niedziela, 28 sierpnia 2011
Kartki z podróży -- oraz kartki po powrocie
Znajduję się aktualnie w miejscowości Żiar na Słowacji w otoczeniu bandy freaków i psychopatów o umysłowości dwunastolatki z nad wiek rozwiniętym libido. Innymi słowy, moi ludzie, doskonale do siebie pasujemy i bawię się świetnie (mam nadzieję, że oni też). Po górach nie do końca łażę, albowiem gdyż posiadam jakby nie ten rodzaj kondycji, który się do tego przydaje -- niewiele ciężkich przedmiotów podnosi się podczas wycieczek w skałki, chyba, że wliczyć kufle z piwem w schronisku.

Powiedziałbym coś banalnego na temat leczenia obolałego serduszka, ale to gówno prawda. Uczucia do DJa przeszły mi jak ręką odjął, dowodząc prawdziwości mojej tezy, że jeśli spotykamy się z kimś pół roku, to jeszcze ciągle nie nazywa się "związek". Miałem swojego złego chłopca, może trochę później niż większość kobiet płci odmiennej, ale romans odhaczony, chłopiec wprowadził mi w życie wiele chaosu, zabawy i bachanaliów, a teraz mam święty spokój i skupiam się na świńtuszeniu z moją przyjaciółką Cristi na temat tego, co byśmy zrobili różnym pięknym Słowakom, gdybyśmy ich w nasze obleśne paluszki dorwali.

Słowacy są naprawdę, naprawdę wyględni. Rzecz jasna, nie wszyscy, ale dużo się spotyka górali w typie wysmukłym, czarnowłosym, czarnookim, smagłym i dziko seksownym. Górale spoglądają na nas ciekawie i łobuzersko wielkimi czarnymi oczyskami, a my zapominamy, że to jest rodzaj zagranicy, który rozumie po polsku i bardzo głośno zastanawiamy się, którego zabieramy ze sobą do Penzion Alica od razu, a którego ewentualnie w drugiej kolejności.

*

Drugiego dnia pobytu stworzyliśmy podwaliny pod nowe arcydzieło Andrzeja Wajdy. "Małpa z Bakelitu", kontynuacja "Człowieka z Marmuru" oraz "Człowieka z Żelastwa". W roli głównej wystąpić musi sobowtór Zbyszka Cybulskiego, który dużą część filmu spędzi paląc melancholijnie papierosy na tle pól pszenicy i pszenżyta. W drugiej części filmu Zbyszek zmieni się w małpę w okularach, co symbolizować będzie przemianę ustroju z komunizmu w zgniły i obrzydliwy kapitalizm. Muzykę napisze martwy Kieślowski, który nigdy nie był kompozytorem, albowiem film będzie niemy i nakręcony w całości w ciemnościach.

*

Trzeciego dnia pobytu wybraliśmy się w góry. Pierwszego również, ale pierwszego nie wydarzyło się nic ciekawego. (Drugiego natomiast kwękaliśmy -- my, królowa -- w temacie obolałych łydek.) Pod górę szliśmy z Margot piechotą, mijani przez biegnące staruszki o kulach prowadzące podwójne wózki z dziećmi, zaś w dół postanowiłem zjechać na hulajnodze, wcześniej zdradziecko przekonawszy Margot, iż będzie to nadzwyczaj zdrowe dla jej bolącego po dniu pierwszym biodra.

Margot bała się za nas oboje, więc w rezultacie prowadziła hulajnogę piechotą, zaś kiedy się jej znudziło wsiadła do samochodu i resztę drogi pokonała w luksusach. Ja natomiast nie bałem się wcale, skoro bała się już za mnie Margot, i jako prawdziwy macchiato zignorowałem instrukcję pana, który nakazał jechać całą drogę na hamulcach -- zwłaszcza, że hamulce skrzypiały -- i po pięciu minutach zapierdalania z prędkością małej rakietki wyrąbałem się na mordę na kamulcach.

Ja jęknąłem i ziemia jęknęła, po czym podniosłem się na nogi i dostałem ataku śmiechu, w czym ziemia już mi nie towarzyszyła. Od lat nie czułem się tak żywy, jak w tej chwili; adrenalina tryskała mi uszami, a krew lała się z dłoni i łokcia. Napotkana turystka najpierw podała mi chusteczkę celem otarcia krwi (której sam w ogóle nie zauważyłem, póki nie zwróciła mi na nią uwagi) a potem spytała tonem dziwnie zazdrosnym jak na kogoś, kto właśnie oglądał wypadek:

-- I cooo... fajnie się zjeżdża?

-- Aż za fajnie -- odparłem z zapałem.

-- To może następnym razem też sobie zjadę... -- westchnęła turystka. Uwielbiam spotykać my fellow psychopaths.

Margot, która akurat mnie dogoniła, zatamowała niektóre z mych licznych ran cięto-szarpanych, po czym ruszyłem dalej w drogę, świszcząc na mijanych turystów, a na niektórych wołając "dejte pozor, kdyż jadym". Bawiłem się absolutnie szampańsko, strasząc ryjem zaciętego, tudzież zakrwawionego mordercy -- nie wiedzieć czemu, gdy mijałem innych hulajnogowiczów, oni na mój widok zwalniali, zamiast się ze mną ścigać -- i w rekordowym tempie dotarłem na dół, gdzie natychmiast pożałowałem, że nie da się tej zabawy powtórzyć.

Na dole zostałem opatrzony przez nader profesjonalną panią, zajmującą się odbieraniem psychopatom hulajnóg. Doskonały humor spowodował, że zadałem pytanie:

-- Dużo osób się wywraca?

Pani na mnie POPATRZYŁA. Różne rzeczy były w tym spojrzeniu. Głównie obrzydzenie.

-- Nie -- odparła krótko, po czym wróciła do swoich zajęć.

Adrenaliny wystarczyło aż do dotarcia do sklepu, gdzie nabyliśmy przepyszną śliwkową wódkę firmy Coop Tradićni Kwalita za sumę 3 eurów i 60 groszy. W sklepie adrenalina zeszła i obite członki zaczęły mnie dość mocno boleć, dzięki czemu zyskałem doskonały pretekst do rozpoczęcia spożycia śliwkówki natychmiast po powrocie do domku.

*

A teraz jestem z powrotem w domu i nie jest tak różowo, jak myślałem.

Dwa dni temu dotarło do mnie, zupełnie znienacka, że właśnie obsunąłem się po skali Kubler-Ross. Denial i anger miałem już odpracowane, ale po cichu wymieszałem je sobie z bargaining i udawałem przed samym sobą, że DJ mi przeszedł bez śladu. W rzeczywistości natomiast zwyczajnie spodziewałem się, że pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że wygłupił się strasznie, po czym przyjdzie z wiechciem i flaszką, przeprosi, ja go najpierw opierdolę, a potem wezmę w ramiona i nastąpi happy end.

Nic takiego oczywiście się nie wydarzyło, bo DJ nie ma w charakterze przepraszania, ja o tym doskonale wiem i liczenie, że nagle mu się odmieni było nadzwyczaj dziwnym pomysłem. Zawiadamia mnie co kilka dni, że za mną tęskni, załączając jakieś rzewne utwory Kylie lub Janet Jackson, ale nie pozostawia wątpliwości, że jego zdaniem to ja powinienem zrobić pierwszy krok, a może zgoła przeprosić za moje jakże niestosowne zachowanie -- jak można tak dostawać depresji, albo mówić komuś, że jego zachowanie nas rani, w ogóle nie bacząc na jego delikatne uczucia. A ja tęsknię i ciągle jednak jestem zakochany, ale nie aż tak, żeby podkładać się w charakterze wycieraczki. Już raz miałem faceta, któremu nie można było zwrócić uwagi, bo się obrażał i to ja musiałem go potem przepraszać. Pchanie się w to samo po raz drugi z pełną świadomością popełnianego idiotyzmu byłoby, cóż, powiedzmy delikatnie, że nieco dziwne.

Z dobrych wiadomości... tzn. nie do końca dobrych. Znowu nieco gorzej się czuję pod kątem depresyjnym, pojawiły mi się nieprzewidziane okoliczności pt. ataki paniki i ogólnie byłoby naprawdę fatalnie, gdyby nie to, że wszyscy trzęsą się nade mną jak nad jednonogim nosorożcem z jajkiem w pysku. Kadry w mojej własnej pracy kazały mi olewać robotę i niczym się nie przejmować (!) a gdyby szef miał jakieś problemy, to niech je sobie sam rozwiązuje, bo to już nie moja sprawa. Lekarz kazał nie zwiększać godzin pracy, tak więc nadal pracuję 16 godzin w tygodniu, a opłacany jestem za 32. Nakazano mi również chodzić na siłownię, któremu to zaleceniu podporządkowuję się nadzwyczaj chętnie, zwłaszcza, że od rozpoczęcia leczenia przybyło mi 8 kg i dzięki siłowni nie wszystko umiejscowiło się dookoła pasa.

A w ogóle, to lato przeleciało w takim tempie, że w ogóle go nie zauważyłem, w czym pomogła amsterdamska aura -- w ostatnich dwóch miesiącach były zdaje się dwa takie dni, kiedy w ogóle nie padało, przez większość zaś czasu pada na zmianę trochę, dużo i bardzo dużo. Temperatury wahają się od 15 do 20 stopni i ogólnie rzecz biorąc pogoda udowadnia nam z zapałem, że zeszłoroczne lato nie było najpaskudniejszym, jakie miała nam do zaoferowania...
czwartek, 11 sierpnia 2011
Son of a gun
Głównym uczuciem, jakie mi towarzyszy w 6 dni po zerwaniu jest ulga.

DJ był facetem nieodpowiedzialnym, dziecinnym, egoistą i osobą niezdolną do związku poważniejszego, niż oparty na wspólnej zabawie. O tych wszystkich rzeczach tak naprawdę świetnie wiedziałem właściwie od pierwszej chwili i bardzo mi się to wszystko na swój sposób podobało, jako antidotum na porażająco poważnego Wikinga, żyjącego według miliona zasad. Główną zasadą przyświecającą DJowi było bawienie się do upadłego, a potem jeszcze trochę, a ja -- przez pierwsze 30 lat życia raczej nieśmiały domator, niż cokolwiek innego -- zabrałem się z nim na przejażdżkę bez hamulców.

Od początku właściwie pojawiały się sygnały, że DJ nie jest materiałem na męża. No, bo co myśleć o facecie, który nie daje mi na urodziny NIC? Nic. W ogóle nic. Nawet kartki pocztowej. Bo nie ma pomysłów, tłumaczył się, oraz jakoś tak nigdy nie trafia w termin, gdy trzeba tak co do dnia. Miesiąc później odbyły się urodziny jego najlepszej przyjaciółki, która dostała od niego pięć różnych prezentów, wręczanych z mojej obecności, dopasowanych do jej osobowości i w ogóle zachwycających. Nie komentowałem tego, bo i jak mogłem? Byłem zbyt zajęty przekonywaniem siebie, wzorem biednych heteroseksualistów męczących się na moim drugim blogasku, że dobra materialne nic nie znaczą, a najważniejsza jest miłość. No i -- szczerze mówiąc -- nie traktowałem go za poważnie, bo gdybym go traktował poważnie, dawno już usechłbym ze zgryzoty.

Zgrzyty pojawiały się częściej. Impreza, na którą wychodzimy razem, ale wracamy oddzielnie, bo DJ odmawia przyjęcia do wiadomości, że ja po całym dniu pracy o 3 nad ranem mogę być zmęczony i chcieć wrócić do domu (po czym obraża się śmiertelnie, kiedy wychodzę bez niego). Regularnie powtarzające się wrażenie, że DJ swoją przyjaciółkę i swojego kuzyna traktuje o wiele lepiej, niż mnie. Ciągły brak kasy, którą w związku z tym pożyczał ode mnie. (Może kiedyś zwróci, myślałem naiwnie.) A przy tym masa uroku, fantastyczny seks, niesamowita otwartość na ludzi, łatwość nawiązywania kontaktów, inteligencja i charyzma tak błyskotliwa, że czułem się przy nim czasami jak przygłupi kloc. Związek z DJem był jak związek z dużym dzieckiem, które wpada bez przerwy na genialne pomysły, czasami nieco męczące, przy czym co jakiś czas dostaje znienacka napadów ADHD i zaczyna biegać wokół piaskownicy, rzucając oderwane frazy typu "zagrajmy w berka!" i wybuchając bez powodu śmiechem.

Po zerwaniu okazało się, że z jakiegoś powodu to ja nie mam żadnego problemu z byciem singlem, DJ natomiast usiłował przystąpić do "zostawania przyjaciółmi" -- sądząc po sposobie, w jaki pocałował mnie w kark, kiedy, hmm, oddawał mi klucze i odnosił rzeczy, być może miał nadzieję nawet na friends with benefits. Niestety odmówiłem usług, bo jakoś nie podoba mi się, że facet, który ze mną zerwał 2 dni wcześniej, nadal nazywa mnie "kochanie", przysyła mi smsy z całuskami i ogólnie rzecz biorąc zachowuje się, jakby właściwie nie wydarzyło się nic szczególnego. Na moją odmowę DJ zareagował silną obrazą i oskarżeniem mnie o dziecinność i egoizm, co zapewne bolałoby nieco bardziej, gdyby nie pochodziło od osoby dziecinnej i egoistycznej, po czym przystąpił do cyberstalkingu. Po dwóch dniach regularnych dostaw złośliwych smsów komentujących wszystko, co napisałem lub zrobiłem na Facebooku, Twitterze i paru innych portalach, w końcu zablokowałem w komórce jego numer. DJ zareagował mailem z żądaniem zwrotu plakatu, który dał mi w prezencie. Dzięki temu przedstawieniu kompletnie za nim nie tęsknię, zupełnie mi go nie brakuje, a co ciekawsze, ustąpiła wściekłość, zastąpiona raczej przez jakiś rodzaj współczucia, bo biedactwo wyraźnie ma problemy z udźwignięciem konsekwencji własnych decyzji.

Jakoś tam smutne jest doznanie, że osoba, w której byliśmy zakochani, stanowiła dla nas raczej słodki ciężar, niż słodkie wsparcie. A jednocześnie jestem mu na wiele sposobów wdzięczny za te 197 dni: bawiłem się z nim na ogół świetnie, sam zdołałem się trochę otworzyć na ludzi dzięki jego nieustającym demonstracjom, że to możliwe, wiele się też nauczyłem o sobie -- dobrego i mniej dobrego. Uzbierałem mnóstwo materiałów do książki; obejrzałem sobie, jak heteroseksualni Holendrzy na nieznanych mi dragach uprawiają ekshibicjonizm przy oknie celem pokazania się dwóm nieco wystraszonym gejom, palącym na dachu ognisko; no i dowiedziałem się, na co na pewno nigdy więcej żadnemu facetowi nie pozwolę.

Moje życie w ostatnich dniach składało się z mnóstwa wolnego czasu, mnóstwa ciężarów na siłowni, nowych wybuchów kreatywności, dowodzących, że mimo zerwania nadal potrafię sobie znaleźć inspiracje muzyczne oraz świętego spokoju -- z wyjątkiem chwil, kiedy DJ napastował mnie telefonicznie, mailowo i smsowo. Dziki, nieokiełznany chaos w życiu potrafi być bardzo przyjemny, i przez parę miesięcy był. Ale teraz z niezwykłą ulgą witam święty spokój. Czasami nudzić się też jest fajnie.
niedziela, 07 sierpnia 2011
Hooker please, lub: suddenly single every morning
`. . . and we'll be introducing our new Springtime Slot,' said Nick, "Suddenly Single" - a dilemma being faced by a growing number ofwomen. Anne.'
  `And introducing spanking new presenter Pam Jones,' said Anne. "'Suddenly Single" herself and making her TV debut. '
 While Anne was speaking my mother unfroze within the diamond, which started whooshing towards the front of the screen, obscuring Anne and Nick, and revealing, as it did so, that my mother was thrusting a microphone under the nose of a mousy-looking woman.
 `Have you had suicidal thoughts?' boomed my mother.
 'Yes,' said the mousy woman and burst into tears at which point the picture froze, turned on its end and whizzed off into one corner to reveal Anne and Nick on the sofa again looking sepulchral.

(Helen Fielding, "Bridget Jones's Diary")

Nie należę do osób, które po zerwaniu zalewają się łzami lub procentami i spędzają samotne wieczory na wzdychaniu, jak to im było dobrze z misiaczkiem, a teraz są taaakie samotne i w ogóle. Nie należę też do osób, które piszą o związkach w trakcie ich trwania -- seks-bloga kiedyś miałem, bo niespecjalnie się przejmowałem tym, co o mnie myślą i co by poczuli czytając moje opowieści moi partnerzy bez zobowiązań, ale związko-bloga jakoś nie miałem i mieć nie będę. (Chociaż MPO30 poniekąd takim blogiem miała być.)

Z DJem mieliśmy już parę dwudniowych rozstań, które kończyły się pogodzeniem, ponieważ obaj nie mogliśmy bez siebie wytrzymać. Tym razem, obawiam się, okazało się, że jak najbardziej mogę bez niego wytrzymać. Od kiedy zerwał ze mną, kompletnie pijany, drogą sms-ową o godzinie 4:25 nad ranem w piątkową noc -- po tym, jak sam udał się do klubu, narąbał jak szpadel i wdał się w bójkę, a ja do tegoż klubu się nie udałem, ponieważ spodziewałem się dokładnie takiego rozwoju wydarzeń i nie miałem ochoty brać w nim udziału -- czuję trzy rzeczy: miotającą mną co jakiś czas wściekłość, triumfalne zadowolenie ze sposobu, w jaki działa karma (która czasami nie czeka ani chwili i od razu traktuje swoje ofiary z glana) oraz ulgę.

To, co łączyło mnie z DJem od początku traktowałem jako krótki romans. Po dwóch tygodniach z niechęcią przyznałem, że może potrwa, bo ja wiem, miesiąc. Po miesiącu -- że może nawet dwa. Po dwóch -- no, trzy, cztery. Trwał 197 dni. Możliwe, że trochę za długo, ale nawet w chwilach, kiedy najsilniej zdawałem sobie sprawę, że do siebie nie pasujemy -- np. w okresie, kiedy najbardziej potrzebowałem wsparcia w walce z depresją, a naburmuszony DJ obwieszczał, że tak go stresuje moja choroba, że aż dostał migreny i musi iść do domu, zostawiając mnie sam na sam z myślami samobójczymi -- ciągle byłem w nim zakochany. A teraz... chyba już nie jestem.

Chyba. Nie mam tak do końca pewności, czy nie wybaczyłbym, gdyby przyszedł do mnie i powiedział wprost i szczerze, że spierdolił sprawę, przeprosił i poprosił o jeszcze jedną szansę. Ale to najprawdopodobniej nie nastąpi, bo DJ, podobnie, jak moja ciotka, należy do osób, które nie przepraszają i nie lubią się poczuwać do winy. (DJ obraził się na mnie w piątek rano, ponieważ zrobił mi świństwo, a ja mu powiedziałem szczerze, że mnie to boli i jest mi przykro. W ten sposób -- jak to ujął -- zachowałem się egoistycznie, zepsułem mu nastrój oraz plany na weekend. Kiedy zaczął się domagać przeprosin, przestałem się do niego odzywać.) DJ należy do osób, które udają się w miasto, wypijają wszystkie procenty, jakie stają im na drodze, następnie wszczynają bójkę w klubie i zostają z niego wyrzucone, na koniec zaś obwiniają za to swojego (eks-)partnera, który przecież jest wszystkiemu winien, bo nie przyszedł i ich nie powstrzymał.

Jako honorowa kobieta niestety mam tendencję do lubienia złych chłopców. Tyle, że ja ich lubię wyłącznie w łóżku. Zdaje się, że najbardziej pasowałby mi facet, który przyszedłby do mnie o 2 w nocy, spocony, nieogolony i narąbany jak szpadel, kopniakiem rozsunął uda, brutalnie zgwałcił w ogóle nie zwracając uwagi na moje protesty, po czym magicznie wytrzeźwiał, zaczął pachnieć mydełkiem i świeżością, utulił w ramionach, czule wycałował i zasnął w moich objęciach. DJ pasował do tego obrazu całkiem nieźle, dodatkowo jako szalony imprezowicz wyciągał mnie w miasto, pokazywał miejsca, których w życiu sam bym nie znalazł i tak dalej. Tyle, że na dłuższą metę nie da się na tym budować związku i byłem tego świadom od początku, mimo tego, że DJ wmawiał mi, że tak naprawdę wcale nie jest taki znowu szalony i imprezowy i naprawdę mnie kocha i bardzo mu na mnie zależy. Niestety, poza gadaniem niewiele rzeczywiście robił; jak śpiewa Madonna, "your actions speak louder than words".

W sobotni wieczór doniesiono mi pocztą pantoflową o piątkowej bójce, potem zaś DJ sam mi zakomunikował -- zapewne licząc na moje współczucie -- iż leży w łóżku, gdyż wypił tak dużo, że jest chory. Wiadomość ta wprawiła mnie w doskonały nastrój. Ubrałem się odświętnie (tzn. jak skinhead na wakacjach) i ruszyłem do kumpla, który ma zbliżonego rodzaju problemy z dziewczyną, celem wypicia paru piw i ruszenia w miasto w poszukiwaniu przygód. W planach było całowanie się z najseksowniejszym facetem w okolicy, zadbanie o to, żeby zdjęcia owego wiekopomnego wydarzenia znalazły się na Facebooku i ogólnie rzecz biorąc upewnienie się, że DJ dowie się, że nie siedzę w domu samotnie, tęskniąc za jego towarzystwem. Dojechałem do kumpla, piwo wypiliśmy, o problemach sercowych pogadaliśmy, po czym... kumpel udał się w miasto, a ja do domu. O pierwszej byłem w łóżku, rano wstałem bez kaca i udałem się na siłownię, gdzie wściekłość wyładowałem na różnych ciężkich przedmiotach, strasząc tylko współćwiczących wyrazem twarzy odzwierciedlającym mój nastrój.

Okazuje się, że może i jestem suddenly single, ale nie znaczy to, że muszę koniecznie zapychać dziurę po chłopaku obcymi penisami, jak to ujął poetycko mój przyjaciel Rysiu. Chyba, kurka Felek, mimo najlepszych chęci dorośleję, albo co. Powiedziałbym, że następny związek być może będzie nieco mniej romansem, a bardziej związkiem, ale chwilowo nigdzie mi się nie spieszy. Mam do dokończenia książkę, szukam nowej pracy, leczę się z depresji i ogólnie rzecz biorąc jestem zajętym człowiekiem, który nie myśli o sobie jako "między związkami" tylko jako całości z samym sobą. A seks? Och, jeśli poczuję się zbyt samotny, jeden czy dwa smsy do starych znajomych powinny wystarczyć. Dziura po chłopaku? Jaka dziura? (Bez wulgarnych podpowiedzi proszę.)