wtorek, 13 grudnia 2011
Tym razem na temat
Dla nielicznych (ahem) niezainteresowanych kowalstwem, dzisiaj o moim życiu prywatnym.

Z Wilkołakiem nie wyszło, ponieważ rozminęły się nam chęci. Pojechaliśmy o wiele za daleko na drodze oddzielającej bycie friends with benefits (wśród forumowiczów gazety to się nazywa, zdaje się, fuckable flurries, czy coś takiego) i romantyczne randkowanie. W końcu jeden z nas zaczął się zakochiwać, a drugi nie. Ja byłem tym pierwszym, temat poruszyłem na szczęście dość wcześnie, nie czekając, aż wpadnę po czubki uszu, Coot zmartwił się nieco i stwierdził, że niestety on tak nie za bardzo jest zainteresowany związkiem, nie jest zakochany i ogólnie lepiej mu było, póki się nie uzewnętrzniłem. Tak więc aktualnie rozmawiamy dość rzadko i wyłącznie na stopie przyjacielskiej.

Miejsce Wilkołaka zajął Kanadyjski Drwal. Drwal ma, oczywiście, gęstą brodę, w odróżnieniu od Coota nie pali, zaś ostatnio zyskał mój wielki szacunek stwierdzeniem, że dopóki spotykam się z innymi facetami, on nie będzie ze mną sypiać ani się całować, natomiast bardzo chciałby spędzać ze mną czas i po prostu mnie poznawać. Sprawiło to na mnie ogromne wrażenie i spowodowało gwałtowny wzrost zainteresowania Drwalem (który, jak sama nazwa wskazuje, kończy pracę magisterską z psychologii). Story developing.

W ostatnich tygodniach i tak już przyhamowałem z randkowaniem (z wyjątkiem Drwala), ponieważ odkryłem, że nie mam czasu. A zajęć mam co niemiara. Piszę teksty dla psycholożki od outplacementu, piszę notki na blogi, piszę piosenki, projektuję logo, a niedługo stronę dla przyjaciółki, uczę się podstaw kowalstwa, chodzę na siłownię, czytam książki... Nikt nie ma aż TYLE czasu, a ja nie mam go nawet pomimo tego, że chwilowo nie pracuję. Jak ja to robię?

W ogóle był to męczący rok. Poznałem ludzi jeszcze dziwniejszych, niż wcześniej (jeśli czytaliście moją notkę o HIV na Homikach, wszystkie te osoby istnieją w rzeczywistości). Obserwowałem przy pracy zaprzyjaźnionych inżyniera precyzyjnego, handlarza narkotykami, kowala i wielu barmanów, zaś w nadchodzących dniach do całości dołączę pana, który produkuje stroje z metalowych kółeczek, coś w rodzaju skrzyżowania kolczugi z bielizną erotyczną. (Z nim też będę mieć warsztat.) Odszedłem z pracy, nie mając na podorędziu nowej. Wydałem płytę i nakręciłem trzy teledyski. Bardzo poszerzyłem spektrum doznań seksualnych, z jakimi jestem dotychczas obeznany. Pokrótce związałem się z DJem. Zajmuje się mną aktualnie troje psychologów. Napisałem pierwszą wersję książki. Zmarły dwie osoby w mojej bliskiej rodzinie i urodziły się również dwie.

Niewątpliwie był to rok urozmaicony. Czy jednak mógłbym poprosić, aby 2012 był urozmaicony na przyjemnie?

PS. Heteroblogasek się uaktualnił.
niedziela, 11 grudnia 2011
Notka kowalska
Cholera jasna, blox właśnie zeżarł pierwszą wersję. Przystępujemy do pisania od nowa. :/ Na szczęście temat zupełnie mi się jeszcze nie znudził i chętnie Was nim trochę pozanudzam...

Kuźnia

Wczoraj miał miejsce jeden z najfajniejszych dni w moim życiu.


Kowal, Sven, miał lat 31, wyglądał na 22, zaś z tych 31 lat 15 stanowiło doświadczenie w kowalstwie. Jak mi powiedział, zaczął od nauki inżynierii precyzyjnej, ale odkrył, że nie posiada ani odrobiny talentu matematycznego, więc przeniósł swoje zainteresowania w miejsce, gdzie jeden milimetr w tą czy tamtą stronę nie odgrywa ogromnej roli i nie trzeba przesadzać z precyzją, zaś ewentualne błędy da się naprawić (co było bardzo przydatne w przypadku moich prób używania wierteł).


Poznałem wiele ciekawych narzędzi, z których dwa sam nawet wykonałem -- pogrzebacz i obcęgi. Muszę przyznać jednak, że bardziej podobała mi się zabawa palnikiem tlenowym oraz młotem parowym o nazwie Smurf:


Sven wykazywał się ogromną cierpliwością, profesjonalizmem, poczuciem humoru -- kiedy okazało się, że brak mi trzeciej ręki do przytrzymania przewiercanego narzędzia i wiertarka wykonała dziurkę nie do końca tam, gdzie powinna, Sven nie irytował się, nie robił wszystkiego za mnie, tylko ze śmiechem naprawiał błąd. Generalnie zaś pokazywał mi co robić, po czym oddalał się i pozwalał mi robić to samemu, bez patrzenia mi na ręce.


Po trzech godzinach używania młota odkryłem mały problemik. Moje wypracowane na siłowni mięśnie, o które się nieco martwiłem, nie miały żadnych problemów z wykonywaniem właściwego ruchu. Problem miały natomiast moje różowe, mięciutkie łapki, na których w ciągu dwóch godzin pojawiły się pęcherze, zaś w ciągu kolejnych godzin pęcherze pękły, skóra się zdarła, a w mięsko wtarł uroczy pył węglowy... Dodatkowo udało mi się udowodnić, iż posiadam liczne talenta manualne za pomocą uderzenia się trzymanym w prawej ręce młotkiem w prawą rękę. Na koniec dnia moje ręce wyglądały więc tak:


Zdjęć podczas machania młotkiem niestety nie posiadam, ponieważ nie przeszła mi przez gardło prośba, żeby Sven takowe wykonał -- czułbym się troszkę za bardzo jak turysta w skansenie. Celem mojej wizyty nie było zaś przyglądanie się z ukosa eksponatom i cedzenie "to interesujące", tylko nauczenie się tyle, ile tylko możliwe w ciągu sześciu godzin. Na szczęście Sven w pewnym momencie złapał mój aparat i zaczął się nim bawić, dzięki czemu mogę tę notkę zilustrować np. tak...


Sześć godzin upłynęło w ogóle nie wiadomo kiedy, a moje przewidywania, że praca może mi się spodobać potwierdził fakt, że mimo pęcherzy i lekko obolałego prawego ramienia byłem gotów spędzić tam również całą noc, a najlepiej najbliższe pięć lat :)

Jak wspomniałem, wykonałem własnoręcznie (naprawdę własnoręcznie) pogrzebacz, mało może użyteczne, ale za to bardzo ładnie powyginane obcęgi, zaś na koniec zaczęliśmy, ale nie dokończyliśmy z braku czasu, głowę smoka:


Żarty żartami -- to naprawdę był jeden z najbardziej ekscytujących dni mojego życia. Niestety, Sven ucznia już posiada (poza tym znajduje się w odległości dwóch godzin jazdy pociągiem), ale według jego słów dużo dobrych kowali mieszka w Belgii, Niemczech i... w Polsce. Czyżby los postanowił mi udowodnić, że istnieje taki sposób, żebym z własnej woli wrócił do Polski? :P

Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi...

niedziela, 04 grudnia 2011
Sekrety Casanovy za darmo!!1!

Jak wiadomo, uprawiam z sukcesem randkowanie w internecie. (Poza internetem zresztą też, i także z sukcesem.) Mógłbym zapewne ogłosić, że za jedyne 999 zł możecie przybyć na moje eksklusivne seminarium, na którym jako Artysta Podrywu podzielę się sekretami swych sukcesów, ale określenie "Artysta Podrywu" wzbudza we mnie jedynie rechocik, zaś niektóre z ich metod rozpoznaję od pierwszego kopa i są doskonałą metodą, aby wzbudzić we mnie serdeczną i szczerą niechęć od pierwszego wejrzenia. Tak więc sekretami podzielę się za darmo, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od określeń typu "Casanova" czy "Artysta Podrywu" i dalej będziecie o mnie mówić "ten bolek z irokezem".

Sekret pierwszy: zdjęcia. Zamieszczanie w profilu zdjęcia łokcia w wyjątkowo pociągającej pozie, czy też ilustrowanie profilu o nazwie "wrazliwy_romantyk21" zdjęciem genitaliów może nie zaowocować wybitnymi sukcesami. Zdjęcia należy dopasować do targetu, na którym nam zależy. Jeśli poszukujemy męża, najchętniej intelektualisty kochającego muzykę poważną, nasze najbardziej cycate zdjęcie z wakacji w Kairze niekoniecznie musi być właściwym wyborem. Jeśli chcemy zrobić wrażenie naszym wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru, nie robimy miny pt. "Niemcy mnie biją" ani "właśnie usłyszałem o tragedii smoleńskiej". No i przede wszystkim NIE zamieszczamy zdjęć przerabianych, zrobionych 20 kg temu, pod tym jednym kątem, na którym wyglądamy zupełnie inaczej niż w rzeczywistości... chyba, że zadowala nas flirt wyłącznie internetowy i w ogóle nie mamy ochoty nigdy wybrać się na żadną randkę w realu. Bo realu nie wyczyścimy w fotoszopie.

Stawiajmy na to, co nas wyróżnia. Jeśli mamy wyjątkowo krzywe zęby, zaprezentujmy je w uśmiechu. Jeśli mamy dużo tatuaży i kolczyk w nosie, pochwalmy się nimi. Przecież i tak nie chcielibyśmy spotkać osoby, która na widok naszego krzywego uśmiechu powie "eee... ja się chyba pomyliłem" i ucieknie w podskokach. Po cholerę ukrywać coś, co jak najbardziej wyróżnia nas wśród innych? Pochwalmy się tym -- właśnie po to, aby odróżnić się od tłumu niewydziaranych bezkolczykowców z równymi zębami.

Sekret drugi: tekst. Jeśli piszemy "nie wiem co tu napisać, spytaj", możemy równie dobrze napisać wprost: "jestem nudziarzem i nie ma we mnie nic interesującego". O co miałbym spytać osobę prezentującą zdjęcie łokcia i informującą, że nie wie, co napisać? I po co miałbym to zrobić? Jeśli szukamy wyłącznie seksu, napiszmy, co lubimy w łóżku; jeśli szukamy kumpla do gry w tenisa, napiszmy, że szukamy kumpla do gry w tenisa; jeśli lubimy filmy Almodovara, kolekcjonujemy oryginalne wydania Małego Księcia, czy też ubóstwiamy pasjami gotować zupy, napiszmy o tym na profilu. W ten sposób zwiększamy szanse spotkania osoby, która ma te same zainteresowania -- lub też uważa, że nasza pasja zupogotowawcza czyni z nas człowieka niezwykłego i fascynującego. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś podekscytował się informacją, że druga osoba "nie wie, co tu napisać" i poczuł z nią głęboką więź.

Sekret trzeci: wiadomość. Mój sposób na odzywanie się do ludzi jest prosty -- zaglądam na ich profil, a jeśli coś mnie w nim interesuje, to o to pytam, lub komentuję. Jeśli nie zainteresuje mnie nic, to, cóż, hmm, nie wysyłam wiadomości, bo co też miałbym w niej napisać? Nigdy nie piszę rzeczy typu "cześć" lub "co tam?". Takie teksty zostawiam osobom, których opis informuje, że nie wiedzą, co tu napisać. Czasami rzucam lekko złośliwą uwagą, czy dowcipem w swoim stylu. To nie zawsze działa; część osób się za takie rzeczy obraża, część ich nie rozumie, część -- cholera wie, w każdym razie nie odpisują nic. Na tym polega robienie przesiewu: przecież nie chcielibyśmy spotykać się z osobą, przy której nad każdym wypowiedzianym zdaniem trzeba myśleć przez 20 minut, żeby przypadkiem się nie obraziła za nieodpowiednio zaakcentowany spójnik.

Sekret czwarty: zerżnięty z artystów podrywu. Nie zniechęcamy się. Nie obrażamy na rzeczywistość. Nie każdemu się spodobamy. Być może zgoła większości się nie spodobamy. Część osób zwyczajnie lubi wyłącznie wątłych, długowłosych blondynów i zaloty muskularnego czarnowłosego pancura wzbudzą w nich taki sam zachwyt, jak nieoczekiwany atak opryszczki. Przyjmujemy do wiadomości, życzymy szczęścia i oddalamy się w kierunku, z którego przybyliśmy. Przecież docelowo i tak musimy spotkać tylko jedną osobę. Kto nam powiedział, że to ma być właśnie ta? Owszem, jej zainteresowanie zbieractwem dżdżownic nas zachwyca, ale jej akurat nasza kolekcja pcheł nie. Trudno. Chcieliśmy. Nie wyszło. We move on.

I tu sekret piąty: nie łżemy. Nie adaptujemy się do wymagań. Jesteśmy sobą. Jeśli poświęciliśmy swe życie zbieraniu pcheł, a napotkana osoba pcheł nienawidzi, mamy wybór -- albo oddajemy kolekcję na przemiał, albo z osobą pozostajemy oddanymi przyjaciółmi (którzy na wszelki wypadek spotykają się wyłącznie poza domem, odziani w kombinezony przeciwchemiczne). Bardzo wiele osób na randkach łże w żywe oczy na temat swojego zainteresowania sportem (tak, lubi, oglądać w TV), wybitnych zdolności kulinarnych (zamawia pizzę najlepiej w mieście!) tudzież zamiłowania do wędrówek wysokogórskich (w miarę możliwości przy użyciu gór płaskich i usianych sklepami z obuwiem). Te same osoby po trzech miesiącach płaczą w rękaw przyjaciółce: on jest okropny! ciągle mnie ciąga na boisko, każe gotować obiady, a jak wspominam o wyjeździe do Turcji na ol inklusiw, to on o górach i o górach!!! Czy naprawdę muszę tłumaczyć powody, dla których osoby te przekonane są o swoim braku szczęścia w miłości?

Sekret szósty: nie targetujemy się za dokładnie. Jednym z powodów moich licznych sukcesów jest to, że nie lecę wyłącznie na facetów przerażająco atrakcyjnych, w wieku od 31 do 31 i dwa miesiące, rudych w tym jednym wyjątkowym odcieniu, ale nie piegowatych, z brodą o długości między 9 a 11 mm, ubierających się u Kenzo i pachnących Diesel Fuel. Podoba mi się dużo różnych rzeczy, nie przeszkadza mi, jeśli facet ma brzuszek (o wiele bardziej przeszkadza mi, jeśli jest wyrzeźbiony jak Apollo, ja nie jestem i nie lubię, jak mi się o tym przypomina), nie lecę na pieniądze, na samochód i mieszkanie w dobrej okolicy, lecę za to energicznie i z przytupem na złośliwe poczucie humoru, czytelnictwo, dobry (tzn. podobny do mojego) gust muzyczny oraz przyjemną konwersację. O tym, czy te wszystkie rzeczy pan prezentuje wiem, ponieważ przejrzałem jego profil i pokonwersowaliśmy parę dni przed spotkaniem. Nigdy nie spotykam się z osobami, które "nie lubią długo pisać", a na profilu informują wyłącznie o rozmiarze członka. Sztuka zadawania prostych pytań -- ot, chociażby, "jakiej muzyki słuchasz", "kto jest Twoim ulubionym pisarzem" oraz "czy lubisz Wulffmorgenthalera i Pid'Jina" pozwala mi dosyć prosto ustalić, czy konwersacja będzie się nam kleić.

No i sekret siódmy, który właściwie jest taki sam, jak czwarty: podchodzimy do sprawy z poczuciem humoru. Najgorszą randką w moim życiu było spotkanie z trenerem fitness, który, jak się okazało, przesyłał mi zdjęcia zrobione 20 kg temu (na zimę nieco mu się przytyło), zaś do kina przyprowadził dwóch kumpli. Przez cały film oni konwersowali po hiszpańsku, zaś ja obmyślałem najpierw wymówkę, dzięki której zaraz po filmie będę mógł się zmyć, zaś potem -- notkę, którą zamieszczę na blogu. Nie spędziłem wieczora pijąc na smutno i wyznając lustru, że ci faceci to są jacyś pojebani i resztę życia z pewnością spędzę samotnie. Owszem, po roku cotygodniowych randek z trenerami fitness zapewne ciężko byłoby nam zachować czarujący uśmiech i musujące poczucie humoru, ale wtedy zawsze możemy sobie zrobić miesiąc przerwy i jako singiel wybrać się na wakacje do Turcji, wzdychając w upojeniu, jak to dobrze, że nareszcie nikt nas nie zmusza do łażenia po górach.

środa, 30 listopada 2011
Zapraszam na homiki...
...gdzie w przeddzień Międzynarodowego Dnia AIDS piszę o HIV:

Pierwszym poznanym przeze mnie nosicielem wirusa HIV był Barry. Przystojny, muskularny, czarnoskóry Amerykanin z olśniewającym uśmiechem i mnóstwem problemów z samym sobą. Po wspólnym wypaleniu jointa i rozmowie o naszych rodzinach – niby różne kontynenty, a jak wiele wspólnego – wylądowaliśmy na mojej kanapie z Janet Jackson w tle. Po czym Barry powiedział mi o swoim zakażeniu, a ja...
wtorek, 29 listopada 2011
Notatki z podróży

Kolonia to dziwne miejsce.

Ulica, na której mieszka odwiedzany przeze mnie Miś z Kolonii (jak sama nazwa wskazuje) jest jedną z droższych ulic w mieście. Mieszczą się na niej eleganckie bloki, galeria sztuki, sklep z bardzo drogimi pierdolansami. A jednak nie udało się wytyczyć jej w taki sposób, żeby mieściły się na niej jednocześnie samochody i ludzie. Ponieważ mieszkańcy parkują pod blokiem, pozostaje akurat tyle miejsca, żeby ALBO przejechał samochód, ALBO przeszedł człowiek. A samochody jeżdżą często.

Większość mijanych przeze mnie sklepów wygląda identycznie. Metal, szkło, ogromne szyby, za którymi świeci lodowate światło, oświetlając drogie produkty. Mieszkając w Amsterdamie przywykłem do o wiele bardziej organicznej architektury i Kolonia sprawia na mnie wrażenie miasta dostosowanego do potrzeb robotów. Dokładnie tak samo, jak Warszawa.

Podobieństw jest więcej. Spotykani w barach ludzie trzymają się w swoich grupkach i nie sprawiają wrażenia, jakby mieli ochotę nawiązywać kontakt, jeśli zaś już to robią, to nie moją ulubioną metodą -- podejść i powiedzieć coś głupiego i zobaczyć, co się stanie -- tylko np. wystawiając język i obleśnie się w moją stronę oblizując. W ciągu pobytu, pominąwszy Misia z Kolonii, jak na razie rozmawiałem z trzema osobami, z których każdą zagadnąłem osobiście, wybierając zupełnie przypadkowo pod kątem "o, ten wygląda sympatycznie i ma w sobie coś ciekawego". Pierwszy okazał się Holendrem z Amsterdamu, drugi -- Australijczykiem, a trzeci -- Belgiem. Przysięgam, że nie podsłuchiwałem, w jakim języku mówią.

Swoją drogą, znowu wychodzi, że jestem Casanovą, ponieważ poderwałem wszystkich trzech. Australijczyka jakby najmniej, ponieważ był barmanem w trakcie pracy i niespecjalnie mógł się oderwać, ale polubił mnie na tyle, żeby zapominać pobrania ode mnie pieniędzy za napoje i zachęcać usilnie do wybrania się do baru następnego wieczora. (Bardzo lubię ten typ barmana.) Holender zaplanował spotkanie ze mną po powrocie do domu, czyli w przyszłym tygodniu, zaś Belg... to dłuższa historia. W skrócie powiem, że zagadywanie faceta w skórzanym mundurze policyjnym, skórzanej czapce, skórzanych rękawicach, skórzanym krawacie i z dwoma skórzanymi biczami u pasa, czy moja teoria, że on w ten sposób kompensuje sobie mizerny rozmiar jest słuszna może się skończyć w nadzwyczaj nieprzewidziany sposób i w sumie to bardzo dobrze, że jutro z tego miasta wyjeżdżam i już więcej mnie w tym barze nie zobaczą.

*

Właśnie przed chwilą mój kumpel zdefiniował zmianę mojej osobowości pod wpływem antydepresantów -- nie mam zahamowań. To prawda. Niektóre rzeczy nadal wzbudzają moją niechęć -- nie lubię darkroomów, w których po pierwsze jest ciemno, po drugie nie da się pogadać, a po trzecie włącza mi się głosik, pytający, jak często i dokładnie się tu sprząta i ile zarazków roi się po ławkach i podłogach. Wiecznie żywy jest Wewnętrzny Katolik, który nudzi, że za dużo przyjemności to grzech i lepiej bym pomedytował, lub poczytał Biblię. Ale Wewnętrznego Katolika jakoś podejrzanie łatwo przyciszyć (zwłaszcza po trzecim piwie), a nieśmiałość wziona i znikła. Ni ma. Nie ma takiego faceta, do którego bym nie zagadał. Są tacy, do których zagadywać nie mam ochoty, rzecz jasna, ale jeśli widzę coś fajnego, to nic mnie nie powstrzyma. A potem się okazuje, że oni wszyscy są moimi zaczepkami zachwyceni i gotowi mi to okazać na wiele interesujących sposobów, również przy użyciu skórzanego bicza przy barze w obecności gości.

Z jednej strony chciałbym, żeby mi ta pyskatość pozostała po zaprzestaniu terapii chemikaliami, bo jest fajna i odnosi same sukcesy, z drugiej -- nie do końca wiem, czy na pewno chcę spędzić kolejne np. 10 lat ładując się z zapałem w kolejne kłopoty z kolejnymi facetami w kolejnych barach. A antydepresanty mają też taki skutek uboczny -- tak twierdzi mój terapeuta, a nie mam powodu mu nie wierzyć -- że raczej uniemożliwiają zakochanie się i wszystko to, czego potrzeba, aby się z kimś związać. A na razie raczej nie mogę pigułów odstawić. W zeszłym tygodniu przeoczyłem jeden raz mniejszą dawkę -- biorę całego proszka rano i pół po południu, przeoczyłem to pół. Dzień potem byłem jakiś nieobecny, co odnotował Szacowny Małżonek. Następnego dnia zaś miałem w pełni rozwinięte objawy depresyjne, łącznie z myślami samobójczymi. Tak więc chyba jeszcze nie będziemy rezygnować z chemii...

*

Z Kolonii wyjeżdżam jutro i nie będę tęsknić. Nie podoba mi się tutaj. W Berlinie podoba mi się głównie część wschodnia, a konkretnie fragmenty, których jeszcze nie zdążyli odnowić. Kolonia wygląda jak Berlin Zachodni, jednocześnie skrzętnie ukrywając, że w rzeczywistości jest tu dosyć biednie. Nie tak biednie, jak w pomniejszych rumuńskich miasteczkach, ale jak na zgniły kapitalistyczny Zachód, którym straszono mnie w dzieciństwie, to jednak Kolonia cienko przędzie. Mnóstwo ludzi stąd wyjechało i wyjeżdżają kolejni; kryzys ekonomiczny wytłukł turystów z Włoch i Hiszpanii i tylko w chwilach takich, jak ten weekend -- Bear Pride i najazd skórzanych misiów z całego świata -- łazi tu dużo turystów i gada w obcych językach.

Na koniec jeszcze słowo na niedzielę o misiach. Ja misie lubię. Misie są brodate, czasami brzuchate, czasami muskularne, generalnie futrzaste, piją piwo litrami zamiast odginać paluszek od szklaneczki coli light, ubierają się w skórzane pantalony, t-shirty i dżinsy zamiast Prady i innych Kalwinów Klajnów, mają przyciężkie poczucie humoru, a jednocześnie potrafią wdzięcznie się przegiąć i wymachiwać łapą rozmiaru, cóż, niedźwiedziej, jakby były zwiewną westalką. Tyle, że w Kolonii misiów jest nadmiar. W barze stoi dwustu identycznych facetów. W barze obok kolejnych dwustu. Wszyscy brodaci, wszyscy duzi, wszyscy włochaci, wszyscy w podobnych ciuchach. A w środku tego wszystkiego siedzę ja w t-shircie "Beards Are Awesome" i się z nich natrząsam. Nie wiem, jak się czuje heteryk kochający cycate blondynki na zjeździe cycatych blondynek, ja w środku dwustu muskularnych niedźwiedzi czuję się strasznie ubawiony, bo kojarzą mi się z indie hipsterami, którzy wszyscy wyróżniają się z tłumu za pomocą wyglądania identycznie.

*

A teraz jest już jutro.

Śniadanie zjadłem w losowo wybranej knajpce, w której nieuprzejma pani nie znała ani słowa po angielsku, ale dogadaliśmy się za pomocą pokazywania palcem i przemawiania bardzo powoli. Aura jest mżąca i bardzo ciepła, raczej październikowa, niż listopadowa, a ja nieco niewyspany po wczorajszym wypadzie.

Trzy pierwsze bary spowodowały we mnie gwałtowne ataki klaustrofobii. Nie mam problemu z barami, w których jest dużo ludzi, ale jeśli nie ma nawet tyle miejsca, żebym mógł zdjąć z siebie kurtkę, to znaczy, że jest jednak trochę za przytulnie. W czwartym barze grali Britney Spears zamiast szlagierów o reniferach, znalazły się miejsca siedzące, a barman polewał bardzo szczodre drinki, klepał mnie po plecach i pytał, co też jeszcze chciałbym usłyszeć.

Byliśmy w środku może dziesięć minut, kiedy wpadła na mnie -- niezupełnie przypadkowo -- urocza, ciemnowłosa dziewczyna i powiedziała, że jest bardzo pijana i przeprasza, ale czy może tańczę. Może tańczyłem. Przetańczyliśmy jakieś pół godziny, po czym dziewczyna zapoznała Misia i mnie ze swoją najlepszą przyjaciółką, która z kolei zapoznała nas ze swoim chłopakiem. Pamiętny lekcji Misia o tym, że mieszkańcy Kolonii nie rozmawiają z obcymi zastanowiłem się przez chwilę, czy aby dotyczy to wyłącznie gejów, po czym okazało się, że żadna z tych trzech osób nie pochodzi z Kolonii, a najdłużej mieszka tu ciemnowłosa, bo aż osiem lat.

Nie wiem, czy jeszcze tu wrócę. Misiu i jego nieleczona depresja mają na mnie bardzo zły wpływ, w barach wolno palić, muzyka jest beznadziejna, a dwaj poderwani faceci mieszkają za granicą. Na ulicy czyhają na człowieka bankomaty-złodzieje, które dopiero przed ostatnim potwierdzeniem transakcji od niechcenia wspominają, że pobierają 20% opłaty. Schampanja, "alternatywny" bar, raczy człowieka raz DJem Otzi, raz szlagierami typu "Halinko, fajną dupę masz", co nie jest do końca sposobem, w jaki alternatywę rozumiem ja. Skojarzenia z Warszawą nie są przyjemne, bo Warszawy też nie lubię, lubię kilka wybranych miejsc i mieszkających w niej przyjaciół. A jednak nie żałuję, że tu przyjechałem, chociażby dlatego, że blokada pisarska runęła z hukiem i połowę pobytu spędziłem klikając z zapałem w laptopa, spotkałem ponownie misiową przyjaciółkę-anarchistkę i doskonale się ubawiłem, oraz nabyłem nadzwyczaj dziwny element ubioru -- coś jakby środek marynarki z eleganckimi klapami, połączony z rękawami dresu z paskami. No i w portfelu mam wizytówkę belgijskiego skórzaka... 

*

Ostatnie godziny w Kolonii całkiem nieźle podsumowały moje odczucia wobec tego pobytu.

Wybraliśmy się do knajpy, w której podają najlepsze sznycle w mieście. Nie żałowałem -- sznycle były ogromne i pyszne, kelnerka uprzejma i uśmiechnięta, a po mojej lewej stronie siedział niezwykle piękny, czarnowłosy i czarnobrody mężczyzna, na oko 35-40 lat, wielkie, czarne oczy. Pewnie Hiszpan, myślałem lekko nieobecnie, gdy Miś skarżył się na swojego szefa. Pewnie hetero. W domu siedzi żona, a on w podróży służbowej...

Zjedliśmy, wypiliśmy, po czym postanowiłem udać się do toalety, zupełnie przypadkiem wybierając moment dwie minuty po tym, jak udał się tam brodaty przystojniak. Niestety, za mną ruszył nieznany mi świński blondyn, który zaczął przemawiać do mnie po niemiecku.

-- I don't speak German -- odpowiedziałem.

-- Do you speak English?

-- I believe I do. -- Cholera, będzie do mnie gadać, pomyślałem niechętnie, patrząc z żalem, jak brodacz myje ręce i wychodzi.

-- Where are you from?

-- I'm from Amsterdam.

-- Amazing! Amsterdam, Amsterdam! -- zaczął śpiewać popularny tutaj szlagier z gatunku muzyki rubaszno-pijackiej, której nie znoszę.

-- Yes, I heard this last night at a bar -- odpowiedziałem i ruszyłem do wyjścia, on zaś za mną.

-- I have a dream, baby! -- poinformował mnie, kiedy już miałem usiąść z powrotem obok Misia.

-- What is it?

Objął mnie i pogłaskał po plecach. -- To have a Dutch man all of my own! -- Po czym na szczęście oddalił się, zanim zdążyłem dać mu w pysk i objaśnić, że nie znoszę być dotykany bez pozwolenia przez kompletnie obcych ludzi.

Pełen niesmaku usiadłem. Ależ mnie Kolonia żegna. Jednak jacyś Niemcy mnie zagadują. Łapami. Nie znoszę tego okropnie.

-- To był jeden z tych okropnych gejów z Kolonii -- poinformował mnie równie zniesmaczony Miś.

-- Rzeczywiście okropny -- mruknąłem. -- Nie trawię, jak ktoś mnie maca bez pytania. Porozmawiamy, polubimy się, wtedy możesz się przytulać, a nie jakiś obcy z łapami startuje. To akurat jest sposób, żebym kogoś natychmiast znienawidził.

-- Przykro mi -- powiedział szczerze zawstydzony Miś.

-- Trudno, żaden problem, zaraz przecież wyjeżdżam. Chodź, zbieramy się...

Ciągle zniesmaczony i z uczuciem zbrukania ubierałem się, gdy nagle zawadziłem okiem o stolik, przy którym siedział brodacz. Brodacz wpatrywał się we mnie tymi wielkimi, pięknymi oczami, z tą miną, której z niczym nie da się pomylić, którą po angielsku określamy 'bedroom eyes' a po polsku nie mam pojęcia, a kiedy nasze oczy spotkały się, uśmiechnął się tak, że zmiękły mi kolana i natychmiast zapomniałem o obleśnym blondasie.

Jeszcze wsiadając do pociągu miałem cichą nadzieję, że może, podobnie jak ja, był gościem z Amsterdamu i spotkamy się, ale oczywiście nic tak pięknego nie nastąpiło. A jednak ten uśmiech kompletnie zmienił mój nastrój. Nawet odkrycie, że projektanci dworca nie wpadli na pomysł, że ktoś mógłby chcieć tam usiąść niczego nie zmieniło. Ten uśmiech -- i smród dymu papierosowego z mojej bluzy, którą wyprałbym od razu, gdyby nie to, że przyjazd tuż przed północą -- towarzyszą mi nadal, kiedy piszę ten akapit już w pociągu. Dziękuję Ci, nieznajomy brodaczu. A tobie, nieznajomy świński blondynie, serdecznie życzę hemoroidów.

*

A w styczniu najpewniej Ateny...

środa, 23 listopada 2011
Ech
Bezrobocie mi nie służy.

watashi79 pyta mnie w komentarzu, czy poszukuję Nowego Zajęcia. Nie. Pracuję z psycholożką z outplacementu, która kazała mi nie szukać Zajęcia do końca roku; spotykam się z wieloma facetami, imiona niektórych znam, a niektórych nie; chodzę do ulubionego baru (po tym, co tam wykonałem w niedzielną noc, mogą mnie więcej nie wpuścić -- note to self, cenę następnego piwa sprzedanego przez Sandera zaokrąglić do 20 euro) i generalnie robię nie to, co powinienem, gdybym był poważnym, dojrzałym mężczyzną o właściwych zainteresowaniach. Przy czym to nie do końca ja uważam, że powinienem, a moja psycholożka oraz terapeuta oboje mi odradzają Robienie Tego, Co Powinienem, ale przeszkadza mi coś, czego się nie mogę do końca pozbyć -- mój Wewnętrzny Katolik.

Tym uroczym mianem określam głosik, który się włącza, jeśli zaczynam się za dobrze bawić. Dopóki ten głosik pilnuje, żebym nie popadł w uzależnienie od narkotyków i niebezpiecznego seksu, jest dobrze. Gorzej, jeśli głosik pilnuje, żebym nie poleciał do Grecji na zaproszenie kumpla, albo też nie kupił czegoś, co mi jest potrzebne, bo "przecież masz teraz pieniądze, ale możesz kiedyś nie mieć" oraz "po co masz lecieć do Grecji, lepiej byś odłożył na Ciężkie Czasy". To w psychologii nazywa się, zdaje się, przygotowywaniem z góry na porażkę -- zakładaniem, że nie będzie dobrze, tylko gorzej i już trzeba się na to przygotowywać.

O moim życiu "miłosnym" wolę nie pisać, bo znowu mnie 8jola8 opieprzy. Tyle, że pytanie, czego tak naprawdę bym chciał -- czy aby na pewno tłumu chętnych do seksu bez zobowiązań? A może po prostu JEDNEGO sensownego faceta bez problemów opisanych w DSM-IV? Chwilowo seks bez zobowiązań mnie całkiem zadowala, ale docelowo wolałbym jednak to drugie, a na to jakichś ogromnych szans nie widzę.

Kreatywnie trwa blokada, stąd brak notek. Nie piszę. Nie nagrywam. Nie projektuję. Wyciskam ciężary i zachowuję się w sposób nieakceptowany przez Kościół Katolicki. W przerwach sprzątam, robię zakupy, słucham Aerei Negrot i zwiedzam Facebooka. Oraz czekam na mój krótki kurs podstaw kowalstwa 10 grudnia.

Zapomniałem ostatnio pół tabletki (co dnia biorę półtora). Następnego dnia Szacowny Eksmałżonek, bawiący z wizytą, odnotował, że jestem jakiś dziwny i odległy. Dzień potem wróciły myśli samobójcze (na szczęście nie na długo). Chyba jeszcze nie będziemy odstawiać leków.

Wiem, że to nie jest ciekawa notka, ale chciałem dać znak życia. Ciekawą może obmyślę za jakiś czas. Na heteroblogasku zaś ziejący brak notek, bo lektura forum doprowadza mnie wyłącznie do walenia głową w biurko z frustracji pt. "jacy ci ludzie są banalni". Nawet nie głupi. Po prostu powtarzają wiecznie to samo. Jak ja mam komponować nowe notki przy użyciu wiecznie takich samych postów na forach, hę?
poniedziałek, 31 października 2011
4 dni, 4 godziny i 44 minuty
Ostatni tydzień w dotychczasowej pracy.

Wypalenie zawodowe zawsze wydawało mi się wymyślonym problemem dotykającym osób kiepskich w tym, co robią. Nie przyszło mi do głowy, że dotknie mnie. A już na pewno nie dlatego, że odkryję, że zamknąłem się w złotej klatce, w pracy, która nie stanowi dla mnie wyzwania, która jest prosta, przyjemna, nieabsorbująca i przez większość czasu... nudna. Mili współpracownicy, fajne zarobki, pieniądze na wakacje, rozjazdy, kredyt na mieszkanie... i mordercza nuda.

Przez miesiące powtarzałem sobie: jest kryzys, masz kredyt, warunki ekonomiczne, rynek pracy, etc. etc. Najpierw działało. Potem działało coraz gorzej, zgrzytało i chrzęściło, aż działać przestało -- i odkryłem, że nie jestem w stanie wyleźć z łóżka w poniedziałkowy poranek. Wtedy zrozumiałem, że podobnie jak wyrzucony z domu alkoholik, dotarłem do ściany -- albo zmienię sytuację, w której jestem, albo sytuacja mnie zabije. W jak najbardziej dosłowny sposób, jak wiedzą ci, którzy chorowali na depresję.

W ten sposób z własnej woli odchodzę z dobrze płatnej, bezpiecznej pracy podczas kryzysu ekonomicznego. Ci, którzy nie rozumieją, jak czuje się osoba wypalona zawodowo -- bądź pracują na kasie w supermarkecie za grosze -- zapewne uważają, że jestem kompletnym idiotą z #whitegirlproblems. Ale podobnie, jak w związku, który dotarł do fazy powolnego rozkładu, w pewnym momencie trzeba powiedzieć "koniec" i odejść; nieważne są kredyty, czterogwiazdkowe wakacje i markowe ciuchy, jeśli każdy poranek rozpoczyna się od myśli samobójczych.

Ostatnie tygodnie w pracy wzbudzały we mnie wiele ekstremalnych uczuć. Z jednej strony: ulga. Z drugiej: przerażenie. Z trzeciej: radość. Z czwartej: to doznanie, które mamy, odkrywając, jak wiele ludzi lubiło z nami pracować, żałuje, że odchodzimy, pyta, czy i jak może nam pomóc i oferuje, że napisze nam referencje. Z piątej: wrażenie, że zmarnowałem ostatnie 12 lat; dotarłem do ściany, za którą cholera wie, co znajdę, przez 12 lat pracowałem w zawodzie, w którym w tej chwili nie wyobrażam sobie dalszej pracy, a nic innego nie umiem. Czy to znaczy, że spierdoliłem sobie życie?

Zgrzytając zębami staram się dożyć piątku. A co będzie w poniedziałek, kiedy okaże się, że weekend minął, a ja nigdzie nie muszę rano iść? Nie mam pojęcia.
poniedziałek, 17 października 2011
Popularność
W ramach przełamywania zastoju pisarskiego postanowiłem napisać coś o swoim życiu, eee... miłosnym.

Jakiś czas temu zostałem wywołany do tablicy przez autora bloga "Nie ufam facetom bez skazy", który nie zgadzał się z moim zdaniem na temat randkowania online i zastanawiał się, czy ja może jestem jakiś Casanova. Nie poczuwam się zupełnie do bycia Casanovą, ale muszę przyznać, że randkowanie online w moim wypadku okazuje się jak najbardziej spełniać swoją rolę. Nie jestem tylko pewien, jak i czy w ogóle przekłada się to na budowanie związków.

Chwilowo jestem na szczęście nie w nastroju na związek, w związku (SEE WHAT I DID THERE) z czym spotykam się z chętnymi do masażu całego ciała dużym mężczyzną. Po czym masujący/masowani zaczynają wysyłać mi esemeski, zapytywać, co też porabiam, zapraszać na kolacje i wyznawać, że dużo o mnie myślą. W ten sposób niejako obalają stereotyp, że mężczyźni zainteresowani są tylko seksem, nie posiadają żadnych uczuć oraz liczy się dla nich tylko zaliczanie dup. Stereotyp ten za to zdaje się potwierdzam ja, ponieważ dopóki nie przejdzie mi zwyczaj wygłaszania przemów do wyimaginowanego DJa (na ogół przemowy da się streścić słowami "ty dupku") i dopóki nie ustabilizuje mi się sytuacja zawodowa, staram się unikać związywania z kimkolwiek na dłużej, niż kilka tygodni.

Jak już wspominałem parę razy, Amsterdam jest miejscem, które przyciąga specyficzny rodzaj ludzi. W tym miejscu zaś ja przyciągam specyficzny rodzaj ludzi. W ostatnich dniach zaoferowano mi dwa trójkąty (nie skorzystałem), chętni do spotkania celem niezobowiązującego seksu piszą z miast odległych o 200 km i obiecują, że przyjadą, zaś ja generalnie nowe oferty w większości odrzucam, bo zbyt zajęty jestem czterema dżentelmenami aktualnie w rotacji.

Ze wszystkimi byłem szczery. Powiedziałem im, że nie mam chęci na związek, że spotykam się z innymi i że kiedyś chęć na związek mi wróci i będę wtedy monogamiczny i wierny, ale na razie ten moment nie nastąpił. Oni wszyscy przyjęli to do wiadomości, po czym ich stosunek wobec mnie się nie zmienił. Co udowadnia po raz kolejny, że świat daje nam to, czego się od niego domagamy. W moim przypadku jest to konwersacja, seks oraz domowe kolacje z kuchni greckiej, arubańskiej oraz -- w przypadku Wilkołaka -- z kuchni na wynos, bo on podobnie jak ja nie potrafi gotować. Co mi zupełnie nie przeszkadza.

Grek i Arubańczyk (Arubijczyk?) to dwa nowe nabytki. Z wyglądu kompletnie do siebie niepodobni, jeśli pominąć ciemną karnację i kolorystykę, z osobowości zresztą podobnie, gotują też różnie i zapewniają mi rozrywki muzyczne -- jeden prezentuje mi greckie przeboje filmowe z lat 60, drugi zaś aktualną muzykę dance. Bardzo mi to odpowiada.

Starszy Cub, którego niektórzy pamiętają z czasów sprzed DJem, twierdzi, że mnie kocha, jego małżeństwo jest już skończone i powinniśmy razem jeździć na plażę oraz chodzić do knajp. Zgodnie z prawdą odpowiadam na to uprzejmie, że ja go bardzo lubię i chętnie się z nim prześpię (gdy znajdę wolny moment w mym jakże pełnym kalendarzyku). Martwi mnie trochę ta sytuacja, bo w przypadku Cuba akurat jest tak, że do masażu jest niezwykle utalentowany, ale do związku ze mną chyba nie do końca, toteż z nim widuję się na wszelki wypadek jak najrzadziej.

Z Wilkołakiem spędziłem ostatnio noc, co u mnie jest bardzo nietypowe i wymaga wielkich poświęceń, jako, że nie umiem spać w nieznanym łóżku i potrzebuję kilku nocy praktyki, aby móc zasnąć. Tak więc sobotnią noc "przespałem" z Wilkiem, a niedzielną spędziłem kurując ból głowy po nieprzespanej nocy. Tak się przypadkiem zdarzyło, że wpadł do mnie z wizytą jeden taki pan do spraw sprzedaży różnych różności, który po załatwieniu transakcji poinformował mnie, że jestem śliczny i słodki, dobrał mi się do rozporka, a w trakcie dobierania stwierdził, że musimy się koniecznie spotkać po to, żebym go mógł wyfistować. Nie do końca wiem, czy to dobry pomysł, po pierwsze primo dlatego, że nie jestem pewien, że to mnie kręci, a po drugie primo dlatego, że nie wiem, czy chcę łączyć sprawy romantyczne z handlowymi, bo mi się to za bardzo kojarzy z najstarszym zawodem świata.

Lista przebojów ma to do siebie, że posiada też poczekalnię. W poczekalni aktualnie znajdują się jeden szczupły skinhead, jeden bardzo inteligentny eks-punk i eks-squatter, który aktualnie posiada trzy domy w trzech różnych stolicach europejskich, jeden mieszkaniec miasta odległego o 200 km oraz jeden kumpel z ewentualnym podtekstem. Ale nikt nie ma aż TYLE czasu...
piątek, 14 października 2011
Occupy everything!
Mógłbym skomentować wynik wyborów, ale mi się nie chce. 

Kiedy wyjeżdżałem z Polski pięć lat temu, byłem sporo na lewo od SLD. Szczerze mówiąc, byłem sporo na lewo od Krytyki Politycznej, ruchów LGTB oraz genderystów i feministek. Odkrycie, że usiłuję walczyć o prawa i zmiany, które w Holandii są oczywistą oczywistością, a w Polsce nikogo nie interesują i nawet wśród osób, które skorzystałyby na ich wprowadzeniu moje postulaty powodują niepewność i chęć ucieczki zdołowało mnie dość mocno. Zrozumiałem, że chęć zmiany poglądów CAŁEGO kraju nie jest do końca zdrowym pomysłem i prościej będzie pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiał zajmować się tłumaczeniem "osobom, które mają mnóstwo przyjaciół gejów" dlaczego adopcja przez parę homoseksualną nie jest złem na miarę zatrudnienia Nergala w programie TVP. 

Po ostatnich holenderskich wyborach okazało się, że mamy premiera-liberała, a w koalicji chrześcijan i nazioli. Coś tak, jakby w Polsce premierem został Korwin-Mikke, a do koalicji dobrał sobie PiS i NOP. Premier zajmuje się aktualnie demontowaniem systemu ulg podatkowych, co szczególnie uderza w firmy podobne do mojej, czyli zarejestrowane jako not-for-profit -- dla liberała firma not-for-profit to jakieś dziwo kierowane przez idiotów. Zaostrza system podatkowy, celując w uboższych, imigrantów i z lubością ograniczając dostęp do zasiłków. A czemu Rutte został premierem? Wyłącznie z powodu jednej obietnicy: niezmieniania systemu zwrotu podatku za kredyt mieszkaniowy. 

Holendrzy, jak większość ludzi w krajach rozwiniętych, żyją na kredyt. System holenderski wygląda tak, że kiedy kupujecie mieszkanie, każda rata kredytu jest objęta zwrotem podatku. Moja rata wynosi jakieś 960 euro miesięcznie, z czego zwraca mi się jakieś 320. Tyle, że ja jestem ubogim imigrantem (hihi) i kupiłem tzw. starter. System ten obejmuje zaś również milionerów, którzy kupują domy za 2 miliony euro na raty wyłącznie dlatego, że system zwróci im z tego 600 tysięcy. 

Przed wyborami poprzedni premier dokonał odkrycia Ameryki w konserwach: oturz!!1!! niestety kraju nie stać na utrzymywanie tego rodzaju ulgi podatkowej. Każda partia dzieliła się swoimi pomysłami: kompletna likwidacja ulgi, ograniczenie kwoty wolnej od podatku do np. 500 tysięcy euro, czy też działanie ulgi wyłącznie przez pierwsze 5-10 lat od zakupu. VVD -- partia liberalna -- była jedyną, która obiecała utrzymanie ulgi w obecnym kształcie, po czym zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, wliczając samą siebie, wygrała wybory. 

Rząd złożony z liberałów, chrześcijan i nazioli zupełnie nie zaspokaja moich wymagań, więc czuję się niemalże tak, jak czułem się w Polsce, oglądając podział mandatów między partię prawicową, partię bardziej prawicową, partię postkomunistów zainteresowanych wyłącznie stołkami i partię rolniczą. W Holandii kibicuję przynajmniej opozycji, ale jak wiedzą wyborcy PiS nie jest to los wyjątkowo ekscytujący. W Polsce, niespodziewanie, zacząłem przez jakieś pięć minut rozważać kibicowanie Palikotom, ale rozważanie zakończyło się nadzwyczaj szybko, gdy partia zdecydowała się na nazwę "Ruch Poparcia Palikota". Cieszę się, że pani Grodzka weszła do Sejmu, trzymam kciuki za zdjęcie krzyża, ale niestety idea podatku liniowego kompletnie mnie nie kręci. 

W krajach Zgniłego Zachodu obserwuje się odradzanie lewicy. W Polsce niespecjalnie to widać, po części dlatego, że nie ma się co odradzać -- chyba, że uznamy PiS za lewicę. Natomiast kryzys, który dotknął bardzo wielu ludzi, uświadomił im, że jest jedna grupa, która kompletnie uniknęła jakichkolwiek konsekwencji: najbogatsi i bankowcy. (Określenie "jedna grupa" wydaje mi się uzasadnione.) Podczas, gdy najbiedniejsi potracili swoje z trudem wyproszone kredyty -- albo, co gorsza, wciśnięte im na siłę przez bankowców, którym zależało na wypracowaniu premii -- prezesi banków bardzo ucieszyli się z rządowych zapomóg, dzięki czemu ich premie liczone w milionach dolarów/euro nie były zagrożone.

Kojarzycie maklera ze słynnego klipu, który mówi, że światem nie rządzą rządy państw, tylko Goldman Sachs? Ma rację. Zbudowaliśmy wspólnymi siłami system, który opiera się na kilku pewnikach: życiem rządzą banki i kredyty, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a w przypadku wątpliwości na JAKIKOLWIEK temat należy spytać księdza. Drugi i trzeci pewnik w krajach Zgniłego Zachodu już padły. Powoli zaczyna chwiać się pierwszy. Do coraz większej ilości ludzi dociera, że nie jest tak do końca fajnie, jeśli do zrozumienia dowolnej umowy bankowej musimy posiadać wykształcenie prawnicze; jeśli prezes banku zarabia 500 razy tyle, co jego szeregowy pracownik; jeśli różnice klasowe owocują tak ciekawymi efektami ubocznymi, że winnymi podczas zamieszek w Anglii okazują się najbiedniejsi (których nigdy nie będzie stać na domy, sklepy i samochody, które spalili) oraz najbogatsi (którzy wiedzą, że jakby co tatuś zapłaci, więc mają wszystko w dupie i dobrze się bawią). 

Chciałbym zobaczyć polityka, który powie: spierdoliliśmy sprawę. Poddaliśmy się bez walki, rozkraczyliśmy nogi i pozwoliliśmy się zerżnąć bankierom, którzy sami również sprawę spierdolili, po czym metodą na głodnego kota miauczeli tak długo, aż grzecznie wręczyliśmy im miliony celem pokrycia strat. Uzyskane miliony chłopcy w drogich garniturach wydali na dywidendy i premie. A może tak wymyślić system, dzięki któremu nie będziemy płacić prezesom banków milionowych premii? Dzięki któremu pani Józia z Głodowej Wólki dostanie umowę kredytową na jednej stronie, a nie stu pięćdziesięciu, i ta jedna strona NIE będzie wydrukowana czcionką rozmiaru trzy punkty? 

Palikot na pewno nie będzie tym, który się tym zajmie, z prostego powodu, że popiera on podatek liniowy. Ja zaś popieram niski VAT, wysoką pensję minimalną i bardzo wysoki podatek dla najlepiej zarabiających. Kiedy mówię bardzo wysoki, mam na myśli 90%. Nie ma żadnego powodu, dla którego prezes banku miałby zarabiać 500 razy tyle, co sprzątaczka. Dwa razy tyle, oczywiście, to zrozumiałe; trzy, pięć razy, no cóż, tak już jest, niektórzy mają o wiele więcej stresów i obowiązków, pięciokrotne zarobki mają być może sens, chociażby jeśli wliczyć wydatki na psychoterapeutę i kokainę. Ale 500 razy? 500 razy nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy z nas ma taki sam żołądek. 

*

Jutro o 12 Occupy Amsterdam. Wybieram się.
niedziela, 02 października 2011
Wszystko ch.
Drogi roku 2011, mam do Ciebie prośbę: SPIERDALAJ.

W szczególności naraziłeś mi się w tym tygodniu. W poniedziałek odkryłem, na jak słabych podstawach opiera się moje dobre samopoczucie; szef zachował się wobec mnie bardzo niefajnie, ale bez większych konsekwencji (usiłował wetknąć nos w kompetencje kadr, które dały mu po łapach). Niestety mój umysł nie był w stanie przyjąć do wiadomości braku kompetencji. Wróciłem do biurka po rozmowie i poddałem się atakowi paniki; kolejne dwa dni spędziłem usiłując nie myśleć WYŁĄCZNIE o samobójstwie. Oczywiście nie realizuję tych myśli (jak widać) ponieważ wiem, że to nie ja myślę, tylko depresja, ale niestety od tego nie robi mi się o wiele lepiej.

W środę zostałem uprzejmie nakłoniony do wysłania maila do współpracowników z informacją o moim odejściu, dzięki czemu kadry będą mogły zacząć poszukiwania mojego następcy. Pisząc maila miałem bardzo mieszane uczucia; nie do końca odchodzę z tej pracy dlatego, że chcę, ale też dzięki pomocy kadr odchodzę z ogromną pluszową poduchą, siatką bezpieczeństwa i przypięty liną. Nie mam nowej pracy, ale -- w zasadzie/na ogół/przez większość czasu/prawie w stu procentach -- wierzę, że znajdę ją w miarę prędko. Z drugiej strony, bardzo lubiłem pracować z tymi ludźmi, a jak udowodniło mi 13 odpowiedzi na mojego maila, oni lubili pracować ze mną. Referencje będę mieć przepiękne, od trzech różnych managerów, z których jeden spytał, czy MOŻE mi napisać referencje. No cóż, nie wiem, nie wiem, niech no się zastanowię, no dobrze, trudno, jak już musisz, to pisz ;)

W piątek rano trzymałem za rękę przyjaciela, któremu komunikowano, że powtórny test również wykazał obecność wirusa HIV w jego krwi. (Uschi, przysięgam, napiszę o tym, ale jeszcze nie teraz.) Był piękny, słoneczny dzień -- w Amsterdamie z niewiadomych powodów lato zaczęło się w dzień po oficjalnym jego zakończeniu i od 10 dni mamy temperatury powyżej 20 stopni i piękne słońce -- a my siedzieliśmy w kafejce obok kliniki z silnym poczuciem nierealności sytuacji. No bo jak to? Mój kumpel? Przecież ja go ZNAM. Przecież takie rzeczy przytrafiają się innym ludziom. Jakimś narkomanom czy innym takim. A nie mojemu przyjacielowi...

Dzisiaj rano obudziłem się, leciutko skacowany, gdyż o 8:30 nadszedł sms. Nie przeczytałem go od razu, bo planowałem jeszcze pospać, i była to decyzja słuszna. Sms był krótki i treściwy: "wujek umarł". Mój wujek dwa miesiące temu doznał dziwnych zawrotów głowy i na wszelki wypadek udał się do lekarza. Lekarz stwierdził raka z licznymi przerzutami. Rak do tej pory nie dawał żadnych konkretniejszych objawów, aż dopóki nie nastąpił przerzut do mózgu. Stan wujka pogarszał się błyskawicznie, aż jakieś półtora tygodnia temu dowiedzieliśmy się, że zostały mu "dni albo godziny". Po czym wujek nagle poczuł się lepiej, został wypisany ze szpitala, sobotę spędził pogodny, uśmiechnięty i spokojny, po czym zasnął i już się nie obudził. #fuckcancer

Takich oto przyjemności dostarczył mi mijający tydzień. Dzisiejszą randkę z Wilkołakiem odwołałem, bo jakoś nie byłem w nastroju na prowadzenie rozmowy o czymkolwiek oprócz raka, śmierci i chorób przenoszonych drogą płciową, a tak naprawdę w nastroju na rozmowę o raku, śmierci i chorobach przenoszonych drogą płciową też nie byłem. Niespecjalnie cieszy mnie nawet pogoda. Najchętniej chodziłbym na siłownię 2-3 razy dziennie, bo to jedyny okres, z wyjątkiem stanu ciężkiego upojenia alkoholowego, kiedy nie jestem w stanie myśleć o tym, co życie uznało za stosowne mi sprezentować. Znam maksymę o tym, że życie daje nam tyle problemów, z iloma uważa, że sobie poradzimy, ale przysięgam, że życie w moim przypadku wykazuje się zgoła przesadnym optymizmem i wolałbym chwilowo spędzić kilka miesięcy w sposób mniej urozmaicony. A przede wszystkim, jeśli można prosić, niech nikt dookoła mnie już nie umiera. Moja rodzina nie jest aż tak liczna i dwie osoby zmarłe w ciągu 8 miesięcy z pewnością wyrobiły już normę wraz z nadgodzinami.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7