niedziela, 18 września 2011
Nie pijcie już tej wody
Drodzy przyjaciele katolicy.

Czy Was już ostatecznie pojebało?

Zdaję sobie sprawę, że uogólnianie histerii pt. "Łojezuajajaj Nergal w telewizji SZATAN SZATAN" na grupę o nazwie "katolicy" jest bardzo krzywdzące dla wielu katolików, ale nie bardzo wiem, jak to inaczej nazwać. W grupie znaleźli się bowiem liczni biskupi, Marcin Meller, Jan Turnau (panie Janie, po panu się nie spodziewałem), Terlikowski (tego się akurat w pełni spodziewałem), grupa posłów PiS (po których spodziewam się ochoczego dołączania do wszystkich kretynizmów) oraz słynny ksiądz Sowa. Plus, jak mniemam, wiele osób, których się do telewizji nie zaprasza, a chętnie też by sobie tam pohisteryzowały. Powiedzmy więc w skrócie, że katolicy, a jeśli macie lepszą nazwę, podpowiedzcie mi ją.

Najlepiej pojechał Marcin Meller, który porównał Nergala do Hitlera:

- Nergal jest (człowiekiem) wyjątkowo dobrze ułożonym, grzecznym, miłym, całującym ciężarne kobiety w brzuch - tłumaczyła Domagalik.

- Hitler też był sympatyczny dla bliskich - wtrącił Meller.

Panie Marcinie. Pan być może nie wie, na historii pan nie uważał, telewizji pan nie ogląda, książek nie czyta. Ja panu więc powiem. Adolf Hitler (1889-1945), polityk austriackiego pochodzenia, lider niemieckiej partii NSDAP, jest uważany za odpowiedzialnego za śmierć co najmniej 17 milionów ludzi. Nergal podarł książkę na koncercie.

Na drugim miejscu w konkursie "kto pierdolnie najgłupszy tekst o Nergalu" znalazł się Tomasz Terlikowski, znany publicysta i działacz katolicki (nie wygłupiam się, cytuję gazeta.pl):

- Oczywiście rozumiem ateistę, który mówi: dla mnie to jest mit. Tylko ja mówię ateiście: to odpowiedz sobie na pytanie, skąd się biorą opętania, dlaczego są sytuacje nieco podobne do choroby psychicznej, ale nią nie są i psychiatra nie potrafi sobie z nimi poradzić? Dlaczego są sytuacje, w których nagle dziewczyna zaczyna mówić 36 językami, część z nich to są już języki martwe, a kiedy przychodzi egzorcysta, ona jest mu w stanie wymienić jego grzechy, o których on już sam nie pamięta, albo zaczyna lewitować - opowiadał. 

Tak, ja też oglądałem ten film z Keanu Reevesem.

Terlikowski nawiązał też do słynnego przypadku Annelise Michel, który zainspirował twórców filmu "Egzorcyzmy Emily Rose". - [Red: Podczas egzorcyzmów] ona w pewnym momencie powiedziała, ten, który przez nią mówił, powiedział: dzisiaj jest nas tutaj niewielu, ponieważ wszyscy jesteśmy w Bonn, bo dzisiaj będzie głosowana ustawa dopuszczająca aborcje - mówił publicysta.

:D Och, podczas tych egzorcyzmów to chyba niezłe halucynogeny muszą zarzucać.

- Szatan zwodzi ludzi, posługując się artystami, którym być może wydaje się, że tylko żartują, albo "tylko" budują pewną kreację sceniczną - mówił Terlikowski - Martwi mnie, że dokonuje się trywializacja osoby szatana, ze robi się z niej żarty i sugeruje, ze każdy, kto wierzy w istnienie osobowego szatana, to jest świr - dodał.

Oj tam, świr. Ja po prostu nie rozumiem, co to wszystko, te egzorcyzmy i lewitacje, ma wspólnego z udziałem muzyka metalowego w programie o śpiewaniu.

Jan Turnau:

Oczywiście darcie Biblii i w ogóle atak na religię jako taką nie może mnie nie boleć. Nie sądzę jednak, żeby skuteczna była strategia duszpasterska biskupów polegająca na wzywaniu do kiełznania muzyka zakazywaniem mu wystąpień publicznych. Wyproszony z jednego programu, wystąpi w innym, a będzie jeszcze ostrzejszy. Wydaje mi się, że trzeba spróbować raczej wobec niego jakiejś serdeczności. Poprosić go publicznie bardzo łagodnie, by przestał nas atakować. Ja go o to tutaj nieśmiało proszę.

Panie Janie. Nie oglądałem, przyznam, "The Voice of Poland". Oglądałem "The Voice of Holland". Wiem też, jakimi zasadami kierują się programy oparte na tzw. formacie. Nie ma tam miejsca na improwizację, wszystko jest objęte szczegółowymi regułami, od koloru siedzeń w studio, przez podkład muzyczny podczas prezentacji logo, aż do ilości osób w jury. I przysięgam, że w "The Voice of Holland" nie było przerwy na prezentację poglądów religijnych członków jury, a w szczególności na promocję satanizmu oraz atakowanie chrześcijan.

Biskup Wiesław Mering:

"Zatrudnienie wyznawcy satanizmu, bluźniercy, człowieka bez podstawowej kultury w TV publicznej bije wszelkie granice przyzwoitości" - napisał bp Wiesław Mering w liście do prezesa zarządu TVP S.A. Juliusza Brauna. "Telewizja publiczna nie powinna w imię złej mody popierać antywartości" - czytamy w liście.

A protestował szanowny biskup, kiedy telewizja zatrudniała Farfała z Młodzieży Wszechpolskiej jako prezesa? Bo jeśli nie, to ja bym raczej się wstrzymał z komentarzami o antywartościach i granicach przyzwoitości.

- Niech Nergal spróbuje znieważyć symbole drogie innej religii czy wspólnocie - reakcje będą na pewno inne: wykazała to sytuacja z napisami litewskimi na Wschodzie Polski, czy profanacja pomnika w Jedwabnem - napisał biskup.

A to Nergal te napisy i profanacje popełnił? A to drań. Ściąć go! Ściąć go natychmiast! (Ale proszę, wreszcie jakiś biskup coś powiedział o pomniku w Jedwabnem. Co prawda nie można stwierdzić, że potępił profanację, ale chociaż o niej wspomniał, to już duży sukces. Alleluja!)

Ksiądz Sowa:

Mi się wydaje, że gdybyśmy mieli sytuację, że zaproszono by do konkursu obojętnie jakiego: muzycznego czy plastycznego, kogoś kto jest członkiem jakiejś grupy muzycznej, która wyśpiewuje sobie jakieś nazistowskie teksty, wszyscy byliby święcie oburzeni i wszyscy domagaliby się od nadawcy ukrócenia takich praktyk.

Aha, słusznie się księdzu wydaje, że się księdzu wydaje. A to dlatego, że rozpowszechnianie treści nazistowskich jest nielegalne i członek takiej grupy raczej unikałby pokazywania się w telewizji, a to dlatego, że zapewne nie chciałby zostać w widowiskowy sposób aresztowany.

Wczoraj w internecie widziałem zdjęcia, na których w przerwie programu pozuje z dłońmi ustawionymi bynajmniej nie na znak zwycięstwa, tylko jakimś kulturowym symbolem diabła.

Ale w ogóle przecież każda pozycja, w jakiej stanie Nergal, to kulturowy symbol diabła, bo Nergal sam jest kulturowym symbolem diabła...

PiS nie zaskoczył nas ani trochę... no nie, przyznam, trochę jednak zaskoczył, rozmiarem psychozy:

Sejmowa komisja kultury i środków przekazu głosami PiS przyjęła w czwartek uchwałę potępiającą zarząd TVP za zatrudnienie ''Nergala''. [...] Uchwała głosi, że komisja ''z głębokim niepokojem'' przyjęła zgodę zarządu TVP na udział w programie ''The Voice of Poland'' Adama Darskiego ''Nergala'', ''satanisty publicznie obrażającego chrześcijańskie wartości''. Posłowie piszą, że jest to ''zaprzeczenie istoty misji publicznej oraz rażące naruszenie prawa godzące w fundament wspólnoty narodowej'', a obecne sytuacja w telewizji ''stwarza poważne zagrożenie dla ładu demokratycznego w Polsce''.

Jakiego prawa? Jakiego ładu demokratycznego? Nergal jest zagrożeniem dla ładu demokratycznego?! Czy wy wszyscy jesteście na halucynogenach? W Polsce dodają teraz do wody LSD zamiast chloru?

Nałęcza się czepić nie da, ale...

- Jeśli telewizja uznała pana Darskiego za przydatnego w takim programie, to niby dlaczego nie - odpowiedział Tomasz Nałęcz, doradca prezydenta, na pytanie Moniki Olejnik czy Adam "Nergal" Darski powinien występować w TVP.

...ja nie rozumiem, jak w ogóle może komukolwiek przyjść do głowy zadanie takiego pytania...

Szczerze mówiąc, mam wrażenie, że w kraju-raju znowu wszystko stanęło na głowie. Poprzednio tak się czułem, słuchając w Trójce programu, w którym heteroseksualni faceci dzwonili i narzekali na terror mafii homoseksualnej, przez który nie mogą nawet pobić geja na ulicy, bo to nielegalne i można iść siedzieć zupełnie jak za normalnego człowieka. To było, zdaje się, 6 lat temu i zdawało mi się, że idzie ku lepszemu. Najwyraźniej tylko mi się zdawało.

W Polsce panuje, przynajmniej teoretycznie, wolność wyznania. Satanizm też jest wyznaniem. Wiem, że prawo sobie, a ludzie sobie -- gdyby tak nie było, nie byłoby na świecie żadnych ciężkich narkotyków, bo przecież są nielegalne (wszędzie z wyjątkiem Polski, gdzie dodaje się je do wody). Ale -- dziennikarze? Politycy? Monika Olejnik? Jak osoby niebędące biskupami, którzy, umówmy się, mają coś do ugrania mogą w ogóle wpadać na pomysł zastanawiania się, czy muzykowi wolno występować w programie o muzyce? Dlatego, że w 2007 podarł Biblię? 

Oczywiście, ja w ogóle jestem dziwny, bo wydaje mi się strasznie śmieszne (a jednocześnie żałosne), że sąd zajmuje się kwestią podarcia i spalenia jakiejkolwiek książki -- jednego egzemplarza, niekradzionego, niebędącego białym krukiem wartym miliony. Albo sprawą Nieznalskiej. Przykre wydają mi się te zupełnie niechrześcijańskie, jak mówi Sporothrix, ataki biskupów na człowieka, który ośmiela się posiadać inne poglądy na religię, niż oni. Teh dramz prezentowane przy tej okazji jest zupełnie nieproporcjonalne do tego, co Nergal mówi i robi. Gdyby organizował on regularne trasy po pomniejszych miasteczkach, gdzie on i horda jego barbarzyńców paliliby kościoły, wydając przy tym triumfalne wrzaski "hail sejtan", gwałcąc księży i mordując ich dzieci, rozumiałbym oczywiście oburzenie i przyłączył się do chóru zgorszonych. Gdyby program nazywał się "The Voice of Satan" i był półgodzinną pogawędką o tym, jak fajnie jest czcić Szatana i nienawidzić Jezusa, może nawet bym go z ciekawości obejrzał, ciesząc się, że TVP potrafi się zdobyć na prawdziwy pluralizm poglądów. Ale, na miłość boską, Nergal o śpiewaniu, Terlikowski o lewitacji, a PiS o zagrożeniu ładu demokratycznego w Polsce...

Kochani katolicy, ja wam radzę z całego serca, nie pijcie już wody z kranu, przerzućcie się na mineralną...
czwartek, 15 września 2011
Życie, życie jest nowelą, dwa matplanetyczne znaki
Ech, jak to jest, że życie czasami postanawia nam pokazać, że w ogóle się nie spodziewamy tego, co nam może zaserwować?

Mój przyjaciel Gienek zerwał ze swoim facetem, Hercule, a mi się to PRZYŚNIŁO. Dzisiaj rano poinformował mnie o zerwaniu, a moja szczęka wypadła i z hukiem roztrzaskała się na podłodze. W moim śnie Gienek mówił swojej siostrze i mi o tym, że od tej pory będzie miał wiele wolnych wieczorów i chciałby z nami szczerze porozmawiać. W rzeczywistości powiedział mi o tym dziś rano za pośrednictwem MSN. 

Moja przyjaciółka Marysia zakochała się po uszy, wpadła jak śliwka w kompot i tak dalej. Ona mieszka we Włoszech. Jej mężczyzna mieszka w Grecji. Spotkali się w ciągu trzech miesięcy cztery razy, przeżywając niesamowite wzloty. Jest jeden drobny problem: jej mężczyzna jest żonaty i nie chce się rozwieść, ponieważ jego żona, jak powiedział, to najlepsze, co mu się w życiu przydarzyło. Marysia jest zdruzgotana.

Mój eks DJ dowiedział się o istnieniu wilkołaka i postanowił mi powiedzieć, co na ten temat sądzi. Zapomniałem zablokować jego adresu mailowego, więc powiedział mi to drogą mailową. Wilkołaka określa mianem "resztek", ponieważ pięć lat temu spotkali się dwa razy, po czym wilkołak poznał kogoś bardziej na poważnie i DJowi podziękował. Mnie określa mianem "smutnej osoby ze smutnymi problemami". W tej chwili jedynym problemem, jaki mam, jest ten, że DJ nie chce się ode mnie odczepić -- czy naprawdę tak trudno jest odgadnąć, że jeśli kogoś blokujemy na Facebooku, Twitterze i MSN, to znaczy, że NIE chcemy z nim rozmawiać...? Nie mogę się doczekać, aż wyjedzie na wakacje w październiku -- ma zaplanowane cztery tygodnie w Indiach. Dwa miesiące temu ta wizja bardzo mnie dołowała, bo spodziewałem się strasznie tęsknić; teraz niezwykle mnie cieszy i wcale bym się nie zmartwił, gdyby wakacje przedłużyły się np. do dziesięciu lat.

Coot zaś przybył wczoraj wieczorem, przyniósł butelkę białego wytrawnego, wyglądał ślicznie, patrzył mi w oczy tym spojrzeniem wiernego wilka, które rozkłada mnie na łopatki i powala na kolana, oddaliśmy się rozrywkom okołomasażowym, zjedliśmy późną kolację, a potem po prostu położyliśmy się na sofie, gadaliśmy przez jakiś czas, a potem objęliśmy się i tak trwaliśmy przez półtora godziny, aż zaczął zasypiać w moich ramionach. Obaj mamy, zdaje się, te same uczucia wobec drugiego -- czujemy się razem szczęśliwi i bezpieczni. Co jest dosyć nietypowym doznaniem w towarzystwie osoby, którą widzimy na oczy po raz czwarty i znamy raptem półtora tygodnia.

Nowoczesne romanse kierują się innymi regułami, niż to bywało drzewiej (np. 5 lat temu). Do łóżka poszliśmy w pierwszych minutach pierwszej randki, bo poniekąd po to ta randka była, po czym pojawił się bonus w postaci przyjemnej rozmowy i niespodziewanego uczucia, iż wcale nie chcemy iść do domu. Natomiast ponieważ znamy się krótko, nie możemy sobie jeszcze pozwolić na rozmowę o, na przykład, monogamii. Albo pytania w stylu "czy widujesz się z kimś innym". Na tak poważne sprawy potrzeba co najmniej miesiąca.

Story developing. ;)
poniedziałek, 12 września 2011
Online/Offline
Randkowanie online w przypadku osób heteroseksualnych jest, rzekomo, sposobem na spotykanie wyłącznie przerażających paszteto-meduz:

1. Blady Pan z fizjonomią sieroty życiowej i twarzy żaby Kermit, mając kilka miesięcy wolnego spędził je ...siedząc w domu, przyszedł na spotkanie bo ja zaproponowałam, pewnie jakbym znowu zaproponowała to znowu by przyszedł ale tak sam z siebie....a po co... 
2. Rubaszny Pan rozwiedziony o fizjonomii Fredka Kiepskiego i takim samym obejściu... 
3. Pan po przejściach zdecydowany na związek a nawet małżeństwo bo mu brakuje stałego seksu, może już natychmiast go tworzyć, nie widzi żadnych przeszkód nawet w trójce swoich dzieci, chudziutkie nóżki, pulchny kadłubek i praktycznie brak szyi... za to w uszach pokłady woskowiny. 
4. Pan potrafiący przez telefon mówić kwieciście całymi godzinami, na spotkaniu nie umiał podtrzymać żadnego wątku, sięgał mi za to do ramienia i co 15 minut pytał czy mi to nie przeszkadza , po 2 tygodniach od spotkania znowu kompulsywnie chciał godzinami mówić przez telefon. 
5. Dwumetrowy chudzielec o twarzy Frankensteina, nadrabiał inteligencją , poległ ostatecznie widoczną zaawansowaną nerwicą natręctw. 

ja się boje umówić z kolejnym...

Powiem Wam szczerze, drodzy heteroseksualiści, że ja Was nie rozumiem. Dla mnie randkowanie online jest o wiele lepsze, niż spotykanie facetów w barze, w klubie czy też w supermarkecie, z kilku podstawowych powodów:

1. Mamy większe prawdopodobieństwo, że przyłapiemy tegoż faceta w stanie trzeźwości, niż np. o 3 nad ranem w barze Pod Surową Marchewą;
2. Możemy się o nim dowiedzieć więcej, niż tylko tego, jak wygląda -- a ponieważ w barach bywa kiepskie oświetlenie, czasem nie wiemy nawet tego. Generalnie, randkowanie online ułatwia uniknięcie efektu pt. "WAAAAAAH CO TO ZA STRASZNE COŚ ŚPI OBOK MNIE AAAAAAAA";
3. Wbrew pozorom, również brak jakiegokolwiek tekstu opisującego osobę, zdjęcia przedstawiające wyłącznie genitalia oraz tekst "nie wiem, co tu napisać, zapytaj jeśli cię interesuję" wiele nam mówią. W kolejności: chce tylko seksu, chce tylko seksu oraz jest kompletnie nieinteresującym nudziarzem bez odrobiny inteligencji;
4. Łatwiej się pozbyć gościa, który odzywa się do nas "hej seksi" online, niż tego samego, który przylepia się do nas w barze i ględzi pierdoły o tym, jaki jest zajebisty;
5. Nie ryzykujemy spotkania Artysty Podrywu.

Naprawdę, osoby, narzekające na spotkanych online facetów chyba nie potrafią używać Internetu, nie rozumieją, że czasem warto wymienić parę wiadomości przed spotkaniem w realu oraz nie umieją rozpoznać zdjęcia, które zrobiono 15 lat temu, a potem przejechano filtrem "Julia Roberts w reklamie L'Oreal" w fotoszopie. Cóż mogę powiedzieć. Sameście sobie winne, drogie heteroseksualistki.

*

Spędziłem wczoraj 6.5 godziny w towarzystwie Coota. Coot ma jak na razie tylko jedną wadę, mianowicie pali. Na szczęście przynajmniej w moim towarzystwie nie robi tego często. Poza tym ma same zalety: jest sympatyczny, zabawny, mówi po angielsku bez niderlandzkiego akcentu, jest inteligentny, pracuje w tym samym zawodzie, co ja, jest pięknym, dużym mężczyzną (co po chłopcu-DJu jest odmianą nader przyjemną) i bardzo lubi ze mną spędzać czas. Ja z nim też. Ważną zaletą jest to, że nie bardzo umie gotować -- ja też nie umiem i dostaję kompleksów w towarzystwie osób, które umieją, bo czuję, że powinienem na nich jakoś zrobić wrażenie, a za cholerę nie wiem, jak miałbym to niby zrobić.

Poznawanie wilkołaka wzbudza we mnie dziwne uczucia. To zdecydowanie nie jest facet do szybkiego bang-bang w pościeli i panicznej ucieczki, zanim zdąży otworzyć usta i coś powiedzieć. Ale ja nie mam pewności, czy jestem gotów na coś poważniejszego, niż szybkie bang-bang. DJ ciągle mnie napastuje telefoniczno-smsowo-facebookowo (po ostatniej rundzie wyskoków w ten weekend poblokowałem go wszędzie, gdzie się dało; niestety, telefonów nie da się zablokować bez wydania zauważalnej ilości pieniędzy) i generalnie zatruwa mi życie. Tęsknota za nim na szczęście zupełnie mi przeszła, nawet nie wskutek Coota, tylko wskutek jego własnych wyskoków -- zachowania pasywno-agresywne oraz psychopatyczne generalnie nie są nader atrakcyjne, podobnie cyber-stalking, odmawianie rozmowy na jakiś temat twarzą w twarz, a potem wysyłanie mi (kiepsko) zaszyfrowanych wiadomości na twitterze... Nie sądziłem, że to będzie tak wyglądać; zwłaszcza, że to on zerwał ze mną, a teraz nie może się ode mnie odczepić i natrętnie mi się narzuca, na zmianę z ofertami przyjaźni i brutalnym chamstwem. Chciałbym zamknąć ten rozdział i przejść do kolejnego, ewentualnie po drodze przeglądając jakieś magazyny plotkarskie, ale jak to zrobić, kiedy książka natrętnie rzuca się na człowieka, klapiąc go po twarzy okładką i domaga się czytania przypisów -- po piętnaście razy tych samych?
czwartek, 08 września 2011
Chustka pisze (a w zasadzie doktor Żurek pisze, ale ja znalazłem u Chustki):

posłuchajmy doktor Aldony Żurek:
Osiemdziesiąt kilka procent Polaków zawiera związek małżeński do 30. roku życia, czyli większość. A 50 lat temu przeciętna Polka, kiedy wychodziła za mąż, miała 21 lat, a Polak był trzy-cztery lata starszy. W tej chwili panie mają średnio 24 lata, a panowie trzy lata więcej. Polki z wyższym wykształceniem wychodzą za mąż, jak mają 28-29 lat, ich partner znowu jest odpowiednio starszy. Punktem granicznym tych decyzji, po którym zaczyna działać syndrom staropanieństwa i starokawalerstwa, jest dzisiaj w Polsce 33. rok życia. 
(...)
Po 33. roku życia naszej singielce czy naszemu singlowi kurczy się gwałtownie rynek małżeński o te osiemdziesiąt kilka procent. Gdyby decydował się na małżeństwo w wieku lat 21, to miałaby pełną pulę. Mogłaby wybierać jak w ulęgałkach. Ale teraz, mając niecałe 20 proc. rynku małżeńskiego, nie może wybrzydzać. I często bierze z odzysku. 

Ahem. Tak się składa, że do 34 roku życia zostało mi niecałe 4 tygodnie.

Nie mieszkam co prawda w Polsce, ale mam w pewnym stopniu zbliżone spostrzeżenia dotyczące małżeństw hetero: po pewnym progu wiekowym pojawia się rzeczony syndrom, biorący się zwyczajnie stąd, że poniżej tego wieku heteroseksualiści są już zajęci, często dzieciaci, mają kredyty, a jeśli są wolni, to albo nie są do końca hetero, albo też mają na głowie alimenty/samotne rodzicielstwo.

Nie do końca jeszcze obczaiłem, kiedy ten próg wiekowy pojawia się w przypadku osób homoseksualnych. (Nie mówimy tu rzecz jasna o Bolandzie, w której próg ten wynosi jak na razie division by zero error.) Jak wiadomo (niektórym) w wieku lat 31 byłem zaręczony, ale nic z tego nie wynikło. Teraz zaś jestem znowu świeżym singlem z odzysku i staram się raczej unikać rzucania znowu na głębokie wody związkowania, przynajmniej dopóki -- jak słusznie napisał @chakravant -- nie zacznę być pewien własnych emocji. Na razie pewien nie jestem.

Spotkałem się wczoraj z uroczą parą -- nazwijmy ich Sasza i Olek. Panowie różnią się wszystkim. Jeden jest naukowcem, drugi malarzem. Jeden ma lat 43, drugi 27. Jeden jest wielkim niedźwiedziem o łydce większej niż moje udo (ci, którzy wiedzą, jak wygląda moje udo zapewne właśnie spadli z krzesła), drugi szczupłym chłopcem o uroczym uśmiechu. Są razem od 8 lat, pasują do siebie w jakiś dziwny sposób doskonale i stanowią strasznie miłe towarzystwo do gier planszowych, wspólnego piwa i gadania o pierdołach. Jedyne, co nie do końca mnie zachwyca, to fakt, że złośliwie i w ogóle nie bacząc na moje potrzeby w listopadzie wyjeżdżają do Kanady :(

Bardzo fajnie jest przyglądać się takiej parze. Chemię mają doskonałą, bardzo się kochają, co się szalenie rzuca w oczy, są bardzo sympatyczni, otwarci i weseli. Szalenie im zazdroszczę. Jak łatwo obliczyć, kiedy się poznali, jeden grzebał w rynku już skurczonym, a drugi miał do dyspozycji pełną pulę. Hmmm. Czy to znaczy, że celem zwiększenia szans sukcesu matrymonialnego po 33 roku życia mam zacząć gapić się na 20-letnie dzieci? Pani doktór Żurek, pani mnię to powie!
środa, 07 września 2011
Prawdziwa krew (wilcza)
Sytuacja zaczyna być odrobinę skomplikowana.

Jak się okazuje, DJ nie odzywa się do mnie, gdyż jest zajęty spotykaniem się z wilkołakiem. Wiem o tym, gdyż napisał to na Twitterze, zaczekawszy, aż zacznę tam przejawiać aktywność -- wszakże nie o to chodziło, żebym tego nie przeczytał. W pewnym stopniu udało mu się popsuć mi humor -- nie przeczę, że nieco się zdołowałem tą informacją -- jakoś tak jest, że nie chcemy, żeby nasi eksi zbyt łatwo się po nas pocieszali i nawet fakt, że my się również już pocieszyliśmy nie do końca te dziwne uczucia rozprasza. Głównie czuję jednak irytujące poczucie własnej wyższości moralnej, ponieważ ja swoimi randkami nie chwalę się na Twitterze tylko po to, żeby DJ mógł to przeczytać. Chwalę się nimi tutaj, po polsku. :P

W serialu True Blood występują, jak wiadomo, wilkołaki. Tym, na którego zawsze leciał DJ, był Alcide, a tym, na którego leciałem ja, był Coot, ponieważ niestety mam beznadziejnie zły gust i tak z urody podobają mi się faceci ociekający testosteronem, w miarę możliwości brodaci, futrzaści i ubrani w skóry. Coot wygląda tak:


Jak się okazuje, obu nam spełniły się marzenia, ponieważ DJ spotyka się z sobowtórem Alcide'a, a ja z sobowtórem Coota. Jak wygląda Alcide DJa nie mam pojęcia, ale jak wygląda mój Coot wiem, rzecz jasna, doskonale -- tak, jak fotka powyżej, tyle, że z krótszymi włosami. Oprócz wyglądania Coot zajmuje się sprawianiem mi drobnego problemu. Mianowicie zaprosił mnie na kolację, gdyż chciałby ze mną spędzać więcej czasu.

Cóż złego w zaproszeniu na kolację, zapytacie? W zasadzie wszystko. Dwa tygodnie temu wszystkie, co do jednej, komórki mojego ciała (nawet te w większej główce) domagały się natychmiastowego powrotu DJa. Nie czuję się gotów na spotykanie się z kimś na poważnie, nie chcę niechcący przenieść uczuć z DJa na Coota, nie chcę skrzywdzić naprawdę fajnego faceta. Mieliśmy, do cholery, tylko ze sobą sypiać. Przy czym kiedy mówię "ze sobą", mam również na myśli jakąś rozsądną selekcję spośród 1 Surinamczyka, 1 Jamajczyka, 1 Kanadyjczyka, 1 Holendra oraz 1, eee, jak to się odmienia, Arubijczyka, którzy lecą na mnie energicznie, potykając się o sznurowadła i ogólnie rzecz biorąc z zapałem mi udowadniają, że wciąż jestem przerażająco atrakcyjny nawet mimo dodatkowych kilogramów po antydepresancie.

Skoro o tym mowa, ciągle borykam się z efektem ubocznym, a mianowicie problemami ze snem. Bez żadnych problemów zasypiam w stanie upojenia alkoholowego, ale umówmy się, że to nie jest rozwiązanie, które można stosować co wieczór. Bezalkoholowo natomiast w ciągu nocy przesypiam 3-5 godzin, a resztę czasu spędzam na przewracaniu się z boku lewego na bok prawy i odwrotnie, co szczerze mówiąc może człowieka po jakimś czasie znudzić. W ostatnich czterech dniach przespałem noc jedną -- po wizycie w moim ulubionym barze, gdzie szkocki barman dopełniał mi drinka wódką, żebym sobie nie poszedł za szybko. Pozostałe noce spędziłem na przewracaniu się z boku na bok. Ostatniej nocy postanowiłem być sprytny i zaczekać, aż zacznę być śpiący. O drugiej uznałem, że ten moment nie nastąpi i położyłem się do łóżka, gdzie spędziłem następne godziny na -- zgadliście -- przewracaniu się z boku na bok.

Drugi efekt uboczny jest łatwiejszy do zniesienia. Mimo przyrostu w pasie, przede wszystkim przyrastam w ramionach, plecach, bicepsach i klatce piersiowej, co zupełnie mi nie przeszkadza. Wszystkie rekordy siłowniane pobiłem 3 tygodnie temu, a od tego czasu każdy z nich pobiłem kolejne 3 razy. Przestałem się mieścić w swoją ulubioną przymałą koszulę, bo nie wchodzą mi w nią, eee, bicepsy. Cootowi się to wielce podoba i mi w sumie też. Mniej podoba mi się ten sam efekt w przypadku spodni, w które nie mieści się mój brzuch.

Trzeci efekt muszę tonować, polega on bowiem na tym, że niczego się nie boję. W tym przejeżdżania na czerwonym świetle, co zaowocowało wpierniczeniem się pod skuter, oraz spadania z hulajnóg, co zaoowocowało licznymi ranami szarpanymi oraz stłuczeniem telefonu. Wydaje mi się, że dobrze byłoby czasami nieco się jednak bać...
poniedziałek, 05 września 2011
Mężczyźni i wilcy
Alcide: We, werewolves are all about drinking, power and fighting.
Me (at TV): You say that like it's a bad thing!

Jechałem sobie tak powolutku po skali Kubler-Ross, aż dojechałem zupełnie niespodziewanie do akceptacji, dokładnie wtedy, kiedy DJ zaczął dawać nieśmiałe sygnały, że mu mnie jednak brakuje i nawet sprawia wrażenie, jakby chciał przyjść z przeprosinami.

W poniedziałek napisał do mnie, że bardzo chciałby spotkać się i porozmawiać. Nie powiedział, o czym, a ja nie do końca byłem gotów tę odpowiedź usłyszeć, więc na wszelki wypadek nie spytałem, tylko odpowiedziałem, że proszę bardzo, możemy się spotkać, w czwartek, piątek lub niedzielę. DJ chyba wystraszył się odpowiedzi pozytywnej, bo na wszelki wypadek do czwartku milczał, po czym poinformował, że nie ma czasu w tym tygodniu, ale w przyszłym to już koniecznie.

W międzyczasie jednakowoż przemyślałem sobie sprawę pod kątem tego, co on mógłby mi powiedzieć takiego, żebym go zechciał z powrotem, oraz -- co mógłby takiego zrobić, żeby naprawić to, co się w międzyczasie spierdoliło. W wyniku przemyśleń wyszło mi, że nic. Zwyczajnie mu nie ufam, nie wierzę w wygłaszane wielokrotnie zapewnienia o miłości, bo zrywanie, obrażanie się na partnera za to, że choruje, tudzież robienie fochów nie należą do moich ulubionych sposobów okazywania owej, a poza tym, tak kompletnie nieromantycznie, to jednak jeśli mój facet ma być bezrobotny, to niech mi chociaż uprzyjemnia życie, a nie utrudnia. DJ pod koniec nie uprzyjemniał, nie dało się w nim znaleźć oparcia w problemach, a oszczędności poniesione wskutek tego, że na imprezach nie muszę płacić za dwie osoby lubiące raczej droższe napoje pozwoliły mi na nabycie iPada. I nagle w wyniku tych przemyśleń jakoś tak się zrobiło, że przestałem mieć ochotę na to spotkanie w przyszłym tygodniu.

Nowo nabytą wolność od własnych problemów sercowych -- wreszcie, po miesiącu od zerwania -- uczciłem godnie. W piątek udałem się na imprezę o nazwie Furball, na której plątała się taka ilość pięknych facetów, że nie dało się gapić nawet na połowę naraz bez zrobienia rozbieżnego zeza na szypułkach. (Niestety plątał się tam również kompletnie nagi 60-latek z pomarszczonymi WSZYSTKIMI częściami ciała, ale szybko nabyłem umiejętność wyczuwania, w którą stronę nie należy patrzeć, aby nie narazić się na widok zmarszczonego jednookiego węża.) W sobotę najpierw opalałem się w parku, a potem z przyjaciółmi wypiliśmy 847 piw przy ognisku, poszliśmy spać koło trzeciej i ogólnie korzystaliśmy z TRZECIEGO DNIA BEZ DESZCZU Z RZĘDU (co, przysięgam, nie miało miejsca tak od maja). W niedzielę zaś udałem się na siłownię, potem na lunch z moim kumplem Aegirssonem, a na koniec udałem się odwiedzić nowo poznanego wilkołaka celem inspekcji brody, która to inspekcja udała się nadzwyczaj dobrze. Po czym w poniedziałkowy poranek napisałem notkę tę.

PS. Wilkołaka tagujemy, bo coś mi mówi, że on się może jeszcze pojawiać.
niedziela, 28 sierpnia 2011
Kartki z podróży -- oraz kartki po powrocie
Znajduję się aktualnie w miejscowości Żiar na Słowacji w otoczeniu bandy freaków i psychopatów o umysłowości dwunastolatki z nad wiek rozwiniętym libido. Innymi słowy, moi ludzie, doskonale do siebie pasujemy i bawię się świetnie (mam nadzieję, że oni też). Po górach nie do końca łażę, albowiem gdyż posiadam jakby nie ten rodzaj kondycji, który się do tego przydaje -- niewiele ciężkich przedmiotów podnosi się podczas wycieczek w skałki, chyba, że wliczyć kufle z piwem w schronisku.

Powiedziałbym coś banalnego na temat leczenia obolałego serduszka, ale to gówno prawda. Uczucia do DJa przeszły mi jak ręką odjął, dowodząc prawdziwości mojej tezy, że jeśli spotykamy się z kimś pół roku, to jeszcze ciągle nie nazywa się "związek". Miałem swojego złego chłopca, może trochę później niż większość kobiet płci odmiennej, ale romans odhaczony, chłopiec wprowadził mi w życie wiele chaosu, zabawy i bachanaliów, a teraz mam święty spokój i skupiam się na świńtuszeniu z moją przyjaciółką Cristi na temat tego, co byśmy zrobili różnym pięknym Słowakom, gdybyśmy ich w nasze obleśne paluszki dorwali.

Słowacy są naprawdę, naprawdę wyględni. Rzecz jasna, nie wszyscy, ale dużo się spotyka górali w typie wysmukłym, czarnowłosym, czarnookim, smagłym i dziko seksownym. Górale spoglądają na nas ciekawie i łobuzersko wielkimi czarnymi oczyskami, a my zapominamy, że to jest rodzaj zagranicy, który rozumie po polsku i bardzo głośno zastanawiamy się, którego zabieramy ze sobą do Penzion Alica od razu, a którego ewentualnie w drugiej kolejności.

*

Drugiego dnia pobytu stworzyliśmy podwaliny pod nowe arcydzieło Andrzeja Wajdy. "Małpa z Bakelitu", kontynuacja "Człowieka z Marmuru" oraz "Człowieka z Żelastwa". W roli głównej wystąpić musi sobowtór Zbyszka Cybulskiego, który dużą część filmu spędzi paląc melancholijnie papierosy na tle pól pszenicy i pszenżyta. W drugiej części filmu Zbyszek zmieni się w małpę w okularach, co symbolizować będzie przemianę ustroju z komunizmu w zgniły i obrzydliwy kapitalizm. Muzykę napisze martwy Kieślowski, który nigdy nie był kompozytorem, albowiem film będzie niemy i nakręcony w całości w ciemnościach.

*

Trzeciego dnia pobytu wybraliśmy się w góry. Pierwszego również, ale pierwszego nie wydarzyło się nic ciekawego. (Drugiego natomiast kwękaliśmy -- my, królowa -- w temacie obolałych łydek.) Pod górę szliśmy z Margot piechotą, mijani przez biegnące staruszki o kulach prowadzące podwójne wózki z dziećmi, zaś w dół postanowiłem zjechać na hulajnodze, wcześniej zdradziecko przekonawszy Margot, iż będzie to nadzwyczaj zdrowe dla jej bolącego po dniu pierwszym biodra.

Margot bała się za nas oboje, więc w rezultacie prowadziła hulajnogę piechotą, zaś kiedy się jej znudziło wsiadła do samochodu i resztę drogi pokonała w luksusach. Ja natomiast nie bałem się wcale, skoro bała się już za mnie Margot, i jako prawdziwy macchiato zignorowałem instrukcję pana, który nakazał jechać całą drogę na hamulcach -- zwłaszcza, że hamulce skrzypiały -- i po pięciu minutach zapierdalania z prędkością małej rakietki wyrąbałem się na mordę na kamulcach.

Ja jęknąłem i ziemia jęknęła, po czym podniosłem się na nogi i dostałem ataku śmiechu, w czym ziemia już mi nie towarzyszyła. Od lat nie czułem się tak żywy, jak w tej chwili; adrenalina tryskała mi uszami, a krew lała się z dłoni i łokcia. Napotkana turystka najpierw podała mi chusteczkę celem otarcia krwi (której sam w ogóle nie zauważyłem, póki nie zwróciła mi na nią uwagi) a potem spytała tonem dziwnie zazdrosnym jak na kogoś, kto właśnie oglądał wypadek:

-- I cooo... fajnie się zjeżdża?

-- Aż za fajnie -- odparłem z zapałem.

-- To może następnym razem też sobie zjadę... -- westchnęła turystka. Uwielbiam spotykać my fellow psychopaths.

Margot, która akurat mnie dogoniła, zatamowała niektóre z mych licznych ran cięto-szarpanych, po czym ruszyłem dalej w drogę, świszcząc na mijanych turystów, a na niektórych wołając "dejte pozor, kdyż jadym". Bawiłem się absolutnie szampańsko, strasząc ryjem zaciętego, tudzież zakrwawionego mordercy -- nie wiedzieć czemu, gdy mijałem innych hulajnogowiczów, oni na mój widok zwalniali, zamiast się ze mną ścigać -- i w rekordowym tempie dotarłem na dół, gdzie natychmiast pożałowałem, że nie da się tej zabawy powtórzyć.

Na dole zostałem opatrzony przez nader profesjonalną panią, zajmującą się odbieraniem psychopatom hulajnóg. Doskonały humor spowodował, że zadałem pytanie:

-- Dużo osób się wywraca?

Pani na mnie POPATRZYŁA. Różne rzeczy były w tym spojrzeniu. Głównie obrzydzenie.

-- Nie -- odparła krótko, po czym wróciła do swoich zajęć.

Adrenaliny wystarczyło aż do dotarcia do sklepu, gdzie nabyliśmy przepyszną śliwkową wódkę firmy Coop Tradićni Kwalita za sumę 3 eurów i 60 groszy. W sklepie adrenalina zeszła i obite członki zaczęły mnie dość mocno boleć, dzięki czemu zyskałem doskonały pretekst do rozpoczęcia spożycia śliwkówki natychmiast po powrocie do domku.

*

A teraz jestem z powrotem w domu i nie jest tak różowo, jak myślałem.

Dwa dni temu dotarło do mnie, zupełnie znienacka, że właśnie obsunąłem się po skali Kubler-Ross. Denial i anger miałem już odpracowane, ale po cichu wymieszałem je sobie z bargaining i udawałem przed samym sobą, że DJ mi przeszedł bez śladu. W rzeczywistości natomiast zwyczajnie spodziewałem się, że pójdzie po rozum do głowy i zrozumie, że wygłupił się strasznie, po czym przyjdzie z wiechciem i flaszką, przeprosi, ja go najpierw opierdolę, a potem wezmę w ramiona i nastąpi happy end.

Nic takiego oczywiście się nie wydarzyło, bo DJ nie ma w charakterze przepraszania, ja o tym doskonale wiem i liczenie, że nagle mu się odmieni było nadzwyczaj dziwnym pomysłem. Zawiadamia mnie co kilka dni, że za mną tęskni, załączając jakieś rzewne utwory Kylie lub Janet Jackson, ale nie pozostawia wątpliwości, że jego zdaniem to ja powinienem zrobić pierwszy krok, a może zgoła przeprosić za moje jakże niestosowne zachowanie -- jak można tak dostawać depresji, albo mówić komuś, że jego zachowanie nas rani, w ogóle nie bacząc na jego delikatne uczucia. A ja tęsknię i ciągle jednak jestem zakochany, ale nie aż tak, żeby podkładać się w charakterze wycieraczki. Już raz miałem faceta, któremu nie można było zwrócić uwagi, bo się obrażał i to ja musiałem go potem przepraszać. Pchanie się w to samo po raz drugi z pełną świadomością popełnianego idiotyzmu byłoby, cóż, powiedzmy delikatnie, że nieco dziwne.

Z dobrych wiadomości... tzn. nie do końca dobrych. Znowu nieco gorzej się czuję pod kątem depresyjnym, pojawiły mi się nieprzewidziane okoliczności pt. ataki paniki i ogólnie byłoby naprawdę fatalnie, gdyby nie to, że wszyscy trzęsą się nade mną jak nad jednonogim nosorożcem z jajkiem w pysku. Kadry w mojej własnej pracy kazały mi olewać robotę i niczym się nie przejmować (!) a gdyby szef miał jakieś problemy, to niech je sobie sam rozwiązuje, bo to już nie moja sprawa. Lekarz kazał nie zwiększać godzin pracy, tak więc nadal pracuję 16 godzin w tygodniu, a opłacany jestem za 32. Nakazano mi również chodzić na siłownię, któremu to zaleceniu podporządkowuję się nadzwyczaj chętnie, zwłaszcza, że od rozpoczęcia leczenia przybyło mi 8 kg i dzięki siłowni nie wszystko umiejscowiło się dookoła pasa.

A w ogóle, to lato przeleciało w takim tempie, że w ogóle go nie zauważyłem, w czym pomogła amsterdamska aura -- w ostatnich dwóch miesiącach były zdaje się dwa takie dni, kiedy w ogóle nie padało, przez większość zaś czasu pada na zmianę trochę, dużo i bardzo dużo. Temperatury wahają się od 15 do 20 stopni i ogólnie rzecz biorąc pogoda udowadnia nam z zapałem, że zeszłoroczne lato nie było najpaskudniejszym, jakie miała nam do zaoferowania...
czwartek, 11 sierpnia 2011
Son of a gun
Głównym uczuciem, jakie mi towarzyszy w 6 dni po zerwaniu jest ulga.

DJ był facetem nieodpowiedzialnym, dziecinnym, egoistą i osobą niezdolną do związku poważniejszego, niż oparty na wspólnej zabawie. O tych wszystkich rzeczach tak naprawdę świetnie wiedziałem właściwie od pierwszej chwili i bardzo mi się to wszystko na swój sposób podobało, jako antidotum na porażająco poważnego Wikinga, żyjącego według miliona zasad. Główną zasadą przyświecającą DJowi było bawienie się do upadłego, a potem jeszcze trochę, a ja -- przez pierwsze 30 lat życia raczej nieśmiały domator, niż cokolwiek innego -- zabrałem się z nim na przejażdżkę bez hamulców.

Od początku właściwie pojawiały się sygnały, że DJ nie jest materiałem na męża. No, bo co myśleć o facecie, który nie daje mi na urodziny NIC? Nic. W ogóle nic. Nawet kartki pocztowej. Bo nie ma pomysłów, tłumaczył się, oraz jakoś tak nigdy nie trafia w termin, gdy trzeba tak co do dnia. Miesiąc później odbyły się urodziny jego najlepszej przyjaciółki, która dostała od niego pięć różnych prezentów, wręczanych z mojej obecności, dopasowanych do jej osobowości i w ogóle zachwycających. Nie komentowałem tego, bo i jak mogłem? Byłem zbyt zajęty przekonywaniem siebie, wzorem biednych heteroseksualistów męczących się na moim drugim blogasku, że dobra materialne nic nie znaczą, a najważniejsza jest miłość. No i -- szczerze mówiąc -- nie traktowałem go za poważnie, bo gdybym go traktował poważnie, dawno już usechłbym ze zgryzoty.

Zgrzyty pojawiały się częściej. Impreza, na którą wychodzimy razem, ale wracamy oddzielnie, bo DJ odmawia przyjęcia do wiadomości, że ja po całym dniu pracy o 3 nad ranem mogę być zmęczony i chcieć wrócić do domu (po czym obraża się śmiertelnie, kiedy wychodzę bez niego). Regularnie powtarzające się wrażenie, że DJ swoją przyjaciółkę i swojego kuzyna traktuje o wiele lepiej, niż mnie. Ciągły brak kasy, którą w związku z tym pożyczał ode mnie. (Może kiedyś zwróci, myślałem naiwnie.) A przy tym masa uroku, fantastyczny seks, niesamowita otwartość na ludzi, łatwość nawiązywania kontaktów, inteligencja i charyzma tak błyskotliwa, że czułem się przy nim czasami jak przygłupi kloc. Związek z DJem był jak związek z dużym dzieckiem, które wpada bez przerwy na genialne pomysły, czasami nieco męczące, przy czym co jakiś czas dostaje znienacka napadów ADHD i zaczyna biegać wokół piaskownicy, rzucając oderwane frazy typu "zagrajmy w berka!" i wybuchając bez powodu śmiechem.

Po zerwaniu okazało się, że z jakiegoś powodu to ja nie mam żadnego problemu z byciem singlem, DJ natomiast usiłował przystąpić do "zostawania przyjaciółmi" -- sądząc po sposobie, w jaki pocałował mnie w kark, kiedy, hmm, oddawał mi klucze i odnosił rzeczy, być może miał nadzieję nawet na friends with benefits. Niestety odmówiłem usług, bo jakoś nie podoba mi się, że facet, który ze mną zerwał 2 dni wcześniej, nadal nazywa mnie "kochanie", przysyła mi smsy z całuskami i ogólnie rzecz biorąc zachowuje się, jakby właściwie nie wydarzyło się nic szczególnego. Na moją odmowę DJ zareagował silną obrazą i oskarżeniem mnie o dziecinność i egoizm, co zapewne bolałoby nieco bardziej, gdyby nie pochodziło od osoby dziecinnej i egoistycznej, po czym przystąpił do cyberstalkingu. Po dwóch dniach regularnych dostaw złośliwych smsów komentujących wszystko, co napisałem lub zrobiłem na Facebooku, Twitterze i paru innych portalach, w końcu zablokowałem w komórce jego numer. DJ zareagował mailem z żądaniem zwrotu plakatu, który dał mi w prezencie. Dzięki temu przedstawieniu kompletnie za nim nie tęsknię, zupełnie mi go nie brakuje, a co ciekawsze, ustąpiła wściekłość, zastąpiona raczej przez jakiś rodzaj współczucia, bo biedactwo wyraźnie ma problemy z udźwignięciem konsekwencji własnych decyzji.

Jakoś tam smutne jest doznanie, że osoba, w której byliśmy zakochani, stanowiła dla nas raczej słodki ciężar, niż słodkie wsparcie. A jednocześnie jestem mu na wiele sposobów wdzięczny za te 197 dni: bawiłem się z nim na ogół świetnie, sam zdołałem się trochę otworzyć na ludzi dzięki jego nieustającym demonstracjom, że to możliwe, wiele się też nauczyłem o sobie -- dobrego i mniej dobrego. Uzbierałem mnóstwo materiałów do książki; obejrzałem sobie, jak heteroseksualni Holendrzy na nieznanych mi dragach uprawiają ekshibicjonizm przy oknie celem pokazania się dwóm nieco wystraszonym gejom, palącym na dachu ognisko; no i dowiedziałem się, na co na pewno nigdy więcej żadnemu facetowi nie pozwolę.

Moje życie w ostatnich dniach składało się z mnóstwa wolnego czasu, mnóstwa ciężarów na siłowni, nowych wybuchów kreatywności, dowodzących, że mimo zerwania nadal potrafię sobie znaleźć inspiracje muzyczne oraz świętego spokoju -- z wyjątkiem chwil, kiedy DJ napastował mnie telefonicznie, mailowo i smsowo. Dziki, nieokiełznany chaos w życiu potrafi być bardzo przyjemny, i przez parę miesięcy był. Ale teraz z niezwykłą ulgą witam święty spokój. Czasami nudzić się też jest fajnie.
niedziela, 07 sierpnia 2011
Hooker please, lub: suddenly single every morning
`. . . and we'll be introducing our new Springtime Slot,' said Nick, "Suddenly Single" - a dilemma being faced by a growing number ofwomen. Anne.'
  `And introducing spanking new presenter Pam Jones,' said Anne. "'Suddenly Single" herself and making her TV debut. '
 While Anne was speaking my mother unfroze within the diamond, which started whooshing towards the front of the screen, obscuring Anne and Nick, and revealing, as it did so, that my mother was thrusting a microphone under the nose of a mousy-looking woman.
 `Have you had suicidal thoughts?' boomed my mother.
 'Yes,' said the mousy woman and burst into tears at which point the picture froze, turned on its end and whizzed off into one corner to reveal Anne and Nick on the sofa again looking sepulchral.

(Helen Fielding, "Bridget Jones's Diary")

Nie należę do osób, które po zerwaniu zalewają się łzami lub procentami i spędzają samotne wieczory na wzdychaniu, jak to im było dobrze z misiaczkiem, a teraz są taaakie samotne i w ogóle. Nie należę też do osób, które piszą o związkach w trakcie ich trwania -- seks-bloga kiedyś miałem, bo niespecjalnie się przejmowałem tym, co o mnie myślą i co by poczuli czytając moje opowieści moi partnerzy bez zobowiązań, ale związko-bloga jakoś nie miałem i mieć nie będę. (Chociaż MPO30 poniekąd takim blogiem miała być.)

Z DJem mieliśmy już parę dwudniowych rozstań, które kończyły się pogodzeniem, ponieważ obaj nie mogliśmy bez siebie wytrzymać. Tym razem, obawiam się, okazało się, że jak najbardziej mogę bez niego wytrzymać. Od kiedy zerwał ze mną, kompletnie pijany, drogą sms-ową o godzinie 4:25 nad ranem w piątkową noc -- po tym, jak sam udał się do klubu, narąbał jak szpadel i wdał się w bójkę, a ja do tegoż klubu się nie udałem, ponieważ spodziewałem się dokładnie takiego rozwoju wydarzeń i nie miałem ochoty brać w nim udziału -- czuję trzy rzeczy: miotającą mną co jakiś czas wściekłość, triumfalne zadowolenie ze sposobu, w jaki działa karma (która czasami nie czeka ani chwili i od razu traktuje swoje ofiary z glana) oraz ulgę.

To, co łączyło mnie z DJem od początku traktowałem jako krótki romans. Po dwóch tygodniach z niechęcią przyznałem, że może potrwa, bo ja wiem, miesiąc. Po miesiącu -- że może nawet dwa. Po dwóch -- no, trzy, cztery. Trwał 197 dni. Możliwe, że trochę za długo, ale nawet w chwilach, kiedy najsilniej zdawałem sobie sprawę, że do siebie nie pasujemy -- np. w okresie, kiedy najbardziej potrzebowałem wsparcia w walce z depresją, a naburmuszony DJ obwieszczał, że tak go stresuje moja choroba, że aż dostał migreny i musi iść do domu, zostawiając mnie sam na sam z myślami samobójczymi -- ciągle byłem w nim zakochany. A teraz... chyba już nie jestem.

Chyba. Nie mam tak do końca pewności, czy nie wybaczyłbym, gdyby przyszedł do mnie i powiedział wprost i szczerze, że spierdolił sprawę, przeprosił i poprosił o jeszcze jedną szansę. Ale to najprawdopodobniej nie nastąpi, bo DJ, podobnie, jak moja ciotka, należy do osób, które nie przepraszają i nie lubią się poczuwać do winy. (DJ obraził się na mnie w piątek rano, ponieważ zrobił mi świństwo, a ja mu powiedziałem szczerze, że mnie to boli i jest mi przykro. W ten sposób -- jak to ujął -- zachowałem się egoistycznie, zepsułem mu nastrój oraz plany na weekend. Kiedy zaczął się domagać przeprosin, przestałem się do niego odzywać.) DJ należy do osób, które udają się w miasto, wypijają wszystkie procenty, jakie stają im na drodze, następnie wszczynają bójkę w klubie i zostają z niego wyrzucone, na koniec zaś obwiniają za to swojego (eks-)partnera, który przecież jest wszystkiemu winien, bo nie przyszedł i ich nie powstrzymał.

Jako honorowa kobieta niestety mam tendencję do lubienia złych chłopców. Tyle, że ja ich lubię wyłącznie w łóżku. Zdaje się, że najbardziej pasowałby mi facet, który przyszedłby do mnie o 2 w nocy, spocony, nieogolony i narąbany jak szpadel, kopniakiem rozsunął uda, brutalnie zgwałcił w ogóle nie zwracając uwagi na moje protesty, po czym magicznie wytrzeźwiał, zaczął pachnieć mydełkiem i świeżością, utulił w ramionach, czule wycałował i zasnął w moich objęciach. DJ pasował do tego obrazu całkiem nieźle, dodatkowo jako szalony imprezowicz wyciągał mnie w miasto, pokazywał miejsca, których w życiu sam bym nie znalazł i tak dalej. Tyle, że na dłuższą metę nie da się na tym budować związku i byłem tego świadom od początku, mimo tego, że DJ wmawiał mi, że tak naprawdę wcale nie jest taki znowu szalony i imprezowy i naprawdę mnie kocha i bardzo mu na mnie zależy. Niestety, poza gadaniem niewiele rzeczywiście robił; jak śpiewa Madonna, "your actions speak louder than words".

W sobotni wieczór doniesiono mi pocztą pantoflową o piątkowej bójce, potem zaś DJ sam mi zakomunikował -- zapewne licząc na moje współczucie -- iż leży w łóżku, gdyż wypił tak dużo, że jest chory. Wiadomość ta wprawiła mnie w doskonały nastrój. Ubrałem się odświętnie (tzn. jak skinhead na wakacjach) i ruszyłem do kumpla, który ma zbliżonego rodzaju problemy z dziewczyną, celem wypicia paru piw i ruszenia w miasto w poszukiwaniu przygód. W planach było całowanie się z najseksowniejszym facetem w okolicy, zadbanie o to, żeby zdjęcia owego wiekopomnego wydarzenia znalazły się na Facebooku i ogólnie rzecz biorąc upewnienie się, że DJ dowie się, że nie siedzę w domu samotnie, tęskniąc za jego towarzystwem. Dojechałem do kumpla, piwo wypiliśmy, o problemach sercowych pogadaliśmy, po czym... kumpel udał się w miasto, a ja do domu. O pierwszej byłem w łóżku, rano wstałem bez kaca i udałem się na siłownię, gdzie wściekłość wyładowałem na różnych ciężkich przedmiotach, strasząc tylko współćwiczących wyrazem twarzy odzwierciedlającym mój nastrój.

Okazuje się, że może i jestem suddenly single, ale nie znaczy to, że muszę koniecznie zapychać dziurę po chłopaku obcymi penisami, jak to ujął poetycko mój przyjaciel Rysiu. Chyba, kurka Felek, mimo najlepszych chęci dorośleję, albo co. Powiedziałbym, że następny związek być może będzie nieco mniej romansem, a bardziej związkiem, ale chwilowo nigdzie mi się nie spieszy. Mam do dokończenia książkę, szukam nowej pracy, leczę się z depresji i ogólnie rzecz biorąc jestem zajętym człowiekiem, który nie myśli o sobie jako "między związkami" tylko jako całości z samym sobą. A seks? Och, jeśli poczuję się zbyt samotny, jeden czy dwa smsy do starych znajomych powinny wystarczyć. Dziura po chłopaku? Jaka dziura? (Bez wulgarnych podpowiedzi proszę.)
środa, 27 lipca 2011
Staruszek portier z uśmiechem dawał klucz
No stary jestem, co się gapicie. Stary i zgorzkniały, i nie rozumiem Tej Dzisiejszej Młądzierzy.

Mój kumpel, nazwijmy go Rysiu, oraz ja wybraliśmy się dwa dni temu do mojego ulubionego małego, mrocznego, przegrzanego, zadymionego baru celem spożycia kilku szklanek coli light i wymiany ploteczek na temat naszego życia uczuciowego i życia uczuciowego naszych znajomych. W barze odkryłem, ku swojemu zdziwieniu, masakryczny tłum przystojnych facetów. (Ciągle zapominam, że jest lato, wakacje i do 'Damu przyjeżdża masa turystów, którzy po paru godzinach spacerowania wśród uroczej lipcowej aury trzęsą się z zimna i muszą gdzieś schować. *podkręca ogrzewanie*) Pierwszy chętny -- bardzo przystojny, brodaty niedźwiedź, zupełnie w moim typie -- usiłował mnie poderwać oryginalnym tekstem "ale masz fajne tatuaże" już w momencie, gdy zamawiałem pierwszą kolejkę. Podziękowałem i odwróciłem się z powrotem do szkockiego barmana, który nieustająco robi na mnie piorunujące wrażenie. Zdziwiony chętny rzekł tonem pytająco-zrezygnowanym:

-- Ty to pewnie nie jesteś gejem...?

-- Tam siedzi mój chłopak -- odrzekłem, uśmiechnąłem się, wziąłem nasze cole i udałem się na z góry upatrzone pozycje przy, niestety, wygaszonym kominku.

Rysiu i ja przyglądaliśmy się turystom i nagle dotarło do nas, że jesteśmy najmłodsi z całego grona. Zupełnie nam to nie przeszkadzało, bo ja lubię starszych od siebie facetów, a Rysiu lubi się czuć młody i śliczny, ale w jakiś sposób nas to zdziwiło. Dym papierosowy, nieco zbyt głośna muzyka i gapiący się na nas turyści przeszkadzali nam jednak na tyle, że postanowiliśmy sobie pójść. Musiałem skorzystać z toalety, więc udałem się na górkę, a kiedy już skorzystałem i myłem ręce, dołączył do mnie kolejny przystojny, brodaty niedźwiedź, który odezwał się w te słowa:

-- Chciałem tylko powiedzieć, że masz naprawdę fajne tatuaże, przyglądałem ci się od jakiegoś czasu, wow...

Przysięgam, że kiedyś ktoś spróbuje mnie poderwać NIE za pomocą tekstu "masz naprawdę fajne tatuaże", a ja wtedy zemdleję ze zdziwienia i będzie mnie można za nogi zaciągnąć do darkroomu i wykorzystać na wszelkie sposoby zanim się ocknę.

*

Wylądowaliśmy z Rysiem w świeżo otwartym po przerwie Soho. Tzw. ulica gejowska, czyli Reguliersdwarsstraat, przez dłuższy czas właściwie nie funkcjonowała, ponieważ właściciel trzech największych barów na tej ulicy zbankrutował, po czym popełnił samobójstwo, a bank i browar, które bary przejęły, nie zajmują się prowadzeniem barów, więc zwyczajnie je zamknęli. W zeszły czwartek miało miejsce uroczyste ponowne otwarcie ulicy, ale przewodniki turystyczne nie są uaktualniane w takim tempie, żeby turyści zdążyli się połapać, więc w ogromnym, trzypiętrowym Soho było w sumie może dziesięć osób.

Zajęliśmy miejsca na ogromnej kanapie w rogu i rozglądaliśmy się po nielicznej publice. Wiek od 35 wzwyż.

Rysiu zaczął opowiadać mi historie z przeszłości Amsterdamu, kiedy to na tejże właśnie ulicy, na moście wybudowanym między dwoma barami, rozgrywało się biseksualne, fetyszystyczne seks-party, a telewizja pokazywała migawki z imprezy o godzinie siedemnastej w dzień powszedni. (DJ również mi o tym opowiadał, więc wierzę w prawdziwość opowieści.) Potem zaczął wzdychać, że w knajpie o nazwie Havana (również ponownie otwartej) kiedyś było strasznie fajnie, a w Soho było zawsze tylu młodych ludzi... Tak nostalgicznie pogadaliśmy sobie przez jakąś godzinkę, po czym Rysiu westchnął i obwieścił odwrót w związku z tym, że następnego dnia musiał rozpocząć pracę o 6 rano.

Po przyjeździe do domu odezwałem się do jednego takiego młodego pięknego modela, nazwijmy go Edzio, który jest moim źródłem informacji na temat poczynań osób poniżej 25 roku życia. (Na ogół zwracam się do niego per "moje dziecko", zaś on do mnie "dziadziu".) Edzio objaśnił mnie, iż nasze spostrzeżenie jest prawdziwe: młądzierz nie chadza już do starożytnych barów gejowskich i lesbijskich, pozostawiając te miejsca starym dupom w rodzaju mnie i Rysia. Młądzierz podrywa się wyłącznie online, zaś celem zabawienia się na mieście udaje się grupowo do "normalnych" barów, klubów i pubów, ponieważ nie czuje potrzeby zamykania się w getcie własnej orientacji. Heteroseksualna młądzierz nie ma z tym żadnego problemu, ponieważ jednym z elementów bycia młodą hipsterką jest posiadanie najlepszego kumpla-geja, a fakt, że kumpel-gej daje się zapoznać na "normalnych" imprezach, koncertach i w barach, szalenie to ułatwia.

Jednocześnie mnie to dołuje i cieszy i w sumie nie mogę się zdecydować, które bardziej. Nagle zrozumiałem uczucia, które mają geje i lesbijki po 60, słysząc, że teraz wszyscy się outują, po czym lecą truchcikiem do ratusza wziąć ślub, zamiast jak normalne pedalstwo uprawiać seks w darkroomach i dostawać po mordzie za zbyt odważne obnoszenie się ze swoją orientacją. Może jednak nie wprowadzajcie związków rejestrowanych w Polsce, zarobicie na turystyce jako skansen dla nostalgicznie nastawionych LGTB ze zgniłego Zachodu.

*

A na koniec anegdotka.

Moja siłownia jest, ahem, nieco branżowa. Chcę przez to powiedzieć, że widuję tam dwóch heteroseksualistów, których rozpoznaję po wyrazie ciągłej paniki w oczach i metalowej kolczudze noszonej na spodenkach celem ochrony cnoty. Mnóstwo facetów chodzi tam chyba tylko i wyłącznie po to, żeby podrywać świeże mięsko, lub pozwalać świeżemu mięsku na poderwanie siebie. Ja chodzę tam dlatego, że siłownia znajduje się dokładnie w połowie drogi między pracą, a domem, a podrywanie facetów na siłowni kompletnie mnie nie interesuje, tak więc wyróżniam się tam nieprzyjaznym nastawieniem oraz wiecznie wściekłą miną, mającą na celu odstraszanie potencjalnych zalotników. (Na niektórych nie działa, ale pewien rodzaj ludzi da się odstraszyć wyłącznie za pomocą dynamitu.) Niemniej jednak pojawiają się tam czasami faceci tak przerażająco piękni, że nawet moja jakże nieustępliwa szczęka lekko opada na ich widok.

Parę dni temu jeden z nich ćwiczył obok mnie. W skali od 1 do 10 jego urodę oceniłbym na jakieś 92. Starałem się uniknąć gapienia się na niego zbyt ostentacyjnie, ale w pewnym momencie podniósł wzrok i nasze oczy spotkały się. Przeszła między nami elektryczna iskra, gdy mierzyliśmy się spojrzeniami. I wtedy on zrobił minę, którą natychmiast rozpoznałem; minę, która wyraziła wszystkie, ale to wszystkie jego uczucia wobec mojej osoby; minę, którą jakże często prezentowałem osobiście na tej samej siłowni:

"OMG bitch, no interest."

Bardzo serdecznie dziękuję państwu, bardzo serdecznie... :)
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7