać coś, co jak najbardziej wyróżnia nas wśród innych? Pochwalmy się tym -- właśnie po to, aby odróżnić się od tłumu niewydziaranych bezkolczykowców z równymi zębami.

Sekret drugi: tekst. Jeśli piszemy "nie wiem co tu napisać, spytaj", możemy równie dobrze napisać wprost: "jestem nudziarzem i nie ma we mnie nic interesującego". O co miałbym spytać osobę prezentującą zdjęcie łokcia i informującą, że nie wie, co napisać? I po co miałbym to zrobić? Jeśli szukamy wyłącznie seksu, napiszmy, co lubimy w łóżku; jeśli szukamy kumpla do gry w tenisa, napiszmy, że szukamy kumpla do gry w tenisa; jeśli lubimy filmy Almodovara, kolekcjonujemy oryginalne wydania Małego Księcia, czy też ubóstwiamy pasjami gotować zupy, napiszmy o tym na profilu. W ten sposób zwiększamy szanse spotkania osoby, która ma te same zainteresowania -- lub też uważa, że nasza pasja zupogotowawcza czyni z nas człowieka niezwykłego i fascynującego. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś podekscytował się informacją, że druga osoba "nie wie, co tu napisać" i poczuł z nią głęboką więź.

Sekret trzeci: wiadomość. Mój sposób na odzywanie się do ludzi jest prosty -- zaglądam na ich profil, a jeśli coś mnie w nim interesuje, to o to pytam, lub komentuję. Jeśli nie zainteresuje mnie nic, to, cóż, hmm, nie wysyłam wiadomości, bo co też miałbym w niej napisać? Nigdy nie piszę rzeczy typu "cześć" lub "co tam?". Takie teksty zostawiam osobom, których opis informuje, że nie wiedzą, co tu napisać. Czasami rzucam lekko złośliwą uwagą, czy dowcipem w swoim stylu. To nie zawsze działa; część osób się za takie rzeczy obraża, część ich nie rozumie, część -- cholera wie, w każdym razie nie odpisują nic. Na tym polega robienie przesiewu: przecież nie chcielibyśmy spotykać się z osobą, przy której nad każdym wypowiedzianym zdaniem trzeba myśleć przez 20 minut, żeby przypadkiem się nie obraziła za nieodpowiednio zaakcentowany spójnik.

Sekret czwarty: zerżnięty z artystów podrywu. Nie zniechęcamy się. Nie obrażamy na rzeczywistość. Nie każdemu się spodobamy. Być może zgoła większości się nie spodobamy. Część osób zwyczajnie lubi wyłącznie wątłych, długowłosych blondynów i zaloty muskularnego czarnowłosego pancura wzbudzą w nich taki sam zachwyt, jak nieoczekiwany atak opryszczki. Przyjmujemy do wiadomości, życzymy szczęścia i oddalamy się w kierunku, z którego przybyliśmy. Przecież docelowo i tak musimy spotkać tylko jedną osobę. Kto nam powiedział, że to ma być właśnie ta? Owszem, jej zainteresowanie zbieractwem dżdżownic nas zachwyca, ale jej akurat nasza kolekcja pcheł nie. Trudno. Chcieliśmy. Nie wyszło. We move on.

I tu sekret piąty: nie łżemy. Nie adaptujemy się do wymagań. Jesteśmy sobą. Jeśli poświęciliśmy swe życie zbieraniu pcheł, a napotkana osoba pcheł nienawidzi, mamy wybór -- albo oddajemy kolekcję na przemiał, albo z osobą pozostajemy oddanymi przyjaciółmi (którzy na wszelki wypadek spotykają się wyłącznie poza domem, odziani w kombinezony przeciwchemiczne). Bardzo wiele osób na randkach łże w żywe oczy na temat swojego zainteresowania sportem (tak, lubi, oglądać w TV), wybitnych zdolności kulinarnych (zamawia pizzę najlepiej w mieście!) tudzież zamiłowania do wędrówek wysokogórskich (w miarę możliwości przy użyciu gór płaskich i usianych sklepami z obuwiem). Te same osoby po trzech miesiącach płaczą w rękaw przyjaciółce: on jest okropny! ciągle mnie ciąga na boisko, każe gotować obiady, a jak wspominam o wyjeździe do Turcji na ol inklusiw, to on o górach i o górach!!! Czy naprawdę muszę tłumaczyć powody, dla których osoby te przekonane są o swoim braku szczęścia w miłości?

Sekret szósty: nie targetujemy się za dokładnie. Jednym z powodów moich licznych sukcesów jest to, że nie lecę wyłącznie na facetów przerażająco atrakcyjnych, w wieku od 31 do 31 i dwa miesiące, rudych w tym jednym wyjątkowym odcieniu, ale nie piegowatych, z brodą o długości między 9 a 11 mm, ubierających się u Kenzo i pachnących Diesel Fuel. Podoba mi się dużo różnych rzeczy, nie przeszkadza mi, jeśli facet ma brzuszek (o wiele bardziej przeszkadza mi, jeśli jest wyrzeźbiony jak Apollo, ja nie jestem i nie lubię, jak mi się o tym przypomina), nie lecę na pieniądze, na samochód i mieszkanie w dobrej okolicy, lecę za to energicznie i z przytupem na złośliwe poczucie humoru, czytelnictwo, dobry (tzn. podobny do mojego) gust muzyczny oraz przyjemną konwersację. O tym, czy te wszystkie rzeczy pan prezentuje wiem, ponieważ przejrzałem jego profil i pokonwersowaliśmy parę dni przed spotkaniem. Nigdy nie spotykam się z osobami, które "nie lubią długo pisać", a na profilu informują wyłącznie o rozmiarze członka. Sztuka zadawania prostych pytań -- ot, chociażby, "jakiej muzyki słuchasz", "kto jest Twoim ulubionym pisarzem" oraz "czy lubisz Wulffmorgenthalera i Pid'Jina" pozwala mi dosyć prosto ustalić, czy konwersacja będzie się nam kleić.

No i sekret siódmy, który właściwie jest taki sam, jak czwarty: podchodzimy do sprawy z poczuciem humoru. Najgorszą randką w moim życiu było spotkanie z trenerem fitness, który, jak się okazało, przesyłał mi zdjęcia zrobione 20 kg temu (na zimę nieco mu się przytyło), zaś do kina przyprowadził dwóch kumpli. Przez cały film oni konwersowali po hiszpańsku, zaś ja obmyślałem najpierw wymówkę, dzięki której zaraz po filmie będę mógł się zmyć, zaś potem -- notkę, którą zamieszczę na blogu. Nie spędziłem wieczora pijąc na smutno i wyznając lustru, że ci faceci to są jacyś pojebani i resztę życia z pewnością spędzę samotnie. Owszem, po roku cotygodniowych randek z trenerami fitness zapewne ciężko byłoby nam zachować czarujący uśmiech i musujące poczucie humoru, ale wtedy zawsze możemy sobie zrobić miesiąc przerwy i jako singiel wybrać się na wakacje do Turcji, wzdychając w upojeniu, jak to dobrze, że nareszcie nikt nas nie zmusza do łażenia po górach.