niedziela, 24 lipca 2011
You go back to her, and I go back to black
Ze smutkiem obserwuję komentarze po śmierci Amy Winehouse. Prawie każdy ma na ten temat coś do powiedzenia. Większość nie wie, o czym mówi.

Ignorancja na temat narkotyków i ogólnie uzależnień jest niezwykle powszechna; o wiele bardziej, niż same narkotyki, czy wiedza o nich. Najczęściej prezentowane są dwa poglądy: 1. narkotyki to natychmiastowe uzależnienie, śmierć w rynsztoku i Amy sama sobie zasłużyła, oraz 2. całe to gadanie o szkodliwości narkotyków to brednie wyssane z palca przez katolicką prawicę, w rzeczywistości wystarczy uważać i się nie uzależni, najwyraźniej Amy po prostu nie uważała i już. 

Pogląd pierwszy prezentowany jest często przez osoby, które nasłuchały się szkodliwych kłamstw rozpowszechnianych często przez lekarzy, polityków i inne osoby, które powinny mieć na tyle rozumu, żeby nie traktować swoich słuchaczy jak idiotów. Szkodliwe kłamstwa są dwa. Pierwsze: wszystkie narkotyki są równie groźne i równie uzależniające. Drugie: każdy, kto eksperymentuje z marihuaną musi skończyć na ulicy jako bezdomny uzależniony od heroiny. Tymczasem nastolatki widzą, że ich znajomi od lat palą ziele, prowadzą normalne życie, nie uzależniają się -- a przynajmniej nie tak, żeby to było widać na zewnątrz -- i nie sięgają po cięższe substancje.

Rezultatem polityki straszenia narkotykami i zrównywania twardych z miękkimi jest paradoksalnie zobojętnienie -- skoro gadanie o uzależniającej marihuanie to gówno prawda, to pewnie gadanie o uzależniającym cracku też. Stąd biorą się osoby z drugiej grupy: ci, którzy twierdzą, że narkotyki wcale nie są szkodliwe i po prostu trzeba uważać. Tyle, że uważać można z marihuaną (uwaga na marginesie: od niej też się da uzależnić!), albo z alkoholem. Z crackiem nie da się uważać, bo potrafi uzależnić od pierwszego zażycia, że nie wspomnę o substancjach, które potrafią od razu zabić. Odwykówki i cmentarze pełne są tych, co uważali, albo po prostu byli przekonani, że uzależnienie to coś, co zdarza się innym.

*

Uzależnienie jest chorobą o bardzo skomplikowanym tle i powodach. Ludzie, prowadzący szczęśliwe i spełnione życie nader rzadko czują potrzebę umilania go sobie paleniem cracku lub wstrzykiwania sobie w żyłę kompotu. Owszem, rację mają ci, którzy mówią, że Amy przecież wiedziała, że narkotyki są szkodliwe, zanim wzięła je po raz pierwszy; nie jest to wiedza tajemna, dostępna wyłącznie wybrańcom. Tyle, że po pierwsze Amy zapewne miała w otoczeniu dużo osób, które jej wciskały, że "po prostu trzeba uważać" -- chociażby Pete Doherty czy Blake Fielder-Civil, żeby nie szukać za daleko -- a po drugie, osobowość podatna na uzależnienie nie myśli o tym, że zażywanie heroiny może skończyć się śmiercią. Źle, wróć -- może i myśli, ale albo uważa się za nieśmiertelną, albo nie postrzega swojego życia jako rzeczy na tyle ważnej, żeby należało je chronić.

Wypowiadam się mądrze i uczenie z własnego doświadczenia, ponieważ tak się składa, że w pewnym okresie swojego życia byłem uzależniony psychicznie od alkoholu. Był to pierwszy rok mojej depresji, kiedy jeszcze nie leczyłem się i nie prowadziłem terapii; kiedy wmawiałem sobie, że pewnie mi się tylko zdaje, że po prostu szukam atencji, że jestem głupi, bezwartościowy i nie zasługuję, żeby się czuć lepiej. Jedynym sposobem poczucia się lepiej, jaki w tym czasie przychodził mi do głowy było picie. Najpierw -- piwo, dwa dziennie. Potem -- trzy, cztery piwa na pusty żołądek. Potem -- butelka wina. Potem -- litr "Grzańca Galicyjskiego" (w tym czasie 16-18% alkoholu) dziennie.

Kac i sensacje żołądkowe były dla mnie wtedy codziennością. Budziłem się rano z obrzydliwym smakiem przetrawionego alkoholu w ustach; biorąc poranny prysznic smagałem samego siebie myślami, że jestem obrzydliwym, nic nie wartym pijakiem, że muszę przestać, że normalni ludzie się tak nie zachowują. A potem szedłem do sklepu (wybierając różne sklepy, żeby w żadnym nie rzucić się przesadnie w oczy) i kupowałem więcej alkoholu, ponieważ -- w dużym stopniu wskutek picia poprzedniego dnia -- czułem się tak strasznie źle i tak cierpiałem, że nie obchodziło mnie, czy wyląduję w rynsztoku, czy zapiję się na śmierć i co na to powie moja uszkodzona przez żółtaczkę wątroba, ponieważ i tak jedyną alternatywą, jaką widziałem było samobójstwo. Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że alternatywą było również poszukanie pomocy lekarskiej i psychoterapia. Oczywiście WIEDZIAŁEM, że tak jest. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mimo posiadania jakiejś wiedzy ludzki umysł często odmawia przyjęcia jej do wiadomości. Być może nie uważałem, że jestem wart zawracania pierdołami (tzn. sobą) głowy terapeucie, czy lekarzowi.

*

Nie mieszkałem w głowie Amy Winehouse i nie potrafię powiedzieć, co myślała i co czuła. Mimo buńczucznego "they tried to make me go to rehab, I said no no no" Amy wiele razy rozpoczynała kuracje odwykowe, które przerywała po piętnastu minutach, kilku dniach, czy tygodniu; odstawiała ciężkie dragi tylko po to, żeby zacząć pić tequilę butelkami; odstawiała tequilę po to, żeby zastąpić ją natychmiast paleniem ziela od rana do wieczora. Tak nie zachowuje się osoba, która kocha swoje życie, jest szczęśliwa i każdego dnia dziękuje bóstwom za to, że dały jej tak wiele dobrego. Tak zachowuje się osoba, która jest tak potwornie nieszczęśliwa ze samą sobą, że MUSI się odurzać -- w sumie wszystko jedno czym -- po prostu po to, żeby nie musieć czuć i myśleć. Doskonale pamiętam to uczucie. To, że w moim przypadku w grę wchodziło wyłącznie picie, było spowodowane wyłącznie tym, że nie miałem dostępu do niczego innego, gdyby w tym czasie ktoś zaoferował mi heroinę, prawdopodobnie bym ją przyjął.

Nie mam za sobą kuracji odwykowej; udałem się za to na psychoterapię. Kiedy moje życie się poukładało, magicznie przestałem czuć potrzebę picia codziennie. Po prostu sama sobie poszła. Pewnego wieczoru wypiłem mnóstwo piwa i wina, uwalając się na wesoło, czując się doskonale i świetnie się bawiąc, po czym następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem. Spędziłem dzień w łóżku, zielony, co jakiś czas biegając do kibelka celem zwrócenia treści żołądkowej (złożonej głównie z alkoholu, bo jeść nie byłem w stanie) i po kilku godzinach tej tortury w mojej głowie zalęgła się myśl-pytanie: Za co tak siebie karzesz? Czemu tak siebie nienawidzisz? 

To było cztery lata temu. Od tego czasu tylko raz upiłem się na tyle, żeby mieć kaca. Zrobiłem to z czystej głupoty -- usiłowałem dotrzymać tempa lepszym od siebie i zachlać stres. Nie znaczy to, że nie piję wcale; zdarza mi się dość regularnie czy to wyjść w rundę po barach, czy też po prostu pić ze znajomymi, lub nawet w samotności. Tyle, że nie piję, póki nie zlegnę w łóżku i nie zapadnę w pijacki sen; wypijam dwa piwa, czy dwa drinki i... wystarczy. Nie piję po to, żeby się udręczyć, żeby nie myśleć, żeby nie czuć. Jeśli piję więcej -- jeśli wraca potrzeba -- jest to dla mnie sygnałem, żeby się przyjrzeć, co się dzieje złego w moim życiu. (Pewnie Was to nie zaskoczy, ale przed odkryciem, że trzeba się znowu leczyć z depresji piłem codziennie. A teraz... jakoś nie.)

*

To prawda, że uzależnienie jest chorobą i to prawda, że da się je zaleczyć. To prawda, że niektóre uzależnienia zabijają prędzej, niż inne. (Wy, którzy tak łatwo potępiacie Amy, czy takie same słowa potępienia macie dla swoich palących znajomych, którzy przecież samych siebie krzywdzą i niedługo z pewnością umrą na raka płuc I BĘDZIE TO ICH WŁASNA WINA?) To prawda, że w małych ilościach marihuana, ecstasy, alkohol czy kokaina są stosunkowo niegroźne, o ile np. nie wpadamy na pomysł prowadzenia samochodu po zażyciu, lub nie posiadamy w domu broni maszynowej. Tyle, że niektórzy nie potrafią ograniczyć się do małych ilości i nie jest to kwestia uważania, tylko posiadania osobowości podatnej na uzależnienia, środowiska, w którym się przebywa, posiadanej ilości pieniędzy i rozmiaru nienawiści odczuwanej wobec samego lub samej siebie. Osobowość depresyjna, nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia jest w stanie uzależnić się od wody i wypić jej tyle, że umrze z braku minerałów. Osoba szczęśliwa i spełniona prawdopodobnie od niczego się nie uzależni, bo zwyczajnie nie będzie miała potrzeby picia do upadku sześć razy w tygodniu, palenia ziela o dziewiątej rano (i o dziesiątej, i o jedenastej, i...) i ogólnie uciekania od tego, co mieszka u niej w głowie. Osoba szczęśliwa i spełniona, której zdarzy się z głupoty czy namowy spróbować ciężkich narkotyków albo nigdy nie spróbuje ich ponownie, albo poszuka pomocy, kiedy odkryje, że zabawa zaszła za daleko. Osoba nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia tego nie zrobi, bo nie będzie uważać, że jej własne życie jest tego warte.

Znane i oklepane hasełko pt. zanim pozwolisz komuś pokochać siebie, musisz najpierw pokochać siebie samego/samą jest prawdziwe. Dotyczy również osób chorych na depresję i uzależnionych. Nie można obwiniać rodziny za to, że nie zmusiła Amy do siedzenia na odwyku; po to, aby pozbyć się uzależnienia, czy wyleczyć z depresji trzeba CHCIEĆ pozbyć się uzależnienia lub wyleczyć. Samemu trzeba chcieć. Trzeba tego chcieć bardziej, niż chce się zachlać/zajarać/wstrzyknąć i zapomnieć. Trzeba czuć, że życie jest piękne i wspaniałe, a my chlejąc/jarając/wstrzykując tracimy większość z jego uroków, marnujemy czas, krzywdzimy samych siebie i nasze otoczenie. Osoba, która tego nie czuje nie jest w stanie wyjść z uzależnienia, nieważne, ile tygodni spędzi w rehab -- nic nie pomoże osobie, która w duszy będzie powtarzać sobie 'no, no, no' i liczyć godziny pozostałe do momentu, kiedy ją stąd wreszcie wypuszczą, przestaną pilnować i będzie mogła dać sobie znowu w żyłę i przestać być back to black.
wtorek, 19 lipca 2011
Napiętnowany profesor prezentuje emo
W dzisiejszym odcinku w rolach głównych wystąpią dwaj intelektualiści produkujący emo, oraz jeden mały navaira, którego emo intelektualistów nie rusza.

Intelektualistą pierwszym jest profesor Piotr Winczorek. Lat 67, profesor nauk prawnych, specjalizuje się w zakresie nauki o państwie oraz prawie konstytucyjnym. Wykłada na UW oraz w Ostrołęce. (Współczuję dojazdów do pracy.) Były działacz Stronnictwa Demokratycznego, w latach 1991-1993 członek Trybunału Stanu, publikuje na łamach czasopism i wydaje liczne pozycje książkowe. Tak informuje nas Wikipedia.

Profesor nauk prawnych mówi do nas tak:

W toczącej się dyskusji na temat tzw. związków partnerskich nagminnie mieszają się się dwa wątki: moralno-obyczajowy, silnie przy tym zabarwiony religijnie, i prawny. Co do pierwszego wypowiadać się szerzej nie będę. Nie jest jednak, moim zdaniem, niczym szczególnym czy niedopuszczalnym, że tym, którzy wysuwają argumenty na rzecz etycznej akceptacji takich związków i, w konsekwencji, prawnego ich uregulowania przeciwstawiany jest pogląd, iż ich istnienie jest na tyle moralnie destruktywne, że nie one mogą zostać wsparte przez unormowania ustawowe.

Mujborze, moralnie destruktywne istnienie związków. Panie profesorze, to Pana zaskoczy, ale te związki JUŻ ISTNIEJĄ. Nie czekają na unormowania ustawowe, tylko siem biorom i siem robiom. Poza tym, naprawdę wydaje mi się, że poniżej godności profesora konstytucjonalisty jest pisanie o "moralnej destruktywności" bez zdefiniowania, na czym moralna destruktywność polega.

Oczywiście, rozumiem, dlaczego pan profesor nie definiuje. Nie definiuje, ponieważ moralna destruktywność siedzi wyłącznie w głowach prawicowców uprawiających emo. Tak się śmiesznie składa, że w moim budynku mieszkam ja (gej), mój kumpel (gej) oraz małżeństwo heteroseksualne z dzieckiem sztuk jeden. I to małżeństwo w ogóle się nie chce rozpaść! Mimo, że my moralnie je destruujemy zza ściany jak dzicy. Co gorsza, dziecko małżeństwa mnie lubi, cieszy się na mój widok i macha do mnie łapkami i oni mu na to pozwalają! Panie profesorze, pan słyszysz i nie grzmisz? Wszakże moralna destruktywność!

Strasznie chciałbym zobaczyć, jak, dajmy na to, Monika Olejnik wypytuje Niesiołowskiego, profesora Winczorka lub profesora Majcherka (profesor Majcherek zaraz będzie, spaliłem niespodziankę) o to, w jaki konkretnie sposób małżeństwa lub związki rejestrowane osób tej samej płci destruują moralnie. Co konkretnie robi fakt rejestracji naszych związków parze hetero. Rozbija małżeństwa? Morduje dzieci? Kwasi mleko w krowich wymionach? No co? Panowie intelektualiści, powiedzcie mi, jakże ja i DJ was destruujemy moralnie, bo ciekawość mnie zeżre.

Pan profesor kontynuuje obłudne udawanie, że nie jest konserwą:

Jedynie tytułem intelektualnego eksperymentu rozważać dziś chyba należy całkowity zakaz i penalizację związków partnerskich – homoseksualnych czy, tym bardziej, heteroseksualnych.

Och, cóż za niezwykły pomysł, a może byśmy, panie profesorze, jednak nie rozważali, a zwłaszcza "tym bardziej"? Zwłaszcza, że:

Nawet najwięksi nasi moralni i religijni rygoryści tego nie postulują. Żądają natomiast, aby związków takich nie pochwalać, nie sprzyjać ich upowszechnianiu i, jeśli są już smutnym faktem, to traktować je jak coś, co należy do ściśle prywatnej (a przy tym wstydliwej) sfery życia.

Kiedy ja się nie wstydzę. Pana... ok, religijnych rygorystów opinia na temat mojego związku wisi mi i powiewa. Nie przychodzę wszakże do ich domostw, kościołów i innych meczetów, nie włażę na ambonę i nie opowiadam o moich ulubionych formach seksu analnego, jakie z DJem uprawiamy. Reklamują się raczej małżeństwa, za pomocą noszenia obrączek, oraz oczywiście pary heteroseksualne za pomocą prowadzania się w ciąży (ESCANDALO -- oznacza to, że kobieta najprawdopodobniej uprawiała SEKSOWANIE SIĘ) i posiadania dzieci. A co do określania mojego związku jako smutnego faktu, panie profesorze, widział pan posłankę Kempę? To jest dopiero smutny fakt. (No, co ja mogę profesorowi powiedzieć na takie dictum?)

Dalej pan profesor pisze nam tak:

Nie bez znaczenia dla interesującej nas tu sprawy jest też art. 53 ust. 1 zapewniający każdemu wolność sumienia (i religii). Wolność sumienia wyraża się, między innymi, w zakazie narzucania jednostce przekonań moralnych i obyczajowych, a tym bardziej przymuszania siłami państwa do ich akceptacji oraz do praktykowania wynikających z nich norm, o ile nie są one zarazem normami prawnymi (np. karalność kazirodztwa).

Jest zatem poza sporem, że małżeństwem w Polsce może być jedynie związek kobiety i mężczyzny.

Moment. Chwilencja.

Co to znaczy "poza sporem"? Poza sporem to są pewne stałe matematyczne i nic ponad to. Kiedyś poza sporem było, że Ziemia jest płaska, a dookoła niej kręci się Słońce. Zdawałoby się, że od tego czasu zmądrzeliśmy, ale wyraźnie nie tyczy się to konserwatywnej inteligencji. Zadaniem intelektualisty jest poddawanie w wątpliwość wszystkiego, co ludziom nieco głupszym wydaje się "poza sporem".

Zwracam też uwagę na wolność sumienia (i religii) zapewnioną KAŻDEMU. Nie: każdemu chrześcijaninowi głosującemu na PiS. Nie: każdemu profesorowi Winczorkowi i jego żonie. (Zakładam, że profesor żonę posiada, ale generalnie mnie jego życie prywatne mało interesuje, smutne fakty, wstydliwości i cała reszta.) Tylko KAŻDEMU. A co, jeśli moja religia pozwala wyłącznie na małżeństwa osób homoseksualnych? (Mniejsza, co to za wyznanie. Powiedzmy, że Kościół Lady Gagi.) Zakazujemy heterykom? Panie profesorze, proszę bez żenady. Zakaz narzucania przekonań moralnych i obyczajowych oraz praktykowania wynikających z nich norm? Ależ ciężko o lepszą definicję podejścia państwa polskiego do związków osób tej samej płci!

Dalej profesor kopie się już beznadziejnie:

Na małżeństwo w rozumieniu ustawowym składa się zespół wzajemnych praw i obowiązków. Jeśli związek partnerski zostałby wyposażony w taki sam zestaw praw i obowiązków co małżeństwo, byłby, od strony ustawowej, po prostu małżeństwem niezależnie od swej nazwy. Dotyczy to zarówno związku homo-, jak i heteroseksualnego.

No właśnie. Cieszę się, że profesor rozumie konieczność natychmiastowej legalizacji małżeństw osób tej samej płci.

Zostawmy profesora Winczorka na razie w spokoju i przejdźmy do profesora Janusza A. Majcherka, filozofa i socjologa kultury, lat 57, współpracownika Rzepy i Tygodnika Powszechnego, a jednocześnie intelektualisty o wiele bardziej wywrotowego i otwartego na dywagacje. (Dopuszczam możliwość, że profesor o tym nie wie.) Profesor Majcherek zaczyna z grubej rury:

Formalizacja związków nieformalnych jest sprzeczna z logiką.

Z jaką logiką? Czy formalizacja polegająca na wzięciu ślubu też jest z nią sprzeczna? Czy jest to jakaś związkologika wykładana przez profesora Majcherka, czy chodzi o logikę matematyczną, którą miałem nieszczęście studiować i w której nic nie było o związkach nieformalnych?

Paul Scheffer, znany w Polsce holenderski publicysta i badacz stosunków międzykulturowych, przekonywał mnie niedawno (i przekonał), że świat opacznie interpretuje stosunki panujące w Holandii, patrząc na nie przez pryzmat coffee shopów, dzielnic czerwonych latarni i prawa do eutanazji, mających rzekomo świadczyć o szczególnym obyczajowym liberalizmie Holendrów. Tymczasem jest przeciwnie: w holenderskiej mentalności, ukształtowanej przez protestanckie zamiłowanie do rygorystycznego ładu, tkwi skłonność do regulowania wszystkich aspektów życia wspólnoty. [...] Są tacy, którzy żyją ze sobą bez ślubu, więc to musi być administracyjnie uporządkowane.

Co oczywiście jest o wiele gorszym rozwiązaniem, niż jakże polskie "LALALALA JA NIC NIE WIDZĘ NIC NIE SŁYSZĘ NIE MA ZWIĄZKÓW HOMO NIE MA NIE MAAAAAAAA LALALALALAAAA". (Nawiasem mówiąc, zgadzam się z Schefferem, dokładnie tak wygląda holenderskie pojmowanie prawa. O czym jeszcze za momentinho.)

Formalizacja związków nieformalnych to w sensie logicznym i prawnym niedorzeczność: albo coś jest formalne, albo nie. Jeśli ktoś chce żyć w związku sformalizowanym, to bierze ślub. Jeśli żyje w związku nieformalnym, to jego sprawa. 

O! Kolejny profesor zaleca natychmiastową legalizację małżeństw osób tej samej płci!

Miarą rzeczywistych przemian obyczajowych jest powszechna dziś akceptacja związków nieformalnych i dzieci przychodzących w nich na świat, których już nikt nie wyzywa od bękartów, a ich matek od dziwek. Pojęcie konkubinatu weszło do potocznego języka jako wolne od poniżających konotacji. Polskie społeczeństwo przestaje się interesować, kto z kim sypia i czy ze współlokatorem (lub współlokatorką) łączą go związki zalegalizowane w kościele lub urzędzie.

Z wyjątkiem rzecz jasna profesora Winczorka, dla którego jest to smutny fakt i sprawa wstydliwa.

Społeczeństwo polskie przywykło już nie dociekać, co robią w nocy niespokrewnieni ze sobą dorośli ludzie mieszkający pod jednym dachem, nawet tej samej płci. Wyrazem obyczajowych przemian jest to, że państwo nie żąda od nich sformalizowania związku, a nie to, że taką formalizację im proponuje. To właśnie próba sformalizowania ich relacji nieuchronnie prowokuje drażliwe pytania, bowiem oznacza domaganie się legalizacji, a nie jest obojętne, co w ten sposób miałoby zostać zalegalizowane. Sugestia, że także partnerskie stosunki łączące rodzeństwo, sprowadza cały pomysł do absurdu. Czy nie lepiej więc pozostawić obywatelom swobodę kształtowania nieformalnych relacji między sobą, a państwo trzymać od nich z daleka?

Profesorze Majcherek, prezentuje profesor przerażającą obłudę.

Problem nie polega na tym, że państwo za bardzo się wtrąca w życie obywateli i należy je trzymać od obywateli z daleka. Problem polega na tym, że państwo dzieli obywateli na lepszych i gorszych, podobnie dzieląc ich związki (małżeńskie, bądź nie) i niektórym związkom nie przyznaje niektórych praw, bo nie. 

Czy uczciwe jest piętnowanie jako zacofańców i homofobów wszystkich mających takie wątpliwości? 

#łojezujakieemo prezentuje nam napiętnowany profesor.

Chyba że idzie faktycznie o legalizację związków homoseksualnych i nadanie im statusu zbliżonego do małżeństwa. Ale wówczas trzeba to postawić jasno, jak ostatnio władze Nowego Jorku legalizujące małżeństwa jednopłciowe, bez wikłania się w kuriozalne przykłady partnerskich związków dwóch sąsiadek.

Oczywiście rozumiem, że profesor Majcherek pisze to z przekąsem, jako dowód na Zepsucie Złego Zachodu. Ale zgadzam się z nim PRAWIE w stu procentach.

Dywagacje o rejestracji związków profesora Winczorka oparte są na wewnętrznym przekonaniu profesora, że ślub jest dobry, hetero jest dobre, a nieślub jest zły i niehetero jest złe. Dywagacje profesora Majcherka są jeszcze dalsze od rzeczywistości, ponieważ opierają się na założeniu, że małżeństwo i konkubinat różnią się wyłącznie tą smutno-wstydliwą obrączką na palcu. Otóż profesorze Majcherek, mam dla pana wielce zaskakującą wiadomość: TAK NIE JEST. Polskie prawo odmawia osobom niepozostającym w związku małżeńskim bardzo zwyczajnych rzeczy, od decydowania o leczeniu partnera przez odbieranie poczty z urzędu aż do podatku spadkowego, który w przypadku dwóch kobiet mieszkających razem od 50 lat wyniesie tyle samo, co w przypadku osób kompletnie sobie obcych. 

Co gorsza, profesor Majcherek podminowuje Tradycyjną Rodzinę o wiele bardziej, niż mój związek z DJem, kiedy pisze:

Tradycyjny związek małżeński rozumiany był jako społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, poza takim związkiem niedopuszczalne i karalne. Postęp obyczajowy polega jednak na tym, że dziś ani prawo, ani otoczenie nie wymaga od dorosłych ludzi stanu wolnego uzyskania czyjejkolwiek (poza partnerem) zgody na współżycie seksualne.

W takim razie należy sobie zadać wiele pytań (z wyjątkiem profesora Winczorka, dla którego pozostają one poza sporem): po co nam w ogóle małżeństwo? Po co nadawać mu wyjątkową rolę i zapisywać ją w konstytucji? Po co zmuszać ludzi do zawierania ślubów tylko po to, żeby mogli zadecydować o tym, gdzie pogrzebana zostanie ukochana osoba? Skoro związek małżeński to społeczne i prawne zezwolenie na współżycie seksualne, widać jasno, że pojęcie związku małżeńskiego dawno się przeżyło i zdezaktualizowało. Co robimy, profesorze? Likwidujemy? Rozszerzamy na wszystkich chętnych?

Przywołany wcześniej Scheffer tłumaczy bardzo przystępnie sposób, w jaki Holendrzy postrzegają tworzenie prawa: prawo ma regulować zjawiska, które i tak występują. Holendrzy wiedzą, że ludzie palą ziele, więc aktywność dekryminalizują, bo nie jest ich celem zapchanie wszystkich cel w kraju palaczami ziela. Wiedzą, że pary homoseksualne żyją razem latami, niezależnie, co na ten temat sądzą pp. Majcherek, Winczorek i Niesiołowski, więc legalizują śluby osób homoseksualnych. Wiedzą, że nie każdy chce wziąć ślub, więc legalizują związki rejestrowane. Osoba, która spróbuje udowodnić mi, że to ZUO i moralna degrengolada, ryzykuje wiele: mianowicie to, że będzie musiała wytłumaczyć mi, na czym konkretnie polega moralna destrukcja społeczeństwa pod wpływem legalizowania rzeczy, które społeczeństwo i tak robiło, robi i robić będzie.

*

Wyautowałem się jeszcze bardziej, patrz nowy nagłówek bloga.

Dawno, dawno temu Newsweek przeprowadził ze mną wywiad. Pracowałem i mieszkałem wtedy nadal w Warszawie i bałem się pokazać twarzy w ogólnopolskim tygodniku; bałem się, nie wiedzieć czemu, konkretnie pani w sklepie spożywczym naprzeciwko. Była to osoba nadzwyczaj chamska i nieuprzejma, która jednakowoż traktowała mnie względnie miło (jak na swoje standardy), a mi z jakiegoś powodu wpadło do głowy, że zacznie mnie oplotkowywać i pluć mi w biały ser. Tak więc pokazałem kawałek brody wystający spod wielkiego kapelusza.

Do tej pory jest mi z tego powodu wstyd. Mógłbym się powołać na okoliczność łagodzącą w postaci pierwszego rzutu depresji, ale naprawdę, depresja i tchórzostwo to nie jest tak do końca to samo. Teraz, rzecz jasna, to nie do końca to samo, ale jednak jakoś czuję, że warto się pokazać. Jakby ktoś się kiedyś pytał, to możecie pokazać moje zdjęcie i powiedzieć, że tak wygląda homoseksualista.
niedziela, 17 lipca 2011
Różności
Czasem jest dobrze, a czasem trochę mniej dobrze. W tej chwili jest mniej dobrze, ale ogólnie jednak nieźle.

*

Pierwszą notkę o depresji wywlekałem z siebie pazurami i zębami, przekonany, że nie powinienem się tak otwierać, a poza tym, co to kogo obchodzi. Odzew przewyższył wszelkie moje oczekiwania, a przy okazji wyautowało mi się dużo komentatorów, ludzi sympatycznych i fajnych, którzy przyznali się, że też zdzirę na swojej drodze życiowej spotkali. Ja zaś dorzucę moje ukochane Janet Jackson i Marian Keyes. Jakoś tak się dzieje, że depresja dotyka głównie (acz, rzecz jasna, nie jedynie) osób sympatycznych, emocjonalnie rozwiniętych i wrażliwych. Taki Chris Brown, czy Jacek Kurski raczej nie borykają się z problemami z samooceną, kompleksami i zdzirą uniemożliwiającą funkcjonowanie.

*

Ileż jest na świecie osób, które chętnie ocenią, czy to, jak się zachowuję, co robię, czym odżywiam, jak wyglądam, w co się ubieram jest dobre, czy złe; czy zasługuję na pochwały, czy też nie; czy zasługuję na legalizację związku, czy też nie. Jakoś tak jest, że to właśnie te osoby, które NIE czują, że mają monopol na Prawdę, Dobroć i Słowo Boże, te, które mają wątpliwości i gotowe są dać się przekonać, jeśli pojawią się wystarczające argumenty -- te właśnie osoby wydają się stanowić mniejszość podatną na depresję. Oraz mniejszość, z którą potrafię się zaprzyjaźnić. Chciałbym wierzyć, że to przypadek, że wśród moich przyjaciół jest tyle osób z rozmaitymi problemami psychologicznymi, ale nie wierzę. Może po prostu osoby z problemami psychologicznymi są bardziej interesujące?

*

Zakończyło działalność wydawnictwo Abiekt.pl. Bardzo żałuję. Kilka książek wydawnictwa otrzymałem jako prezenty od Szacownego Eksmałżonka i bardzo mi się podobały, z wyjątkiem okropnej czcionki "komiksowej" na okładce Fun Home. (Ale jak się daje książki fetyszyście typografii, to trzeba się liczyć z dziwnymi komentarzami typu "co, Comic Sans nie było na komputerze"...)

Komiks "Konrad i Paul", który wydawnictwo opublikowało zdaje się na początku swojego istnienia podzielił polskie środowisko gejowskie, ponieważ pokazywał to środowisko takim, jakie ono jest. Dwaj panowie żyją sobie w otwartym związku, uprawiają seks z różnymi chętnymi, wpadają na pomysły czasem zabawne, czasem obrzydliwe, a czasem i to i to naraz i się tego nie wstydzą. I to właśnie podzieliło środowisko, które również lubi uprawiać seks z różnymi chętnymi i wpada na różne pomysły, ale się tego wstydzi i ukrywa. "Po co o takich rzeczach mówić na głos..." -- A może po to właśnie, żeby zdjąć z nich odium brudnych i wstrętnych rzeczy, o których nie mówi się publicznie?

Osoby z Monopolem na Prawdę, w skrócie OMPy, żerują właśnie na naszym poczuciu wstydu. Osoby, które usiłują nam wciskać, że homoseksualizm jest kwestią wyboru i jako taki nie zasługuje na żadne względy prawne, podobnie. Dostajemy piany na ustach, wykłócając się, że nie, nie jest kwestią wyboru (naprawdę, heteroseksualizm niesie za sobą takie profity i zwyczajną wygodę, że chyba tylko osoby o inklinacjach masochistycznych WYBRAŁYBY homoseksualizm), zamiast spytać chłodno: no, a jeśli jest, to co wtedy? Pan wybrał swoją żonę, mimo, że wygląda ona jak kanapa, a ona wybrała pana, mimo, że wygląda pan jak Quasimodo w gabinecie krzywych luster, naprawdę, ludzie dokonują najdziwniejszych wyborów, ale kto panu dał prawo decydować, że ten wybór jest dobry, a ten już jest fe?

*

Margaret Cho, moja ulubiona komediantka stand-up, całe życie boryka się z problemami z samooceną, ponieważ po pierwsze ma tego pecha, że nie urodziła się biała, a po drugie -- ma problemy z wagą, które usiłowała zwalczać drakońskimi dietami, pigułkami z amfetaminą (patrz "Requiem Dla Snu") i zastępowaniem jedzenia alkoholem. Kiedy telewizja ABC zaproponowała jej stworzenie własnego sitcomu, w którym grałaby rolę samej siebie, nakazano jej schudnąć. Była za gruba do zagrania samej siebie! Wszyscy wiemy, że chude jest dobre, a grube jest złe, białe jest piękne, a inne kolory to już tak różnie, a z tej wiedzy biorą się strony pro-ana, rasizm i wiele innych wesołych i zabawnych rzeczy.

Problemy z wagą, bulimia, anoreksja i tym podobne do mnie przemawiają, ponieważ przez bardzo długi czas sam zmagałem się ze swoim body image; odchudziłem się do 67 kg przy wzroście 184 cm i ciągle czułem się tłusty (jednocześnie odnotowując, że nie jestem w stanie siedzieć na twardym, bo suchy tyłek nie wyrabia); potem na siłowni usiłowałem za każdym treningiem spalać więcej kalorii na cardio do momentu, kiedy o mało nie spadałem z bieżni, a po powrocie wypijałem butelkę wina, zjadałem pizzę i szedłem spać. To, że moje ciało pod wpływem treningów w końcu uległo zmianie, odkryłem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem odbicie swojego torsu w lustrze pod takim kątem, że nie było widać twarzy i rozejrzałem się w poszukiwaniu tego napakowanego gościa. To, co widziałem w lustrze w domu -- gdzie wiedziałem, że oglądana osoba to ja -- jako żywo miało wątłe łapki jak patyczki i wielkie brzuszysko.

Nie odchudzałem się dlatego, że ktoś mi kazał; Szacowny Eksmałżonek twardo twierdził, że w niczym mu mój brzuszek nie przeszkadza. Nie odchudzałem się z powodu problemów zdrowotnych. Nie odchudzałem się z żadnego innego powodu, jak tylko głęboko w głowie zakorzeniona myśl, że grube jest złe i trzeba je odchudzić. Z tego też powodu spędzałem godziny na siłowni, a potem zapijałem winem uczucie, że jestem strasznie nieszczęśliwy ze samym sobą.

*

Przestańmy, drogie środowisko LGTB, odżegnywać się od jakiejkolwiek chęci brania ślubów i posiadania dzieci. Stańmy Gowinowi naprzeciw i powiedzmy mu bezczelnie: Panie Gowin, pan dla mnie jest żaden autorytet w dziedzinie tego, kogo mam kochać, a kogo nie, pana poglądy na temat ślubów osób tej samej płci też mnie nie ciekawią, pan się mnie nie pytał przed ślubem, nie wiem, czemu ja miałbym się pana pytać przed moim. Jeśli jest pan przekonany, że rodzina tradycyjna musi się rozpaść i ulec rozkładowi pod wpływem legalizacji związków osób homo, to albo pan nie kocha żony i pragnie uciec w ramiona mężczyzny, albo boi się pan, że żona ucieknie w ramiona kobiety, ale naprawdę, pana osobiste problemy kompletnie mnie nie interesują. Co mnie interesuje? Interesuje mnie, że mój mężczyzna ma syna z małżeństwa z kobietą płci odmiennej, mieszkamy razem od 6 lat, mieszkanie jest na męża, a mąż ma raka z przerzutami i nie dość, że nie mogę go odwiedzać w szpitalu, nie mogę się doprosić o informację, czy jeszcze żyje, a syn płacze wieczorami, że nie chce jechać do mamy do Anglii, tylko chce zostać ze mną, u nas w domu, na który nie będzie nas stać, bo nawet jeśli mąż mi go zapisze w spadku, w życiu nie zdołam zapłacić podatku. I wiecie co, pp. Gowin, Terlikowski, Kaczyński, Niesiołowski et consortes? W dupie mam wasze poczucie estetyki, w dupie mam wasze uczucia religijne, w dupie mam "to się da przecież załatwić u notariusza", w dupie mam "homoseksualizm to kwestia wyboru" i ogólnie w dupie mam małe miasteczka.

*

Nie jestem w związku otwartym, ale nie oceniam negatywnie osób, które są, tak samo, jak nie oceniam negatywnie osób, które biorą ze sobą ślub, lub rozwodzą się za porozumieniem stron. Negatywnie oceniam wyłącznie osoby, które zdradzają małżonków za ich plecami, łżąc im w żywe oczy, że musieli dłużej zostać w pracy. Tak się dziwnie składa, że ślub pary homoseksualnej większości Polaków wydaje się nienaturalny i zły, a zdradzanie żony większości Polaków wydaje się normalne, a duża część uważa je za nieuniknioną konsekwencję małżeństwa.

Ciekaw jestem, czy łączy się to w jakiś sposób z faktem, że w Amsterdamie paradują bez koszulek mężczyźni, którzy mają ciała do pokazywania -- polecam wizytę w Vondelparku w słoneczny dzień, co poniektórzy siatkarze, bądź po prostu opalający się bez koszulek są w stanie spowodować wypadki rowerowe wśród osób płci obojga, które nie mogły oderwać wzroku od spoconych, muskularnych torsów. W Warszawie, w której chwilowo przebywam gościnnie, muskularne torsy są starannie ukrywane, zaś na słoneczko i letnią aurę wystawia się jak największe brzuchy piwne. Motywacja jest być może podobna -- wszak nie po to pan Jan pracował nad brzuszyskiem przez 20 lat, żeby swe dzieło teraz ukrywać przed ludzkim wzrokiem. A może po prostu w Amsterdamie mieszkają sami męscy anorektycy z problemami z body image, a w Warszawie zdrowi i normalni Polacy z właściwym spojrzeniem na sprawę?

A kiedy widzę na gazeta.pl wątek pt. "wszystkie feministki są brzydkie i były molestowane" zastanawiam się, czy napisał go pan Jan osobiście i czy laptopa postawił na brzuchu, czy też sięgał z trudem do biurka.
niedziela, 10 lipca 2011
Posłu Gowinu mądrości się ulały
Uprzejmie zawiadamiam, że czuję się doskonale trzeci dzień z rzędu, co oznacza, że skończyły mi się wymówki i muszę opierdolić posła Gowina za gadanie strasznych bzdur.

Poseł Gowin porozmawiał otóż z Jarosławem Stróżykiem (a doniosła o tym niezawodna pani Formela) na temat związków partnerskich, a oto mądrości, które mu się z ust ulały:

– Ustawa o związkach partnerskich tylnymi drzwiami wprowadzałaby małżeństwa homoseksualne. Dla mnie z definicji małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny. Tak zresztą definiuje je nasza konstytucja. Natychmiast rozpoczęłaby się też walka o przyznanie homoseksualistom prawa do adopcji. Tak stało się też w innych krajach, w których również zaczynano od ustawy o związkach partnerskich. Mam nadzieję, że u nas do tego nie dojdzie. Dzieci należy wychowywać w przekonaniu, że zgodny z porządkiem moralnym jest związek kobiety i mężczyzny, a nie dwóch kobiet czy dwóch mężczyzn.

Poseł Gowin oczywiście nie zauważa paru drobiazgów: po pierwsze, "porządek moralny" to rzecz bardzo dyskusyjna i nieujęta w żadnym prawodawstwie, z uwagi na problem z jednoznaczną definicją; po drugie, homoseksualiści też kiedyś byli dziećmi i niekoniecznie musiało być tak, że na ich szczęście w dzieciństwie pozytywnie wpływało wpajanie im, że w przyszłości będą niezgodni z porządkiem moralnym; po trzecie zaś, porządek moralny porządkiem moralnym, a tymczasem większość dzieci, które mieliby ewentualnie adoptować homoseksualiści albo już ma homoseksualnego rodzica z partnerem/partnerką i w razie śmierci rodzica ryzykuje przenosiny do domu dziecka, albo już się w owym domu dziecka znajduje i ma w dupie porządek moralny, który powoduje, że chętne osoby nie mogą im dopomóc w wyniesieniu się z owej placówki.

Jednak zwolennicy tej ustawy mówią, że jej brak sprawia, iż w Polsce nie ma równości między obywatelami. Małżeństwa są uprzywilejowane.
– I bardzo dobrze. Pojedynczy obywatele mają w Polsce identyczne prawa. Co innego, jeśli chodzi o ich związki. 

A podziału związków na te dobre i niedobre dokonuje, jak wiadomo, Bóg usty posła Gowina.

Konstytucja gwarantuje uprzywilejowaną pozycję małżeństwa z uwagi na to, że dźwiga ono na sobie ciężar wychowywania dzieci.

Zwłaszcza w przypadku par bezdzietnych z wyboru lub z braku in vitro, oraz par po 50. A propos, małżeństwa, które dzieci już wychowały i więcej nie mają, powinny zapewne zostawać odgórnie zakończone, tak?

Zobowiązania, które mąż ma wobec żony, czy żona wobec męża, są bez porównania silniejsze niż te, które mają partnerzy w takich związkach. Trwałość tych związków też jest nieporównanie mniejsza.

Niewątpliwie, zważywszy na ilość par pozostających w związku małżeńskim Dla Dobra Dzieci.

Związki homoseksualne nie mają tych obowiązków, dlatego nie powinny mieć też przywilejów.

O, poseł Gowin domaga się zezwolenia parom homoseksualnym na adopcję i zawieranie małżeństw, żeby mogły mieć obowiązki i przywileje!

Zresztą, skoro akceptujemy związek dwóch mężczyzn, to dlaczego nie zalegalizować od razu związku czterech mężczyzn lub kobiet?

Ależ to doskonały pomysł. Dlaczego właściwie państwo ma prawo dzielić związki na dobre i niedobre? Bo poseł Gowin dostaje wysypki na myśl o czterech mężczyznach naraz w USC? Wysypka posła Gowina mię nie interesuje, niech sobie maścią posmaruje i nie zawraca głowy.

Nieprawdą jest też, że homoseksualiści żyjący razem nie mają dzisiaj żadnych praw, np. dziedziczenia po sobie. Nie ma z tym żadnych problemów, tak samo jak w przypadku osób heteroseksualnych żyjących ze sobą bez ślubu. Rozpowszechnia się takie opinie celowo, by wprowadzić społeczeństwo w błąd.

Oczywiście, a podatek spadkowy w razie potrzeby poseł Gowin zapłaci osobiście, jako osoba zajebiście bogata i przepełniona dobrem i miłością bliźniego.

Ostatnio w mediach aż roi się od tematów dotyczących homoseksualistów, ich problemów i rzekomego prześladowania. Dziwi to Pana?
– Niestety jest to element próby pewnej rewolucji obyczajowej podejmowanej przez środowiska lewicowo-liberalne. 

Bardzo lubię słyszeć o rzekomych prześladowaniach i pewnych środowiskach. Szkoda, że coś o żydowskiej mafii się posłu nie wymkło, ale rozumiem, że nie był w humorze.

Cieszy się ona sporym poparciem części mediów głównego nurtu, zwłaszcza „Gazety Wyborczej”. Środowiska te przyjęły sobie za cel jak najszybsze upodobnienie Polski do krajów Europy Zachodniej w sferze obyczajowej. Niestety zupełnie nie zwracają uwagi przy tym na naszą tradycję i tożsamość. Próbuje się na siłę wykorzenić z serc i umysłów Polaków przywiązanie do tradycyjnej moralności.

Rozumianej jako tradycyjne dopierdalanie bliźniemu w imię miłości i dobroci.

Nie wychodzi to chyba najgorzej, skoro – jak wynika z badań – za związkami partnerskimi opowiada się dzisiaj blisko połowa Polaków. Również w Pana partii nie brakuje głosów poparcia dla takich zmian. Nie wyklucza ich m.in. premier Donald Tusk, który jeszcze w 2006 r. był im zdecydowanie przeciwny.

– To prawda, ale nie znaczy to wcale, że za takimi zmianami opowiada się większość polityków Platformy. 

Słusznie, żałuję, że przed wyborami ta informacja nie jest upowszechniana szerzej.

Coraz częściej pojawiają się jednak głosy, że Platforma skręca w lewo.

– Dziś jest zdecydowanie za wcześnie, by mówić o skręcie w lewo. Nowoczesne, duże partie mają szeroki charakter. W Platformie musi być więc miejsce dla nurtów liberalno-lewicowego i konserwatywnego. Nie ma w tym nic złego. Jeśli PO chce wygrać wybory, to musi się poszerzać.

Nie ma jak partia, której program brzmi "Wszystkiego wszędzie wszystkim!".

Jednym z największych problemów Polski jest kryzys demograficzny. Czy PO ma zamiar w przyszłej kadencji zająć się tym tematem?

– Przez ostatnich 20 lat nie dopracowaliśmy się żadnej sensownej polityki prorodzinnej. Jako Platforma musimy uderzyć się w tej sprawie także we własne piersi. Mam nadzieję, że w przyszłym Sejmie to się wreszcie zmieni i uda się takie prorodzinne rozwiązania wprowadzić w życie.

Na czym miałyby one polegać?

– Przede wszystkim na odejściu od rozwiązań pozornych takich jak np. becikowe na rzecz zmian kompleksowych. Konieczne jest wprowadzenie ulg podatkowych dla rodzin mających trójkę lub więcej dzieci. Trzeba też pomóc promować pozytywny obraz rodzin wielodzietnych, które dzisiaj są często przedstawiane w sposób nieprawdziwy jako siedliska różnych patologii społecznych. Konieczne jest też ułatwienie młodym matkom powrotu na rynek pracy oraz dostęp do przedszkoli.

Poseł Gowin w sposób typowy dla konserwatysty uważa, że jeśli społeczeństwo nie chce się dopasowywać do jego wizji porządku moralnego, tym gorzej dla społeczeństwa, a ludzie nie chcą zawierać małżeństw i mieć mnóstwa dzieci dlatego, że pewne środowiska promują negatywny obraz rodzin wielodzietnych, oraz rzekomych prześladowań osób homoseksualnych celem wprowadzenia społeczeństwa w błąd. Wprowadzone społeczeństwo żyje złośliwie w konkubinatach i nie rodzi mnóstwa dzieci celem skrzywdzenia uczuć Jezusa oraz posła Gowina (niekoniecznie w tej kolejności). Wprowadzenie ulg podatkowych i niewprowadzenie związków rejestrowanych błyskawicznie scali pary heteroseksualne w wierne Bogu i Gowinowi małżeństwa z obrzydzeniem odmawiające in vitro, zaś pary homoseksualne wyleczy z ich zboczenia i skłoni do nawrócenia na heteroseksualizm.

I tylko życie popiskuje, że niezupełnie tak wygląda, ale kto by zwracał uwagę na życie, skoro jest ono sprzeczne z nauką Kościoła.
sobota, 02 lipca 2011
Oh, fuck
No, sypie się miłość po 30, cóż rzec. Depresja i świeże związki są mało kompatybilne, jak się okazuje. Zwłaszcza w przypadku, gdy druga osoba nie rozumie, że depresja nie polega na tym, że mam negatywne myśli, ale przecież mogę przestać je mieć i się wziąć w garść.

*

Najpierw idzie sprzątanie. Jakoś tak jest, że do sprzątania w najlepszych dniach motywuję się długo, nie lubię tej czynności, cóż pocznę. Najgorsze jest ścieranie kurzy. To mi się zdarza może raz w roku. Bo co to za zabawa? Wszystko wycieramy, a dzień później wygląda prawie tak samo, bo wzbity w powietrze kurz opada i tyle ze sprzątania. Albo mycie półeczki przy lustrze w łazience. Trzy dni może wygląda, jakby ją umyto. Odkurzanie jakoś łatwiej mi przychodzi, a najbardziej lubię myć okna, może dlatego, że różnicę widać gołym okiem, a czynności nie trzeba powtarzać co tydzień.

Na drugi ogień idzie gotowanie. Kiedy mam depresję, zanika mi poczucie smaku, cała paleta smaków dostarczanych przez naturę zawęża się do "słone", "słodkie" i "ostre". W pierwszej depresji żywiłem się zupkami yum-yum, w drugiej -- batonikami i pizzą. Kiedy się zorientowałem, paradoksalnie zacząłem się odżywiać zdrowiej, bo skoro wszystko mi jedno, jak toto smakuje, to mogę żreć łososia, brązowy ryż i mizerię z jogurtem 0%. Tylko te batoniki jakoś mi podejrzanie łatwo wpadają w ręce. Może muszę je oddać DJowi, zanim mnie porzuci, on lubi słodkie.

Potem już sypie się właściwie wszystko. Miłośnik muzyki, który odkrywa, że od godziny czegoś słucha, ale nie zauważył, że coś w ogóle gra; zapalony paker, który na siłownię zbiera się 45 minut, dotarłszy na miejsce nie może się doczekać, aż będzie mógł sobie pójść; grafik, muzyk i pisarz, który nie robi absolutnie nic kreatywnego, bo mu nie przychodzi do głowy. No i te 10-12 godzin snu dziennie, po których budzę się wykończony i właściwie to mógłbym spać dalej... Uczucie ciężkości nóg i rąk. Wspomnienie, że kiedyś robiłem taką rzecz, uśmiechanie, i że to chyba było fajne. Tak mi się zdaje. Wspomnienia tego rodzaju szybko się zacierają.

Leki, jak na razie, niespecjalnie pomagają. To znaczy rozsmarowały 30-minutowe okresy leżenia na kanapie i gapienia się w okno do 10-godzinnych okresów czucia się chujowo i myśli samobójczych. Przysięgam, że pierwsza myśl samobójcza była w jakiś sposób podtrzymująca na duchu -- "nigdy nie jest tak źle, żeby nie można się było zabić" -- ale 10 godzin dziennie to pewna przesada, zwłaszcza po ciężkiej rozmowie z DJem, który uważa, że zachowuję się egoistycznie, cały czas jestem tylko negatywny, a dodatkowo w ogóle nie dbam o jego potrzeby, np. potrzebę pójścia dziś na imprezę. No, zachowuję, jestem i nie dbam. Na tym to mniej więcej polega. Poza tym naprawdę po 10 godzinach myśli samobójczych ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę jest impreza.

Ciężko mi go obwiniać. Kiedy się poznaliśmy, połączyła nas miłość do muzyki i tańca, wspólne imprezowanie, doskonały seks, wspólne spożywanie różnych ciekawych substancji, całonocne siedzenie i gadanie o ludziach i o życiu; nikt nie uprzedzał, że z tych wszystkich rzeczy zostanie ewentualnie jednostronna rozmowa z rośliną, gapiącą się pusto w przestrzeń. DJ na depresję nigdy nie cierpiał, więc jej nie rozumie, zresztą o czym mowa, skoro osoby, które cierpiały na nią rok-dwa temu, ale już przestały też błyskawicznie zapominają, jakie to uczucie.

Jakoś nie mam zakończenia do tej notki, ale może to dobrze.
czwartek, 23 czerwca 2011
Powrót zdziry
Czwarty dzień piszę tę notkę, ciągle mi się nie podoba, ale postanowiłem ją opublikować mimo to, żeby dać odpór plotkom, że nie piszę, bo poślubiłem Amy Winehouse i razem dajemy sobie w nos i żyłę na Bałkanach. Naprawdę, ludzie, wy to macie pomysły. Nie na Bałkanach, tylko na Hawajach!

*

Uprzejmie proszę o wybaczenie ciszy, jaka nastała wszędzie, gdzie w zasadzie powinienem pisywać różne rzeczy, ale nie czułem się ostatnio najlepiej. Konkretnie, dopadła mnie znowu depresja, dzięki czemu dołączyłem do już-podobno-ponad-50% osób, które nie poprzestają na jednym rzucie i ponawiają znajomość z paskudą.


W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. "Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę". Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi "określ kogoś jednym słowem". Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli - czytaj między wierszami - taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj - gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia - w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą.

Kiedy miałem depresję po raz pierwszy -- o ile pamiętam, 6-7 lat temu, jednym ze skutków ubocznych mojego leku była wybiórcza amnezja obejmująca kalendarz, tzn. pamiętam, że coś się wydarzyło, ale nie pamiętam kiedy i muszę liczyć na palcach -- pisałem bloga. Nie podam linka i proszę, żeby nie podawano go w komentarzach, bo nieco się wstydzę. Całą moją pisaninę dało się bowiem streścić w jednym zdaniu: "świat jest podły i mnie nie kocha, a ja się przecież TAK STARAM". Bo starałem się istotnie nie urażać innych, zależało mi, żeby wszyscy mnie lubili, a tymczasem świat na przykład wykazywał się homofobią. Albo mój współlokator oświadczał mi, że musi się wyprowadzić, bo nie może już patrzeć na moje tatuaże. Albo też dresy na ulicy rozmawiały głośno o tym, jak by mi zaraz chętnie wpierdoliły. A przecież ja tak się starałem być niewidzialny, bezwonny, kochany, słodki, uroczy i lubiany przez wszystkich i wszystkie, jednocześnie niestety mając ten problem, że byłem gejem, lubiłem tatuaże i różne inne ozdoby, ubierałem się na czerwono, fioletowo i żółto zamiast na szaro i brunatno i niestety świat złośliwie odmawiał grupowego zapewniania mnie o swojej bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Dwa lata wyjęte z życiorysu. Pierwszy rok -- bo udawałem przed samym sobą, że jest ok i wcale nie potrzebuję pomocy. W ten sposób udało mi się osiągnąć głównie tyle, że zmarnowałem rok. Drugi rok -- bo brałem leki, ale twierdziłem, że psychoterapia nie jest mi do niczego potrzebna. Do Holandii przyleciałem niby to wyleczony, po czym odkryłem, że nadal mam w głowie bałagan i on się od samych leków niestety nie wysprzątał. Jak śpiewa George Michael, "I changed my name to get rid of the things that I want from you/strange, but a name is a name and the truth is the truth".

Terapia była procesem żmudnym, bolesnym i pracochłonnym, mającym na celu nauczenie się sztuki wdupiemania i eworyzacji. Nie lubi cię ciotka-homofobka? Pies jej mordę lizał, nie musi cię każdy lubić. Nie lubi cię Jarosław Kaczyński? Alik mu mordę lizał, nie musi cię lubić, on zresztą ogólnie mało kogo lubi. Współlokator nie lubi tatuaży? Cóż za szczęście, że nie musisz z nim już mieszkać! (Nie dokładnie tak wyglądała terapia, ale o wytłumaczenie mi tej prostej prawdy chodziło.) No i w końcu się udało wytłumaczyć -- przestałem się martwić rodziną, przestałem się martwić obcymi ludźmi, przestałem się martwić dresami (dodanie 10 kilo mięśni pomogło), ba, przestałem się martwić Wikingiem i martwiłem się już tylko i wyłącznie pracą, co w końcu okazało się moją zgubą.

Najpierw myślałem, że po prostu potrzebuję wypoczynku; miałem bowiem w pracy niezwykle stresujący okres, więc kiedy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze objawy depresji, zwaliłem je na zwykłe przemęczenie. Tyle tylko, że okres się skończył, a objawy nie. W końcu zrozumiałem, co się dzieje, kiedy wziąłem dwa tygodnie urlopu, po czym dzień po jego zakończeniu okazało się, że nadal jestem zbyt zmęczony, żeby wstać rano z łóżka, ruszyć do pracy, przebywać z ludźmi i w ogóle robić cokolwiek oprócz leżenia i patrzenia w sufit. Co jest dokładnie najgorszym, co mógłbym robić, ale wszystko inne wymaga energii, której nie posiadam.

Nie chcę nikogo obwiniać, nie chcę się usprawiedliwiać, domagać taryfy ulgowej, etc. Niemniej jednak wskutek różnych okoliczności paskuda wróciła, usiłuje mnie znowu redukować do roli roślinki, która odżywia się zupkami w proszku i mrożoną pizzą (wiedzieliście, że depresja powoduje między innymi problemy z odczuwaniem smaku potraw? że wszystko smakuje tak samo, co kusi, aby wybierać produkty tanie, słone i pikantne, bo słone i pikantne przynajmniej ma smak słony i pikantny?), popija je winem (alkohol powoduje, że chwilowo czujemy się lepiej, tyle, że następnego dnia dla odmiany czujemy się gorzej, więc kupujemy więcej alkoholu, etc.), a większość czasu spędza w piżamie na gapieniu się w sufit i katowaniu się myślami o własnej beznadziejności. Nie, moja droga. Nie tym razem. Dostałaś parę tygodni na działanie, ja się upewniłem, że to ty, a nie zwykły smuteczek i zmęczenie. Wystarczy. Od jutra zaczynamy dawać ci wpierdol za pomocą Aurorixu, a pod ręką mamy terapeutę oraz moją kochaną przyjaciółkę Cristi, która też spędziła kawał życia ze zdzirą i wie, o czym mowa.
Tagi: depresja
15:42, navaira
Link Komentarze (16) »
środa, 01 czerwca 2011
Hetero, homo, bi, cis i metro, czyli dla odmiany o seksualności
tomek_kulesza napisał ciekawie na Polyinpoland o męskiej seksualności widzianej z punktu widzenia heteroseksualnego i cisseksualnego (cisseksualizm -- odwrotność transseksualizmu: całkowite utożsamianie się z własną płcią biologiczną), po czym wezwał mnie do tablicy. I słusznie, bo jak sam wspomina:

"Stereotyp męskości zawiera takie [cechy], jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności."

No i jak ja mogę się nie zainteresować. :)

Seksualność męska jest mi dosyć bliska, tak ogólnie. Przy czym mieszkanie w Amsterdamie pozwoliło mi się dodatkowo przyjrzeć stereotypom związanym z rasą, problemom (lub ich brakowi) związanym z religijnością, poglądami politycznymi, etc. Część rzeczy, o których Tomek pisze, pozostaje prawdą niezależnie od orientacji, chociażby to:

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. [...] Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa, zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. [...] I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

Z wyjątkiem kobiety, oczywiście, cała reszta jak najbardziej pasuje, przy czym pewne rzeczy są powiązane ze sobą. Przy podziale na partnera aktywnego (top) i pasywnego (bottom) pasywność jest uznawana za "złą" przez tych samych ludzi, którzy przy opisie własnej osoby używają wyrazów typu "męski", "niebudzący skojarzeń" oraz pochodzą z krajów Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Największy problem mają mężczyźni pochodzenia afrykańskiego, którzy zdają sobie sprawę z ciążącego na nich stereotypu mandingo, wiecznie nienasyconego seksualnie Murzyna, koniecznie z ogromnym członkiem, bez przerwy zmieniającego partnerów i super-hiper-męskiego.

Poznałem osobiście czterech czarnoskórych gejów. Dwaj z nich mieli ciężkie problemy ze sferą seksualną -- jeden w ogóle unikał seksu, bo bał się strasznie, że zostanie potraktowany jak obiekt (przy czym o tyle miał rację, że kiedy już komuś zaufał, został potraktowany przedmiotowo, wykorzystany i porzucony), drugi zaś na zmianę bał się wszelkiego dotyku i czułości oraz zachowywał się jak kompletnie nieczuły, brutalny gwałciciel. Trzeci zachowywał się kompletnie zgodnie ze stereotypem, zaliczając wszystko, co się ruszało i na drzewo nie uciekało, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę pragnie miłości, wierności i tak dalej. Żaden z nich nie uważał się za religijnego, ale pierwsi dwaj zostali wychowani w religijnych rodzinach. Wszyscy trzej określali siebie jako "top only" oraz twierdzili, że są biseksualni, nawet ten, który w życiu żadnej kobiety nie dotknął -- tak silny był w ich głowach stereotyp, że homoseksualizm jest niemęski, a oni przecież MUSZĄ BYĆ MĘSCY. Czwarty wreszcie był normalnym (ha! Navaira napisał "normalny"!) facetem, dla którego kolor skóry był wyłącznie kolorem skóry, a nie determinantą wszystkich zachowań seksualnych, nie miał kompleksu mandingo, potrzeby udawania biseksualisty i bycia wyłącznie top. Nie miał też żadnych problemów w sferze seksualnej.

Jeśli przyjrzymy się cechom typowym dla męskiej i kobiecej seksualności -- tzn. typowym, jeśli rzecz jasna jesteśmy seksistą-socjobiologiem z odchyleniem prawicowym -- co widzimy? Mężczyzna powinien być brutalny, wiecznie nienasycony, obdarzony, gotów do zaspokajania partnerki/partnera zawsze i wszędzie i nie wiadomo jak długo. Kobieta powinna być delikatna, wrażliwa, broń Boże nie lubić seksu za bardzo BO TO ZŁO. Mężczyzna bierze, kobieta daje. (Patrz zdanie "pies nie weźmie, jeśli suka nie da" i obwinianie wyłącznie kobiet za zdrady, bo przecież Wszyscy Wiemy, Jacy Są Mężczyźni.) A teraz wyobraźmy sobie, że zestawiamy ze sobą dwóch mężczyzn lub dwie kobiety; osoby, rzecz jasna, wychowane w JAKIMŚ społeczeństwie, które operuje JAKIMŚ zestawem stereotypów, nakazów i zakazów, które wdrukowuje JAKIŚ imprint. Im bardziej konserwatywna jest społeczność, w jakiej wychowywały się te osoby, tym bardziej prostacki jest imprint: mężczyzna jest męski, przynosi mięso i sika do ognia, kobieta jest kobieca, sprząta, gotuje i ładnie pachnie. W takim razie seks dwóch mężczyzn powinien przypominać walkę bokserską, a seks dwóch kobiet -- muskanie się delikatnie płatkami róż. (Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że owszem, zdarza się, że to prawda, ale raczej rzadko.)

Jakiś rok temu przeczytałem ciekawy artykuł o gejowskim portalu Manhunt. Artykuł ów wspominał, że my, geje (o lesbijkach nie pisano) nie nauczyliśmy się nigdy rytuałów uwodzenia i podrywu; nasza orientacja była przez lata sprowadzana do maksymalnie prostackiego "oni się rąbią w dupę", my sami traktowani przedmiotowo i wykluczani ze społeczeństwa, dla którego zawsze byliśmy Obcymi, przysłowiowymi "onymi". My, normalni versus oni, "te geje". Tak więc nie ma się specjalnie co dziwić, że to, co zbudowaliśmy dla siebie, również powstało pod wpływem imprintu środowiskowego; nie ma się również co dziwić, że po latach kultury opartej na seksie, narkotykach i muzyce tanecznej dopiero teraz sięgamy po małżeństwo i rytuały typowe dla "romantycznych" związków. Po prostu dopiero teraz zaczynamy uświadamiać sobie, że wbrew temu, co nam wciskają od dekad konserwatyści, NIE jesteśmy zboczeńcami, NIE musimy skupiać się wyłącznie na seksie i nasza orientacja seksualna NIE determinuje absolutnie wszystkiego, czym się zajmujemy, co lubimy i co nas kręci. Męska seksualność w wydaniu gejowskim przez długi czas stanowiła karykaturę; po części dlatego, że podświadomie geje starali się być jeszcze bardziej męscy, aby pozbyć się odium zniewieściałych wiotkich istot w różowych sukienkach przybierających co chwila pozę czajniczka, po części -- dlatego, że wmawiano nam, że MUSIMY sprowadzać naszą kulturę tylko i wyłącznie do tejże seksualności, tak więc uparcie dzieliliśmy się na Tych Męskich i Tych Przegiętych, jakby nie istniało nic pomiędzy Mike'em Tysonem i Żakliną.

Jednym z powodów, dla których wyjechałem z Polski było zmęczenie szufladkami. Nie czułem się jak Mike Tyson, ale nie czułem się też jak Żaklina. Moje długie włosy nie oznaczały, że byłem kompletnie pasywny, a ich ścięcie i zastąpienie irokezem nie oznaczało, że nagle stałem się kompletnie aktywny. Nie czułem potrzeby słuchania TYLKO metalu lub TYLKO Madonny. Mniej więcej to, jak mniemam, ma na myśli Tomek, pisząc:

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii, że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo [...] zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Siedzenie w szufladce potrafi być wygodne, to prawda. Tyle, że nie każdy z nas ma, excusez le mot, kwadratową dupę. A szufladka ma zawsze ten sam kształt. Ciężko jest ocenić, jak dużo osób NAPRAWDĘ czuje się wygodnie w szufladce; 80%? 40%? Ile kobiet NAPRAWDĘ lubi wyłącznie delikatne głaskanie puszkiem, seks rozumie jako Obowiązek Małżeński, który pragnie spełniać wyłącznie z Jedynym Ukochanym i wyłącznie celem prokreacji? Ilu mężczyzn NAPRAWDĘ jest tymi super-aktywnymi, zawsze gotowymi, zawsze chętnymi, zawsze aktywnymi, pozbawionymi uczuć samcami alfa sterowanymi mniejszą główką? Metroseksualizm nie jest skutkiem promocji homoseksualizmu, dodawania do wody hormonów ani trującej propagandy Zachodu; jest skutkiem odkrycia przez tłamszonych latami mężczyzn, że NIE MUSZĄ trzymać się norm, a siedzenie na poduszce, zamiast w kwadratowej szufladzie potrafi być całkiem wygodne. A ci, którzy największe gromy ciskają na zniewieściałych facetów i babochłopy, być może rzeczywiście kochają swoje szufladki... a być może najbardziej boją się wyściubić z nich nosa.
sobota, 28 maja 2011
Zakazać!
Właściwie, gdyby się nad tym zastanowić, miłość powinna być zakazana.

Pomyślcie chociażby o objawach nagłego odstawienia. Zakochana osoba, z którą zrywa partner, czy partnerka jest niezdolna do pracy, często do samodzielnego ubrania się i umycia, zrobienia zakupów, kawy czy herbaty. Histeryczny płacz, zaniedbywanie higieny, problemy z komunikacją z otoczeniem, skoki nastroju od "jak ja nienawidzę tego podłego gnoja" aż do "jak ja go strasznie kocham, o Boże, jak ja go kocham" należą do normy. Żadna z substancji, jakich zdarzyło mi się używać, nie generuje tak przerażającego uzależnienia i takich trudności z odstawieniem -- nie próbowałem heroiny, być może odstawianie heroiny przebiłoby objawy generowane przez zerwanie z ukochanym, ale jakoś niespecjalnie mam ochotę sprawdzać nawet dla dobra nauki.

Świeże zakochanie daje haja nieporównywalnego, znowu, z żadną znaną mi substancją. Kiedy zakochałem się -- wbrew własnej woli -- w jednym takim brodatym Arabie, który rozpoczął z nami pracę, nie wiedząc o nim w ogóle NIC, włącznie z tym, czy aby jest gejem, nie mogłem spać. Nie mogłem jeść. Przez 3-4 dni zjadłem, o ile pomnę, dwa małe jogurty. Chodziłem jednak na siłownię i biłem na niej rekordy, napędzany opętańczą energią biorącą się nie wiadomo skąd. Raz wszedł do pokoju, w którym się znajdowałem, ja zaś porzuciłem to, co robiłem i poleciałem do toalety zwymiotować. Mój organizm generował tak niewiarygodne ilości CZEGOŚ -- chyba nie tylko oksytocyny, nie wydaje mi się, że ta działa aż tak gwałtownie -- że nie potrzebowałem już nic więcej, aby nie tylko funkcjonować, ale zgoła czynić to na wielokrotnie zwiększonych obrotach. Amfetamina my ass.

Skutki społeczne miłości są nie do przecenienia. Ileż karier, ile majątków, firm legło w gruzach na skutek rozwodów? Małżeństwa są najdobitniejszym dowodem na to, że miłość jest przerażająco szkodliwa; oto bogaci, inteligentni ludzie bezmyślnie przekazują w cudze ręce połowę swojego majątku. Na szczęście w ostatnich latach coraz częstsze jest spisywanie intercyzy, dzięki której przynajmniej części skutków miłości daje się zapobiec i zredukować nieco jej szkodliwość. A co dzieje się w przypadku, gdy pojawia się dostawca mocniejszego, bardziej czystego narkotyku? Towar, którego używaliśmy do tej pory nagle przestaje nas kręcić; nowy dostawca zaczyna zajmować czas w naszych myślach i miejsce w naszym łóżku, w kąt idzie lojalność i obowiązki, jakie mieliśmy wobec poprzedniego dostawcy. Chciałem powiedzieć, żony/męża/chłopaka/dziewczyny.

Nic nie wydaje się zabezpieczać nas przed zgubnym skutkiem miłości. Nawet doświadczenie, płynące z wieku. Sam pół roku temu byłem przekonany, że uodporniłem się już przeciwko miłości i więcej mi się ona nie przytrafi, ale zamiast się tym cieszyć, głupio wzdychałem, że strasznie za nią tęsknię. I proszę, ponad cztery miesiące już mijają od poznania DJa, a ja znowu chodzę na haju, zaniedbując siłownię, pisaną książkę, remiksowane piosenki, regularne sprzątanie, pracę nad portfolio, ponieważ w mojej hierarchii ważności przebywanie z DJem jest na miejscu pierwszym, a jeśli jest to niemożliwe, objawy odstawienia pojawiają się w ciągu 24 godzin i uniemożliwiają skupienie się na czymkolwiek innym, z wyjątkiem pisania notek na bloga, oglądania głupich filmów, wysyłania mu SMSów i opowiadania różnym znajomym i przyjaciołom, jak bardzo tęsknię za moją małą paskudą.

Napisałbym coś więcej, ale nie dostałem nowej dawki narkotyku już od 4 dni i naprawdę nie mogę się skupić na niczym dłużej, niż pół godziny. Wraca jutro. Rano. Miał wrócić po południu, ale nie może beze mnie wytrzymać aż tak długo.
środa, 25 maja 2011
Męskość wciąż męczymy
Najpierw autoreklama: zapraszam do lektury mojego debiutu w roli Carrie Bradshaw kolumnisty portalu homiki.pl. Polecam również komentarze -- bardzo zabawne. :)

*

Od paru dni zastanawiam się nad odpowiedzią na dwa pytania: 1. co to jest męskość? oraz 2. czy ja i DJ jesteśmy męscy? Oczywiście, odpowiedź na pytanie 2. zależy od odpowiedzi na pytanie 1., więc nad tym pierwszym zastanawiam się bardziej intensywnie, a całość wzięła mi się ze znalezienia wątku o przedszkolaku lubiącym kolor różowy i co poniektórych wpisów w owym wątku.

Tego, co napisałem na heteroblogasku nie będę, rzecz jasna, powtarzać, ale temat fascynuje mnie od dłuższego czasu, a zwłaszcza od kiedy obejrzałem na BBC film dokumentalny o konstruktach męskości i kobiecości w reklamie. O tym, że na reklamach dłonie mężczyzn chwytają przedmioty, a dłonie kobiet omdlewająco spływają wzdłuż ciała, lub służą przedmiotom jako elegancka podstawka. O tym, że mężczyźni patrzą na ogół w kamerę, a kobiety -- na mężczyzn. O tym, że mężczyźni stoją, siedzą lub oddają się sportom, zaś kobiety leżą lub przybierają pozy charakterystyczne dla małych dziewczynek. Film trwał 45 minut, a ja od tego czasu nie mogę przestać dostrzegać prawdziwości ukazanych w nim schematów; co gorsza, schematy dotyczące kobiet nie są prezentowane w pismach dla mężczyzn, lecz w pismach dla kobiet właśnie -- mój ulubiony Glamour dokładnie tak pokazuje kobiety w rozkładówkach o modzie i reklamach. Czy chodzi o to, żeby wpoić kobietom myśl, że takie właśnie są -- słabe, wiotkie, nieobecne, pasywne? Czy to jest właśnie ta słynna kobiecość, o której tyle słyszymy? I czy rzeczywiście męskość to siła, zdecydowanie, brutalność, aktywność i bycie samcem alfa?

Taka definicja męskości miała sens, owszem, tak mniej więcej do 1960 roku. Miała sens wtedy, kiedy mężczyzna chodził do pracy, zdobywał mięso, chciałem powiedzieć -- pieniądze, po czym utargane ciężką harówką dzięgi przynosił do domu, gdzie czekała żona, pachnąca perfumami, oraz obiad, pachnący golonką i piwem. W świecie, w którym kobiety i mężczyźni tak samo często chodzą do pracy, na siłownię, prowadzą samochody, kupują kosmetyki, noszą spodnie -- ta definicja zwyczajnie nie ma sensu, a twarde udawanie, że świat wcale się nie zmienił i kurczowe trzymanie się starych definicji (oraz, co gorsza, usprawiedliwianie nimi niższych płac kobiet oraz spychania na nie wszelkich prac domowych) jest skrzyżowaniem niedorozwoju umysłowego z chamstwem.

Mężczyźni, którzy uparcie twierdzą, że w życiu nie założyliby niczego różowego, nie umieją sprzątać, a dezodorant jest dla pedałów zwyczajnie okazują swoją frustrację niepojętym dla nich nowym porządkiem świata, w którym kobieta może, na przykład, zostać ich szefową -- mimo, że nie posiada penisa. (Escandalo!) Problem w tym, że mimo rozlicznych badań nigdy nie potwierdzono tezy, iż penis jest organem służącym myśleniu i kreatywności. Owszem, posiadanie penisa ułatwia sikanie na stojąco, ale jeśli jesteśmy tacy pewni, że to stuprocentowo pozytywna cecha gwałtownie zwiększająca przydatność na rynku pracy, to kopnijmy w krocze faceta i kobietę i zobaczmy, które z nich 10 sekund po kopniaku będzie wiedziało, ile to jest osiem razy jedenaście.

Na mojej siłowni plącze się taki jeden trener kickboxingu. Łysy, brodaty, wielki, muskularny, wytatuowany. Odziewa się wyłącznie w bojówki i spodnie od dresu oraz koszulki z napisami typu MUAY THAI, WORLD CAGE-FIGHTING CHAMPIONSHIPS, etc. Pali cygara. (Nie podczas treningu.) Jakiś czas temu wyhaczyłem, że oprócz wszystkich cech powyżej wymienionych dodatkowo do pracy jeździ na motocyklu, ubrany od stóp do głów w skóry. I wtedy zrozumiałem, że jego penis musi być bardzo, bardzo malutki. :(

Pojęcie męskości i kobiecości w roku 2010 jest nadzwyczaj płynne. Czy męski jest aktor, grający Thora, który rzuca młotem i mięsem, na obiad zjada jednego żywego byka i wypija beczkę piwa, ale klateczkę ma wydepilowaną do ostatniego niedobitka włoska, a fryzurkę na głowie codziennie pieści mu trzech fryzjerów-gejów o imionach Denzello, Daniello i Julianello? Czy bardziej męski jest Jarosław Kaczyński, czy Gareth Thomas? Czy Oprah jest kobieca? A Ellen DeGeneres? A Madonna? Czy o męskości i kobiecości może świadczyć orientacja seksualna? (Biedny zniewieściały Gareth, gdyby tylko wziął przykład z Jarosława Kaczyńskiego.) Co z tym nieszczęsnym kolorem różowym? Czy męskość rośnie i maleje płynnie w zależności od tego, co na sobie mam? Dzisiaj akurat mam na sobie czarne dżinsy, czarny t-shirt i wściekle kolorowe buty -- czy to oznacza, że od kostek w górę jestem męski, a od kostek w dół nie, czy też niemęskość butów znosi męskość dżinsów?

Przez to wszystko ciągle nie mogę się zdecydować, czy DJ i ja jesteśmy męscy, czy też nie, oraz który z nas jest bardziej męski, ale na szczęście oprócz przyjemności czysto intelektualnej niespecjalnie mi zależy na usunięciu tej jakże palącej niepewności, ponieważ mój penis jest rozmiaru takiego, że nie muszę palić cygar, zrzucać ludzi ze schodów i jeździć na motocyklu tylko po to, żeby poczuć się Prawdziwym Menszczyzno. Nie muszę. Ale mógłbym. Z przyjemną świadomością, że kiedy już wsiądę na motocykl, ubrany we wszystkie moje skórzane ciuchy i odjadę w siną dal, ściskając w zębach nieodłączne cygaro, w głowie śpiewać mi będzie Alizee. "Moi, Lolita", zaśpiewa mi francuski podlotek, a ja razem z nią -- bo jestem taki męski, że nawet Alizee się nie boję.
poniedziałek, 16 maja 2011
Ciocia Klocia i Męski Kolo, czyli rzecz o kompleksach
Dla jednych to choroba, dla drugich coś zupełnie normalnego, ale zdaniem kolejnego rozmówcy, najistotniejsze w tej debacie jest to, że homoseksualiści "robią z siebie cioty", co sprawia, że chętniej się ich wyśmiewa, niż chce się zrozumieć. Inne osoby to potwierdzają.

Powyższe to fragment jednego z postów z bloga pani Katarzyny Formeli. (Pani Formela jest absolutnie fantastyczna, nadzwyczaj doceniam cierpliwość potrzebną do znajdowania wszystkich artykułów na tematy LGTB, pisania własnych i agregowania ich ku mojej wygodzie.) Teraz zaś fragment wywiadu z Martą Konarzewską, znalezionego tamże:

Biseksualny bohater "Zakazanych miłości" mówi: "Ciota to jest dla mnie koleś zamknięty na dwa spusty w solarium przez dwa dni, ma zbyt idealnie ułożone włosy czy wyregulowane brwi. Ciotą jest sposób zachowywania się na Mariolkę, tępą blondynę. Jęczenie, stękanie, wzdychanie i inne ochy i achy". To ma być uczenie tolerancji? 

- Tak. Przez pokazanie mechanizmu działania homofobii. Igor, którego słowa pan przytoczył, sam ich nie wymyśla, a przejmuje z ogólnego języka nietolerancji. Nie jest tak, że istnieją "okrutni" heteroseksualiści, którzy nienawidzą tych "wstrętnych" homo, bi czy trans. Jest tak, że homofobii i transfobii uczą się zarówno osoby hetero, jak osoby homo czy trans.

Jest parę rodzajów homofobii, których NAPRAWDĘ nie trawię. Ten prezentowany przez Młodzież Wszechgłupią i inne odpady typu NOP mam w dupie, ponieważ opinia osób niepełnosprawnych umysłowo na temat mojego życia prywatnego kompletnie mnie nie interesuje. Chęć lania po mordzie włącza mi się raczej, gdy czytam opinie osób tzw. postępowych -- przykładowo, "jestem oczywiście tolerancyjny i mam wielu homoseksualnych przyjaciół, ALE [tu jakaś głupia homofobiczna klisza, np. o adopcji]". A najgorzej mnie wkurwia homofobia zinternalizowana i prezentowana przez same osoby LGBT, które zwyczajnie powinny mieć na tyle rozumu, żeby pewnych głupot nie rozpowszechniać.

Teksty o ciotach, podobne do tych w książce Konarzewskiej i Pacewicza, w Polsce czytywałem bardzo regularnie, w Holandii zaś prawie nigdy. O ciotach, męskich i niemęskich i tym podobnych stereotypach pisali w Holandii wyłącznie Polacy, Rosjanie i muzułmanie nacji rozmaitych -- w swoich ogłoszeniach na portalach gejowskich. Również wyłącznie Polacy, Rosjanie, Arabowie i Afrykanie domagali się dyskrecji. Te rzeczy są ze sobą powiązane i świadczą o kompleksach na punkcie robienia rzeczy Złych i Niewłaściwych.

Ludzie pewni swojej wartości (i swoich wartości) nie mają potrzeby poniżania innych i wywyższania się ich kosztem; zachowanie to świadczy o kompleksach. Osoby nieposiadające kompleksów nie muszą ich wyładowywać na innych. (Stąd moje podejrzenie, że kibole wszczynający burdy na meczach po połowie wyładowują kompleks małego członka, a po połowie -- tłumione instynkty homoseksualne, każące im zrzucać koszulki i bratać się z podobnymi sobie wygolonymi samcami. See also: Szprota o braku kobiet na manifestacji NOP.)

Mógłbym teraz wrzucić coś o tym, że moi najlepsi przyjaciele są odrobinkę ciotowaci, ale zwyczajnie nie wiem, czy są, bo ich pod tym względem w ogóle nie oceniam i szczerze mówiąc takich rzeczy nie widzę. Ciotowaty dla mnie jest sławny stylista Jacyków, przy czym lepszym słowem byłoby "wyglądający głupio", bo nie jego brwi, włosy czy opalenizna są dla mnie problemem, tylko fakt, że dziwnym i niezrozumiałym sposobem sławnym stylistą został człowiek wyraźnie nieposiadający w domu lustra, cierpiący na daltonizm i przekonany, że botoks wpływa na jego wygląd pozytywnie. Nie przeczę, że bardziej od Jacykowa podoba mi się z wyglądu na przykład Joe Manganiello, czyli Alcide z True Blood, ale nie oznacza to, że jeden jest ciotowaty, a drugi męski, i przez to jeden jest gorszym człowiekiem od drugiego, tylko -- że lubię muskularnych brodaczy. Nie wyklucza to możliwości, że w rozmowie Jacyków byłby fascynujący, a Manganiello przerażająco nudny; że pierwszy kocha dzieci, przeprowadza przez jezdnię staruszki i dokarmia gołębie, a drugi głosuje na Tea Party, częstuje dzieci papierosami i kradnie sygnał kablówki. Ale obu dałbym tę samą szansę w rozmowie i żadnego nie próbowałbym wyśmiewać, bo jest "zbyt ciotowaty" i przez to nie chce się go zrozumieć.

Kiedy o ciotowatości mówią osoby hetero, świadczy to o wyładowywaniu tłumionych kompleksów, cholera wie na jakim punkcie, i głębokiej potrzebie udowodnienia samemu sobie, że są gorsi. Brudne czarnuchy, głupie muslimy czy ciotowate pedały są doskonałymi celami, w które można prać ile wlezie -- chociaż palmę pierwszeństwa ciągle dzierży chyba Żyd, Żyd-komunista lub w miarę możliwości pedałowaty Żyd-komunista -- i udowadniać samemu sobie po raz pięćsetny, że jestem od nich wszystkich lepszy, bo nie jestem czarny, nie jestem muzułmaninem i nie jestem gejem. (To, że w żadnej z tych spraw, z wyjątkiem może religii, nie miałem wyboru, a w sprawie swojego bezrobocia, siedmiu klas podstawówki i wielkiego brzuszyska wylewającego się zza paska miałem, nie ma oczywiście żadnego wpływu na moje słuszne poglądy, przynajmniej póki nie skończy mi się jabol.) 

Kiedy o ciotowatości mówi gej, świadczy to w połowie o potrzebie udowodnienia samemu sobie, że kiedy Wszechgłuptaki czy inny NOP mówi o pedałach, to oni przecież nie mówią o mnie, bo ja jestem normalny, męski i nie chodzę na parady, tylko o Jakichś Innych Pedałach, a w drugiej połowie o debilizmie. Bo ja też takie rzeczy wygadywałem. Kiedy miałem lat 17 i jedyny gej, jakiego znałem, to był ten, którego widywałem w lustrze. Potem, na szczęście, odrobinę zmądrzałem. (I zeszczuplałem.) Igor, cytowany przez Martę Konarzewską, nie zmądrzał i nadal uważa, że jeśli powie coś o ciotach, to zrobi się od tego bardziej męski. Nie zrobi. Podobnie ani trochę bardziej męski nie zrobił się Rosjanin, który usiłował mnie poderwać na Gayromeo za pomocą swojego profilu, wypełnionego po brzegi farmazonami o tym, jak to nie trawi ciotowatych i niemęskich. Obok farmazonów Rosjanin prezentował dumnie swoją wątłą posturę i męską twarzyczkę godną co najmniej Kate Moss. Niestety, przestałem mu się podobać, kiedy powiedziałem mu, że jestem diabelnie ciotowaty, ponieważ kocham Kylie, Julię Roberts i czytuję Glamour. Wszystkie te rzeczy są prawdą. A jak się Igorowi nie podobam, niech wypierdala, zanim padnie na zawał dowiedziawszy się, że jestem też Żydem, komunistą i na domiar złego jakiś taki beżowy.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7