sobota, 28 maja 2011
Zakazać!
Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, miłość powinna być zakazana.

Pomyślcie chociażby o objawach nagłego odstawienia. Zakochana osoba, z którą zrywa partner, czy partnerka jest niezdolna do pracy, często do samodzielnego ubrania się i umycia, zrobienia zakupów, kawy czy herbaty. Histeryczny płacz, zaniedbywanie higieny, problemy z komunikacją z otoczeniem, skoki nastroju od "jak ja nienawidzę tego podłego gnoja" aż do "jak ja go strasznie kocham, o Boże, jak ja go kocham" należą do normy. Żadna z substancji, jakich zdarzyło mi się używać, nie generuje tak przerażającego uzależnienia i takich trudności z odstawieniem -- nie próbowałem heroiny, być może odstawianie heroiny przebiłoby objawy generowane przez zerwanie z ukochanym, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę sprawdzać nawet dla dobra nauki.

Świeże zakochanie daje haja nieporównywalnego, znowu, z żadną znaną mi substancją. Kiedy zakochałem się -- wbrew własnej woli -- w jednym takim brodatym Arabie, który rozpoczął z nami pracę, nie wiedząc o nim w ogóle NIC, włącznie z tym, czy aby jest gejem, nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Przez 3-4 dni zjadłem, o ile pomnę, dwa małe jogurty. Chodziłem jednak na siłownię i biłem na niej rekordy, napędzany opętańczą energią biorącą się nie wiadomo skąd. Raz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, ja zaś porzuciłem to, co robiłem i poleciałem do toalety zwymiotować. Mój organizm generował tak niewiarygodne ilości CZEGOŚ -- chyba nie tylko oksytocyny, nie wydaje mi się, że ta działa aż tak gwałtownie -- że nie potrzebowałem już nic więcej, aby nie tylko funkcjonować, ale zgoła czynić to na wielokrotnie zwiększonych obrotach. Amfetamina my ass.

Skutki społeczne miłości są nie do przecenienia. Ileż karier, ile majątków, firm legło w gruzach na skutek rozwodów? Małżeństwa są najdobitniejszym dowodem na to, że miłość jest przerażająco szkodliwa; oto bogaci, inteligentni ludzie bezmyślnie przekazują w cudze ręce połowę swojego majątku. Na szczęście w ostatnich latach coraz częstsze jest spisywanie intercyzy, dzięki której przynajmniej części skutków miłości daje się zapobiec i zredukować nieco jej szkodliwość. A co dzieje się w przypadku, gdy pojawia się dostawca mocniejszego, bardziej czystego narkotyku? Towar, którego używaliśmy do tej pory nagle przestaje nas kręcić; nowy dostawca zaczyna zajmować czas w naszych myślach i miejsce w naszym łóżku, w kąt idzie lojalność i obowiązki, jakie mieliśmy wobec poprzedniego dostawcy. Chciałem powiedzieć, żony/męża/chłopaka/dziewczyny.

Nic nie wydaje się zabezpieczać nas przed zgubnym skutkiem miłości. Nawet doświadczenie, płynące z wieku. Sam pół roku temu byłem przekonany, że uodporniłem się już przeciwko miłości i więcej mi się ona nie przytrafi, ale zamiast się tym cieszyć, głupio wzdychałem, że strasznie za nią tęsknię. I proszę, ponad cztery miesiące już mijają od poznania DJa, a ja znowu chodzę na haju, zaniedbując siłownię, pisaną książkę, remiksowane piosenki, regularne sprzątanie, pracę nad portfolio, ponieważ w mojej hierarchii ważności przebywanie z DJem jest na miejscu pierwszym, a jeśli jest to niemożliwe, objawy odstawienia pojawiają się w ciągu 24 godzin i uniemożliwiają skupienie się na czymkolwiek innym, z wyjątkiem pisania notek na bloga, oglądania głupich filmów, wysyłania mu SMSów i opowiadania różnym znajomym i przyjaciołom, jak bardzo tęsknię za moją małą paskudą.

Napisałbym coś więcej, ale nie dostałem nowej dawki narkotyku już od 4 dni i naprawdę nie mogę się skupić na niczym dłużej, niż pół godziny. Wraca jutro. Rano. Miał wrócić po południu, ale nie może beze mnie wytrzymać aż tak długo.
środa, 25 maja 2011
Męskość wciąż męczymy
Najpierw autoreklama: zapraszam do lektury mojego debiutu w roli Carrie Bradshaw kolumnisty portalu homiki.pl. Polecam również komentarze -- bardzo zabawne. :)

*

Od paru dni zastanawiam się nad odpowiedzią na dwa pytania: 1. co to jest męskość? oraz 2. czy ja i DJ jesteśmy męscy? Oczywiście, odpowiedź na pytanie 2. zależy od odpowiedzi na pytanie 1., więc nad tym pierwszym zastanawiam się bardziej intensywnie, a całość wzięła mi się ze znalezienia wątku o przedszkolaku lubiącym kolor różowy i co poniektórych wpisów w owym wątku.

Tego, co napisałem na heteroblogasku nie będę, rzecz jasna, powtarzać, ale temat fascynuje mnie od dłuższego czasu, a zwłaszcza od kiedy obejrzałem na BBC film dokumentalny o konstruktach męskości i kobiecości w reklamie. O tym, że na reklamach dłonie mężczyzn chwytają przedmioty, a dłonie kobiet omdlewająco spływają wzdłuż ciała, lub służą przedmiotom jako elegancka podstawka. O tym, że mężczyźni patrzą na ogół w kamerę, a kobiety -- na mężczyzn. O tym, że mężczyźni stoją, siedzą lub oddają się sportom, zaś kobiety leżą lub przybierają pozy charakterystyczne dla małych dziewczynek. Film trwał 45 minut, a ja od tego czasu nie mogę przestać dostrzegać prawdziwości ukazanych w nim schematów; co gorsza, schematy dotyczące kobiet nie są prezentowane w pismach dla mężczyzn, lecz w pismach dla kobiet właśnie -- mój ulubiony Glamour dokładnie tak pokazuje kobiety w rozkładówkach o modzie i reklamach. Czy chodzi o to, żeby wpoić kobietom myśl, że takie właśnie są -- słabe, wiotkie, nieobecne, pasywne? Czy to jest właśnie ta słynna kobiecość, o której tyle słyszymy? I czy rzeczywiście męskość to siła, zdecydowanie, brutalność, aktywność i bycie samcem alfa?

Taka definicja męskości miała sens, owszem, tak mniej więcej do 1960 roku. Miała sens wtedy, kiedy mężczyzna chodził do pracy, zdobywał mięso, chciałem powiedzieć -- pieniądze, po czym utargane ciężką harówką dzięgi przynosił do domu, gdzie czekała żona, pachnąca perfumami, oraz obiad, pachnący golonką i piwem. W świecie, w którym kobiety i mężczyźni tak samo często chodzą do pracy, na siłownię, prowadzą samochody, kupują kosmetyki, noszą spodnie -- ta definicja zwyczajnie nie ma sensu, a twarde udawanie, że świat wcale się nie zmienił i kurczowe trzymanie się starych definicji (oraz, co gorsza, usprawiedliwianie nimi niższych płac kobiet oraz spychania na nie wszelkich prac domowych) jest skrzyżowaniem niedorozwoju umysłowego z chamstwem.

Mężczyźni, którzy uparcie twierdzą, że w życiu nie założyliby niczego różowego, nie umieją sprzątać, a dezodorant jest dla pedałów zwyczajnie okazują swoją frustrację niepojętym dla nich nowym porządkiem świata, w którym kobieta może, na przykład, zostać ich szefową -- mimo, że nie posiada penisa. (Escandalo!) Problem w tym, że mimo rozlicznych badań nigdy nie potwierdzono tezy, iż penis jest organem służącym myśleniu i kreatywności. Owszem, posiadanie penisa ułatwia sikanie na stojąco, ale jeśli jesteśmy tacy pewni, że to stuprocentowo pozytywna cecha gwałtownie zwiększająca przydatność na rynku pracy, to kopnijmy w krocze faceta i kobietę i zobaczmy, które z nich 10 sekund po kopniaku będzie wiedziało, ile to jest osiem razy jedenaście.

Na mojej siłowni plącze się taki jeden trener kickboxingu. Łysy, brodaty, wielki, muskularny, wytatuowany. Odziewa się wyłącznie w bojówki i spodnie od dresu oraz koszulki z napisami typu MUAY THAI, WORLD CAGE-FIGHTING CHAMPIONSHIPS, etc. Pali cygara. (Nie podczas treningu.) Jakiś czas temu wyhaczyłem, że oprócz wszystkich cech powyżej wymienionych dodatkowo do pracy jeździ na motocyklu, ubrany od stóp do głów w skóry. I wtedy zrozumiałem, że jego penis musi być bardzo, bardzo malutki. :(

Pojęcie męskości i kobiecości w roku 2010 jest nadzwyczaj płynne. Czy męski jest aktor, grający Thora, który rzuca młotem i mięsem, na obiad zjada jednego żywego byka i wypija beczkę piwa, ale klateczkę ma wydepilowaną do ostatniego niedobitka włoska, a fryzurkę na głowie codziennie pieści mu trzech fryzjerów-gejów o imionach Denzello, Daniello i Julianello? Czy bardziej męski jest Jarosław Kaczyński, czy Gareth Thomas? Czy Oprah jest kobieca? A Ellen DeGeneres? A Madonna? Czy o męskości i kobiecości może świadczyć orientacja seksualna? (Biedny zniewieściały Gareth, gdyby tylko wziął przykład z Jarosława Kaczyńskiego.) Co z tym nieszczęsnym kolorem różowym? Czy męskość rośnie i maleje płynnie w zależności od tego, co na sobie mam? Dzisiaj akurat mam na sobie czarne dżinsy, czarny t-shirt i wściekle kolorowe buty -- czy to oznacza, że od kostek w górę jestem męski, a od kostek w dół nie, czy też niemęskość butów znosi męskość dżinsów?

Przez to wszystko ciągle nie mogę się zdecydować, czy DJ i ja jesteśmy męscy, czy też nie, oraz który z nas jest bardziej męski, ale na szczęście oprócz przyjemności czysto intelektualnej niespecjalnie mi zależy na usunięciu tej jakże palącej niepewności, ponieważ mój penis jest rozmiaru takiego, że nie muszę palić cygar, zrzucać ludzi ze schodów i jeździć na motocyklu tylko po to, żeby poczuć się Prawdziwym Menszczyzno. Nie muszę. Ale mógłbym. Z przyjemną świadomością, że kiedy już wsiądę na motocykl, ubrany we wszystkie moje skórzane ciuchy i odjadę w siną dal, ściskając w zębach nieodłączne cygaro, w głowie śpiewać mi będzie Alizee. "Moi, Lolita", zaśpiewa mi francuski podlotek, a ja razem z nią -- bo jestem taki męski, że nawet Alizee się nie boję.
poniedziałek, 16 maja 2011
Ciocia Klocia i Męski Kolo, czyli rzecz o kompleksach
Dla jednych to choroba, dla drugich coś zupełnie normalnego, ale zdaniem kolejnego rozmówcy, najistotniejsze w tej debacie jest to, że homoseksualiści "robią z siebie cioty", co sprawia, że chętniej się ich wyśmiewa, niż chce się zrozumieć. Inne osoby to potwierdzają.

Powyższe to fragment jednego z postów z bloga pani Katarzyny Formeli. (Pani Formela jest absolutnie fantastyczna, nadzwyczaj doceniam cierpliwość potrzebną do znajdowania wszystkich artykułów na tematy LGTB, pisania własnych i agregowania ich ku mojej wygodzie.) Teraz zaś fragment wywiadu z Martą Konarzewską, znalezionego tamże:

Biseksualny bohater "Zakazanych miłości" mówi: "Ciota to jest dla mnie koleś zamknięty na dwa spusty w solarium przez dwa dni, ma zbyt idealnie ułożone włosy czy wyregulowane brwi. Ciotą jest sposób zachowywania się na Mariolkę, tępą blondynę. Jęczenie, stękanie, wzdychanie i inne ochy i achy". To ma być uczenie tolerancji? 

- Tak. Przez pokazanie mechanizmu działania homofobii. Igor, którego słowa pan przytoczył, sam ich nie wymyśla, a przejmuje z ogólnego języka nietolerancji. Nie jest tak, że istnieją "okrutni" heteroseksualiści, którzy nienawidzą tych "wstrętnych" homo, bi czy trans. Jest tak, że homofobii i transfobii uczą się zarówno osoby hetero, jak osoby homo czy trans.

Jest parę rodzajów homofobii, których NAPRAWDĘ nie trawię. Ten prezentowany przez Młodzież Wszechgłupią i inne odpady typu NOP mam w dupie, ponieważ opinia osób niepełnosprawnych umysłowo na temat mojego życia prywatnego kompletnie mnie nie interesuje. Chęć lania po mordzie włącza mi się raczej, gdy czytam opinie osób tzw. postępowych -- przykładowo, "jestem oczywiście tolerancyjny i mam wielu homoseksualnych przyjaciół, ALE [tu jakaś głupia homofobiczna klisza, np. o adopcji]". A najgorzej mnie wkurwia homofobia zinternalizowana i prezentowana przez same osoby LGBT, które zwyczajnie powinny mieć na tyle rozumu, żeby pewnych głupot nie rozpowszechniać.

Teksty o ciotach, podobne do tych w książce Konarzewskiej i Pacewicza, w Polsce czytywałem bardzo regularnie, w Holandii zaś prawie nigdy. O ciotach, męskich i niemęskich i tym podobnych stereotypach pisali w Holandii wyłącznie Polacy, Rosjanie i muzułmanie nacji rozmaitych -- w swoich ogłoszeniach na portalach gejowskich. Również wyłącznie Polacy, Rosjanie, Arabowie i Afrykanie domagali się dyskrecji. Te rzeczy są ze sobą powiązane i świadczą o kompleksach na punkcie robienia rzeczy Złych i Niewłaściwych.

Ludzie pewni swojej wartości (i swoich wartości) nie mają potrzeby poniżania innych i wywyższania się ich kosztem; zachowanie to świadczy o kompleksach. Osoby nieposiadające kompleksów nie muszą ich wyładowywać na innych. (Stąd moje podejrzenie, że kibole wszczynający burdy na meczach po połowie wyładowują kompleks małego członka, a po połowie -- tłumione instynkty homoseksualne, każące im zrzucać koszulki i bratać się z podobnymi sobie wygolonymi samcami. See also: Szprota o braku kobiet na manifestacji NOP.)

Mógłbym teraz wrzucić coś o tym, że moi najlepsi przyjaciele są odrobinkę ciotowaci, ale zwyczajnie nie wiem, czy są, bo ich pod tym względem w ogóle nie oceniam i szczerze mówiąc takich rzeczy nie widzę. Ciotowaty dla mnie jest sławny stylista Jacyków, przy czym lepszym słowem byłoby "wyglądający głupio", bo nie jego brwi, włosy czy opalenizna są dla mnie problemem, tylko fakt, że dziwnym i niezrozumiałym sposobem sławnym stylistą został człowiek wyraźnie nieposiadający w domu lustra, cierpiący na daltonizm i przekonany, że botoks wpływa na jego wygląd pozytywnie. Nie przeczę, że bardziej od Jacykowa podoba mi się z wyglądu na przykład Joe Manganiello, czyli Alcide z True Blood, ale nie oznacza to, że jeden jest ciotowaty, a drugi męski, i przez to jeden jest gorszym człowiekiem od drugiego, tylko -- że lubię muskularnych brodaczy. Nie wyklucza to możliwości, że w rozmowie Jacyków byłby fascynujący, a Manganiello przerażająco nudny; że pierwszy kocha dzieci, przeprowadza przez jezdnię staruszki i dokarmia gołębie, a drugi głosuje na Tea Party, częstuje dzieci papierosami i kradnie sygnał kablówki. Ale obu dałbym tę samą szansę w rozmowie i żadnego nie próbowałbym wyśmiewać, bo jest "zbyt ciotowaty" i przez to nie chce się go zrozumieć.

Kiedy o ciotowatości mówią osoby hetero, świadczy to o wyładowywaniu tłumionych kompleksów, cholera wie na jakim punkcie, i głębokiej potrzebie udowodnienia samemu sobie, że są gorsi. Brudne czarnuchy, głupie muslimy czy ciotowate pedały są doskonałymi celami, w które można prać ile wlezie -- chociaż palmę pierwszeństwa ciągle dzierży chyba Żyd, Żyd-komunista lub w miarę możliwości pedałowaty Żyd-komunista -- i udowadniać samemu sobie po raz pięćsetny, że jestem od nich wszystkich lepszy, bo nie jestem czarny, nie jestem muzułmaninem i nie jestem gejem. (To, że w żadnej z tych spraw, z wyjątkiem może religii, nie miałem wyboru, a w sprawie swojego bezrobocia, siedmiu klas podstawówki i wielkiego brzuszyska wylewającego się zza paska miałem, nie ma oczywiście żadnego wpływu na moje słuszne poglądy, przynajmniej póki nie skończy mi się jabol.) 

Kiedy o ciotowatości mówi gej, świadczy to w połowie o potrzebie udowodnienia samemu sobie, że kiedy Wszechgłuptaki czy inny NOP mówi o pedałach, to oni przecież nie mówią o mnie, bo ja jestem normalny, męski i nie chodzę na parady, tylko o Jakichś Innych Pedałach, a w drugiej połowie o debilizmie. Bo ja też takie rzeczy wygadywałem. Kiedy miałem lat 17 i jedyny gej, jakiego znałem, to był ten, którego widywałem w lustrze. Potem, na szczęście, odrobinę zmądrzałem. (I zeszczuplałem.) Igor, cytowany przez Martę Konarzewską, nie zmądrzał i nadal uważa, że jeśli powie coś o ciotach, to zrobi się od tego bardziej męski. Nie zrobi. Podobnie ani trochę bardziej męski nie zrobił się Rosjanin, który usiłował mnie poderwać na Gayromeo za pomocą swojego profilu, wypełnionego po brzegi farmazonami o tym, jak to nie trawi ciotowatych i niemęskich. Obok farmazonów Rosjanin prezentował dumnie swoją wątłą posturę i męską twarzyczkę godną co najmniej Kate Moss. Niestety, przestałem mu się podobać, kiedy powiedziałem mu, że jestem diabelnie ciotowaty, ponieważ kocham Kylie, Julię Roberts i czytuję Glamour. Wszystkie te rzeczy są prawdą. A jak się Igorowi nie podobam, niech wypierdala, zanim padnie na zawał dowiedziawszy się, że jestem też Żydem, komunistą i na domiar złego jakiś taki beżowy.
środa, 11 maja 2011
Wiosna II: Reaktywacja
Dżizas, wiosna się chyba znowu zrobiła.

Poszedłem z jednym takim Erniem na drinki do mojego ulubionego mrocznego baru. Drinki nalewał jeden taki Szkocki Barman, który najpierw odmawiał przyjmowania napiwków, potem zemścił się stawiając nam kolejkę za darmo, a następnego dnia zaczął mi zostawiać komentarze pod zdjęciem na facebooku. Ganjsta, który siedział cicho i nie odzywał się do mnie od miesięcy, nagle również zaczął okazywać aktywność na moim facebooku (pierwszym jej wyrazem było pytanie, czy aby jestem może znowu singlem). Na koniec zaś wpadłem w spożywczaku na młodego pięknego aktora, który kiedyś się mnie bał, a teraz najwyraźniej bardzo lubi i wprosił się na moją eurowizyjną imprezę w sobotę. Zobaczymy, czy przyjdzie, czy się będzie bał.

Z innych wieści, trwa kampania "Miłość nie wyklucza", a mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla (tak się odmienia?) dzielą się przemyśleniami na ten temat:

Zbigniew Kornatowski, os. NDM: - Trudno jest oceniać tego typu przedsięwzięcia, zwłaszcza w naszym katolickim i raczej konserwatywnym społeczeństwie.

W pozostałych społeczeństwach, w jakich pan Zbigniew mieszka, jest mu łatwiej oceniać.

Nie przeszkadzają mi pary spacerujące po parku czy ulicach, ale publiczne manifesty raczej nie wpłyną pozytywnie na ich ogólny obraz.

Spacerowanie prywatnie po parku czy ulicach, oto, co lubi pan Zbigniew.

Ryszard Mądry, os. Piastów: - Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ta forma walki o równouprawnienie, bo kojarzy mi się z manifestowaniem swojej orientacji seksualnej.

Dwie najczęściej spotykane formy manifestowania orientacji seksualnej to noszenie obrączek i bycie w ciąży. To drugie nawet gorsze, bo nie tylko orientację manifestuje, ale w ogóle fakt, że się seks uprawiało. Albo co gorsza próbówkę. Ohyda. Dzieci powinny się rodzić jakoś bardziej higienicznie, prawda panie Rysiu? Albo chociaż zamykać kobiety w ciąży w domu, aż nie skończą manifestować orientacji...

Irytują mnie te plakaty. Nie sądzę, by tego typu akcje mogły zmienić cokolwiek w świadomości lub mentalności naszego społeczeństwa, a niektóre osoby jedynie zdenerwują. Jestem przeciwnikiem podobnych przedsięwzięć i nie uważam, by były one konieczne.

A to niech pan Ryszard Ochódzki Mądry nam opowie, jakimi środkami on by zmieniał świadomość i mentalność naszego społeczeństwa. Głównie przychodzą mi do głowy halucynogeny dodawane do wody pitnej.

Dominika Majnusz, os. Cisowa: - Nie przeszkadza mi wywieszanie plakatów par homoseksualnych na ulicach miasta. Nie czuję się jednak upoważniona do wyrażania opinii na ten temat. Osobiście problem mnie nie dotyczy i nie czuję się związana z nim na tyle, by móc wygłaszać jakiekolwiek sądy. Cała akcja jest mi raczej obojętna. Nie będę co prawda protestować, ale popierać tego przedsięwzięcia również nie mam zamiaru.

To się właśnie nazywa tolerancja. Bardzo ładnie.

Izabela Kornatowska, os. NDM: - Wydaje mi się, że to nie do końca potrzebna inicjatywa. Moim zdaniem nie powinno się obnosić publicznie z intymnymi i prywatnymi sferami własnego życia.

Czyli pani Izabela przeciwna jest: ślubom, obrączkom, pierścionkom zaręczynowym, zachodzeniu w ciążę, posiadaniu dzieci, trzymaniu się za ręce i całowaniu, nie czyta czasopism plotkarskich, nie ogląda seriali, a do ginekologa chodzi po ciemku i z twarzą obwiązaną szmatą do podłogi, żeby nikt się nie dowiedział.

Osobiście nie zwracam większej uwagi na plakaty, które pojawiły się w różnych miejscach naszego miasta. Nie przeszkadzają mi one, ale nie zmienią mojego zdania co do obnoszenia się i manifestowania czegoś, co powinno się zachować dla siebie.

Czyli pani Izab... a, nie będę się powtarzał.

Na plakatach, przypominam, znajdują się przerażająco nudne, kompletnie ubrane w zimowe ciuchy pary, które manifestują trzymanie się za rączki, ewentualnie obnoszą się z faktem posiadania pasa, w którym się obejmują. Zdaniem pani Izabeli i pana Ryszarda nawet to stanowi manifestowanie i obnoszenie. Pan Zbigniew posuwa się do stwierdzenia, że w parkach pary mu nie przeszkadzają -- zgaduję, że pan Zbigniew nie bywa w parkach i dlatego parki w parkach zwisają mu i powiewają.

Największą zasługą kampanii jest obnażenie skali polskiej homofobii. Gdyby na plakatach pojawiły się zdjęcia półnagich, muskularnych mężczyzn wysmarowanych oliwką i zwisających z siebie w malowniczych pozach, efekt byłby paradoksalnie o wiele słabszy. Ale plakaty MNW są NUDNE. Są na nich nudni ludzie w nudnych pozycjach, domagający się nudnych rzeczy -- ustawy o związkach partnerskich, a nie legalizacji uprawiania seksu analnego w przedszkolach oraz darmowego poppersa dla każdego obywatela. Ustawa o związkach partnerskich na pana Ryszarda, Zbigniewa czy panią Izabelę nie ma żadnego wpływu -- nikt ich nie zmusi do zawarcia takiego związku pod przymusem, niczego nie tracą, ich sytuacja kompletnie się nie zmienia -- ale i tak domaganie się jej jest obnoszeniem i manifestacją tak prywatnej rzeczy jak niemożność odwiedzenia partnera w szpitalu, bycie traktowanym przez prawo spadkowe jak osoba kompletnie obca, czy niemożliwość decydowania o leczeniu i pogrzebie ukochanej osoby.
środa, 04 maja 2011
Droga Kasiu, mam stresa
Dzisiaj porozmawiajmy o odstresowywaniu się.

Jakoś tak się złożyło, że zarówno DJ, jak i ja mamy potworne stresy. Rodzinne, pracowe i związkowe. Związkowe, mam wrażenie, nie bez związku (SEE WHAT I DID HERE) z rodzinnymi i pracowymi. Toteż tydzień spędzamy na stresowaniu się pracą i rodziną, a weekend na żarciu się nawzajem i stresowaniu dla odmiany tym.

Schemat kłótni między Navairą, a DJem wygląda tak. Na początek zażywamy jakieś substancje rozweselająco-odstresowujące celem odstresowania się pracowo i rodzinnie, przy czym ten rodzaj zażywania na ogół potrafi nie skończyć się po dwóch kielonkach, tylko pojechać nieco dalej, po czym odstresowujemy się następująco:

1. DJ jest złośliwy ciut bardziej niż zwykle
2. Navaira się irytuje
3. DJ się irytuje tym, że Navaira jest zirytowany
4. Navaira strzela focha
5. DJ strzela większego focha pt. "nie będzie mi tu byle kto strzelał focha"
6. Wściekły Navaira wyłącza telefon i oddala się w nieustalonym kierunku
7. DJ przez pierwsze 2 minuty chce przepraszać, ale nie ma kogo, bo telefon wyłączony, a kierunek nieustalony, po czym się wkurwia brakiem odzewu i zaczyna lać na odlew, poniżej pasa i bez filtra, ponieważ ogólnie filtra nie posiada
8. Navaira po kilku godzinach włącza telefon, odkrywa 4 wiadomości na poczcie głosowej i 12 smsów, z czego ostatnie 10 w tonie "ty obrażalska divo bez krzty samokrytyki", odpowiada na to lodowato "przyganiał kocioł garnkowi".
9. DJ reaguje wyrazami niepublikowanymi w słownikach
10. Navaira z nim zrywa

Tu następuje chwila przerwy, od 5 minut, do 2 dni, po którym to czasie zauważamy, że wszystko fajnie, ale niestety nie umiemy żyć bez siebie, poza tym w ramach odstresowywania jeden gwałtownie łysieje, a drugi ma palpitacje serca.

11. DJ odzywa się do Navairy tonem napuszonej makolągwy
12. Navaira odpowiada tonem chłodno uprzejmej jaszczurki
13. DJ wypuszcza z siebie coś w stylu "ty cholerny egoisto"
14. Navaira odpowiada coś a la "wal się, draniu bez krzty wychowania"

Tu następuje kolejna chwila przerwy, około pół godziny na ogół, po którym to czasie jeden niechcący drugiego przytula, albo mu kładzie rączkę na ramieniu, albo cóś w tym stylu.

15. Tu następuje pogodzenie się po długim burczeniu w stylu "no bo ty to coś tam i ja wtedy coś tam innego i ja pomyślałem, że ty coś tam coś tam", przeprosinach, całusach na zgodę i tym podobnych.

Niestety w tym punkcie na ogół jest niedziela wieczór, a my zmarnowaliśmy cały weekend na żarcie się bez ładu i składu, co gorsza o jakąś pierdołę, bo na ważne tematy mamy to samo zdanie i o ważne się nie żremy.

Uchylę rąbka tajemnicy i wyznam, że ja jestem ten z palpitacjami. Masakryczny zapierdol w pracy pięć tygodni z rzędu, połączony z trzema weekendami kłótni w tym samym okresie, problemami zdrowotnymi w rodzinie i wśród przyjaciół i paroma innymi przyjemnościami zaowocował tym, że jak na ogół potrafię bez problemu kontrolować poziom stresu, tak w tej chwili, niestety, nie potrafię. Odstresowywanie się za pomocą udawania na imprezy i spożywania dużych ilości piwa postanowiliśmy chwilowo zawiesić, bo nie mamy obaj siły na kolejny weekend nieodzywania się do siebie, poza tym nie mam wrażenia, żeby mój organizm akurat tego potrzebował. Wyjazd na dwa tygodnie w tereny zielone nie wchodzi w rachubę, bo, jak wspomniałem, zapierdol. Na siłownię nie mam zwyczajnie siły. Co zrobić, droga Kasiu? I jak przestać kłócić się o pierdoły?

(A może zapytam o to na Forum Kobieta i potem napiszę notkę na heteroblogaska korzystając z otrzymanych odpowiedzi?)

*

PS. W ramach przeszłości, która się co jakiś czas odzywa, jeden taki misiu napisał mi smsa, prosząc uprzejmie o poradę w temacie najlepszych świec do polewania się woskiem podczas seksu. Jako znany ekspert do spraw S/M odpowiadam uprzejmie: duże tealighty z IKEA. (Nie małe, duże, te wielkości 8 cm.) Nie ma za co.