czwartek, 23 czerwca 2011
Powrót zdziry
Czwarty dzień piszę tę notkę, ciągle mi się nie podoba, ale postanowiłem ją opublikować mimo to, żeby dać odpór plotkom, że nie piszę, bo poślubiłem Amy Winehouse i razem dajemy sobie w nos i żyłę na Bałkanach. Naprawdę, ludzie, wy to macie pomysły. Nie na Bałkanach, tylko na Hawajach!

*

Uprzejmie proszę o wybaczenie ciszy, jaka nastała wszędzie, gdzie w zasadzie powinienem pisywać różne rzeczy, ale nie czułem się ostatnio najlepiej. Konkretnie, dopadła mnie znowu depresja, dzięki czemu dołączyłem do już-podobno-ponad-50% osób, które nie poprzestają na jednym rzucie i ponawiają znajomość z paskudą.


W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. "Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę". Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi "określ kogoś jednym słowem". Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli - czytaj między wierszami - taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj - gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia - w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą.

Kiedy miałem depresję po raz pierwszy -- o ile pamiętam, 6-7 lat temu, jednym ze skutków ubocznych mojego leku była wybiórcza amnezja obejmująca kalendarz, tzn. pamiętam, że coś się wydarzyło, ale nie pamiętam kiedy i muszę liczyć na palcach -- pisałem bloga. Nie podam linka i proszę, żeby nie podawano go w komentarzach, bo nieco się wstydzę. Całą moją pisaninę dało się bowiem streścić w jednym zdaniu: "świat jest podły i mnie nie kocha, a ja się przecież TAK STARAM". Bo starałem się istotnie nie urażać innych, zależało mi, żeby wszyscy mnie lubili, a tymczasem świat na przykład wykazywał się homofobią. Albo mój współlokator oświadczał mi, że musi się wyprowadzić, bo nie może już patrzeć na moje tatuaże. Albo też dresy na ulicy rozmawiały głośno o tym, jak by mi zaraz chętnie wpierdoliły. A przecież ja tak się starałem być niewidzialny, bezwonny, kochany, słodki, uroczy i lubiany przez wszystkich i wszystkie, jednocześnie niestety mając ten problem, że byłem gejem, lubiłem tatuaże i różne inne ozdoby, ubierałem się na czerwono, fioletowo i żółto zamiast na szaro i brunatno i niestety świat złośliwie odmawiał grupowego zapewniania mnie o swojej bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Dwa lata wyjęte z życiorysu. Pierwszy rok -- bo udawałem przed samym sobą, że jest ok i wcale nie potrzebuję pomocy. W ten sposób udało mi się osiągnąć głównie tyle, że zmarnowałem rok. Drugi rok -- bo brałem leki, ale twierdziłem, że psychoterapia nie jest mi do niczego potrzebna. Do Holandii przyleciałem niby to wyleczony, po czym odkryłem, że nadal mam w głowie bałagan i on się od samych leków niestety nie wysprzątał. Jak śpiewa George Michael, "I changed my name to get rid of the things that I want from you/strange, but a name is a name and the truth is the truth".

Terapia była procesem żmudnym, bolesnym i pracochłonnym, mającym na celu nauczenie się sztuki wdupiemania i eworyzacji. Nie lubi cię ciotka-homofobka? Pies jej mordę lizał, nie musi cię każdy lubić. Nie lubi cię Jarosław Kaczyński? Alik mu mordę lizał, nie musi cię lubić, on zresztą ogólnie mało kogo lubi. Współlokator nie lubi tatuaży? Cóż za szczęście, że nie musisz z nim już mieszkać! (Nie dokładnie tak wyglądała terapia, ale o wytłumaczenie mi tej prostej prawdy chodziło.) No i w końcu się udało wytłumaczyć -- przestałem się martwić rodziną, przestałem się martwić obcymi ludźmi, przestałem się martwić dresami (dodanie 10 kilo mięśni pomogło), ba, przestałem się martwić Wikingiem i martwiłem się już tylko i wyłącznie pracą, co w końcu okazało się moją zgubą.

Najpierw myślałem, że po prostu potrzebuję wypoczynku; miałem bowiem w pracy niezwykle stresujący okres, więc kiedy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze objawy depresji, zwaliłem je na zwykłe przemęczenie. Tyle tylko, że okres się skończył, a objawy nie. W końcu zrozumiałem, co się dzieje, kiedy wziąłem dwa tygodnie urlopu, po czym dzień po jego zakończeniu okazało się, że nadal jestem zbyt zmęczony, żeby wstać rano z łóżka, ruszyć do pracy, przebywać z ludźmi i w ogóle robić cokolwiek oprócz leżenia i patrzenia w sufit. Co jest dokładnie najgorszym, co mógłbym robić, ale wszystko inne wymaga energii, której nie posiadam.

Nie chcę nikogo obwiniać, nie chcę się usprawiedliwiać, domagać taryfy ulgowej, etc. Niemniej jednak wskutek różnych okoliczności paskuda wróciła, usiłuje mnie znowu redukować do roli roślinki, która odżywia się zupkami w proszku i mrożoną pizzą (wiedzieliście, że depresja powoduje między innymi problemy z odczuwaniem smaku potraw? że wszystko smakuje tak samo, co kusi, aby wybierać produkty tanie, słone i pikantne, bo słone i pikantne przynajmniej ma smak słony i pikantny?), popija je winem (alkohol powoduje, że chwilowo czujemy się lepiej, tyle, że następnego dnia dla odmiany czujemy się gorzej, więc kupujemy więcej alkoholu, etc.), a większość czasu spędza w piżamie na gapieniu się w sufit i katowaniu się myślami o własnej beznadziejności. Nie, moja droga. Nie tym razem. Dostałaś parę tygodni na działanie, ja się upewniłem, że to ty, a nie zwykły smuteczek i zmęczenie. Wystarczy. Od jutra zaczynamy dawać ci wpierdol za pomocą Aurorixu, a pod ręką mamy terapeutę oraz moją kochaną przyjaciółkę Cristi, która też spędziła kawał życia ze zdzirą i wie, o czym mowa.
Tagi: depresja
15:42, navaira
Link Komentarze (16) »
środa, 01 czerwca 2011
Hetero, homo, bi, cis i metro, czyli dla odmiany o seksualności
tomek_kulesza napisał ciekawie na Polyinpoland o męskiej seksualności widzianej z punktu widzenia heteroseksualnego i cisseksualnego (cisseksualizm -- odwrotność transseksualizmu: całkowite utożsamianie się z własną płcią biologiczną), po czym wezwał mnie do tablicy. I słusznie, bo jak sam wspomina:

"Stereotyp męskości zawiera takie [cechy], jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności."

No i jak ja mogę się nie zainteresować. :)

Seksualność męska jest mi dosyć bliska, tak ogólnie. Przy czym mieszkanie w Amsterdamie pozwoliło mi się dodatkowo przyjrzeć stereotypom związanym z rasą, problemom (lub ich brakowi) związanym z religijnością, poglądami politycznymi, etc. Część rzeczy, o których Tomek pisze, pozostaje prawdą niezależnie od orientacji, chociażby to:

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. [...] Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa, zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. [...] I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

Z wyjątkiem kobiety, oczywiście, cała reszta jak najbardziej pasuje, przy czym pewne rzeczy są powiązane ze sobą. Przy podziale na partnera aktywnego (top) i pasywnego (bottom) pasywność jest uznawana za "złą" przez tych samych ludzi, którzy przy opisie własnej osoby używają wyrazów typu "męski", "niebudzący skojarzeń" oraz pochodzą z krajów Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Największy problem mają mężczyźni pochodzenia afrykańskiego, którzy zdają sobie sprawę z ciążącego na nich stereotypu mandingo, wiecznie nienasyconego seksualnie Murzyna, koniecznie z ogromnym członkiem, bez przerwy zmieniającego partnerów i super-hiper-męskiego.

Poznałem osobiście czterech czarnoskórych gejów. Dwaj z nich mieli ciężkie problemy ze sferą seksualną -- jeden w ogóle unikał seksu, bo bał się strasznie, że zostanie potraktowany jak obiekt (przy czym o tyle miał rację, że kiedy już komuś zaufał, został potraktowany przedmiotowo, wykorzystany i porzucony), drugi zaś na zmianę bał się wszelkiego dotyku i czułości oraz zachowywał się jak kompletnie nieczuły, brutalny gwałciciel. Trzeci zachowywał się kompletnie zgodnie ze stereotypem, zaliczając wszystko, co się ruszało i na drzewo nie uciekało, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę pragnie miłości, wierności i tak dalej. Żaden z nich nie uważał się za religijnego, ale pierwsi dwaj zostali wychowani w religijnych rodzinach. Wszyscy trzej określali siebie jako "top only" oraz twierdzili, że są biseksualni, nawet ten, który w życiu żadnej kobiety nie dotknął -- tak silny był w ich głowach stereotyp, że homoseksualizm jest niemęski, a oni przecież MUSZĄ BYĆ MĘSCY. Czwarty wreszcie był normalnym (ha! Navaira napisał "normalny"!) facetem, dla którego kolor skóry był wyłącznie kolorem skóry, a nie determinantą wszystkich zachowań seksualnych, nie miał kompleksu mandingo, potrzeby udawania biseksualisty i bycia wyłącznie top. Nie miał też żadnych problemów w sferze seksualnej.

Jeśli przyjrzymy się cechom typowym dla męskiej i kobiecej seksualności -- tzn. typowym, jeśli rzecz jasna jesteśmy seksistą-socjobiologiem z odchyleniem prawicowym -- co widzimy? Mężczyzna powinien być brutalny, wiecznie nienasycony, obdarzony, gotów do zaspokajania partnerki/partnera zawsze i wszędzie i nie wiadomo jak długo. Kobieta powinna być delikatna, wrażliwa, broń Boże nie lubić seksu za bardzo BO TO ZŁO. Mężczyzna bierze, kobieta daje. (Patrz zdanie "pies nie weźmie, jeśli suka nie da" i obwinianie wyłącznie kobiet za zdrady, bo przecież Wszyscy Wiemy, Jacy Są Mężczyźni.) A teraz wyobraźmy sobie, że zestawiamy ze sobą dwóch mężczyzn lub dwie kobiety; osoby, rzecz jasna, wychowane w JAKIMŚ społeczeństwie, które operuje JAKIMŚ zestawem stereotypów, nakazów i zakazów, które wdrukowuje JAKIŚ imprint. Im bardziej konserwatywna jest społeczność, w jakiej wychowywały się te osoby, tym bardziej prostacki jest imprint: mężczyzna jest męski, przynosi mięso i sika do ognia, kobieta jest kobieca, sprząta, gotuje i ładnie pachnie. W takim razie seks dwóch mężczyzn powinien przypominać walkę bokserską, a seks dwóch kobiet -- muskanie się delikatnie płatkami róż. (Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że owszem, zdarza się, że to prawda, ale raczej rzadko.)

Jakiś rok temu przeczytałem ciekawy artykuł o gejowskim portalu Manhunt. Artykuł ów wspominał, że my, geje (o lesbijkach nie pisano) nie nauczyliśmy się nigdy rytuałów uwodzenia i podrywu; nasza orientacja była przez lata sprowadzana do maksymalnie prostackiego "oni się rąbią w dupę", my sami traktowani przedmiotowo i wykluczani ze społeczeństwa, dla którego zawsze byliśmy Obcymi, przysłowiowymi "onymi". My, normalni versus oni, "te geje". Tak więc nie ma się specjalnie co dziwić, że to, co zbudowaliśmy dla siebie, również powstało pod wpływem imprintu środowiskowego; nie ma się również co dziwić, że po latach kultury opartej na seksie, narkotykach i muzyce tanecznej dopiero teraz sięgamy po małżeństwo i rytuały typowe dla "romantycznych" związków. Po prostu dopiero teraz zaczynamy uświadamiać sobie, że wbrew temu, co nam wciskają od dekad konserwatyści, NIE jesteśmy zboczeńcami, NIE musimy skupiać się wyłącznie na seksie i nasza orientacja seksualna NIE determinuje absolutnie wszystkiego, czym się zajmujemy, co lubimy i co nas kręci. Męska seksualność w wydaniu gejowskim przez długi czas stanowiła karykaturę; po części dlatego, że podświadomie geje starali się być jeszcze bardziej męscy, aby pozbyć się odium zniewieściałych wiotkich istot w różowych sukienkach przybierających co chwila pozę czajniczka, po części -- dlatego, że wmawiano nam, że MUSIMY sprowadzać naszą kulturę tylko i wyłącznie do tejże seksualności, tak więc uparcie dzieliliśmy się na Tych Męskich i Tych Przegiętych, jakby nie istniało nic pomiędzy Mike'em Tysonem i Żakliną.

Jednym z powodów, dla których wyjechałem z Polski było zmęczenie szufladkami. Nie czułem się jak Mike Tyson, ale nie czułem się też jak Żaklina. Moje długie włosy nie oznaczały, że byłem kompletnie pasywny, a ich ścięcie i zastąpienie irokezem nie oznaczało, że nagle stałem się kompletnie aktywny. Nie czułem potrzeby słuchania TYLKO metalu lub TYLKO Madonny. Mniej więcej to, jak mniemam, ma na myśli Tomek, pisząc:

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii, że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo [...] zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Siedzenie w szufladce potrafi być wygodne, to prawda. Tyle, że nie każdy z nas ma, excusez le mot, kwadratową dupę. A szufladka ma zawsze ten sam kształt. Ciężko jest ocenić, jak dużo osób NAPRAWDĘ czuje się wygodnie w szufladce; 80%? 40%? Ile kobiet NAPRAWDĘ lubi wyłącznie delikatne głaskanie puszkiem, seks rozumie jako Obowiązek Małżeński, który pragnie spełniać wyłącznie z Jedynym Ukochanym i wyłącznie celem prokreacji? Ilu mężczyzn NAPRAWDĘ jest tymi super-aktywnymi, zawsze gotowymi, zawsze chętnymi, zawsze aktywnymi, pozbawionymi uczuć samcami alfa sterowanymi mniejszą główką? Metroseksualizm nie jest skutkiem promocji homoseksualizmu, dodawania do wody hormonów ani trującej propagandy Zachodu; jest skutkiem odkrycia przez tłamszonych latami mężczyzn, że NIE MUSZĄ trzymać się norm, a siedzenie na poduszce, zamiast w kwadratowej szufladzie potrafi być całkiem wygodne. A ci, którzy największe gromy ciskają na zniewieściałych facetów i babochłopy, być może rzeczywiście kochają swoje szufladki... a być może najbardziej boją się wyściubić z nich nosa.