środa, 11 maja 2011
Wiosna II: Reaktywacja
Dżizas, wiosna się chyba znowu zrobiła.

Poszedłem z jednym takim Erniem na drinki do mojego ulubionego mrocznego baru. Drinki nalewał jeden taki Szkocki Barman, który najpierw odmawiał przyjmowania napiwków, potem zemścił się stawiając nam kolejkę za darmo, a następnego dnia zaczął mi zostawiać komentarze pod zdjęciem na facebooku. Ganjsta, który siedział cicho i nie odzywał się do mnie od miesięcy, nagle również zaczął okazywać aktywność na moim facebooku (pierwszym jej wyrazem było pytanie, czy aby jestem może znowu singlem). Na koniec zaś wpadłem w spożywczaku na młodego pięknego aktora, który kiedyś się mnie bał, a teraz najwyraźniej bardzo lubi i wprosił się na moją eurowizyjną imprezę w sobotę. Zobaczymy, czy przyjdzie, czy się będzie bał.

Z innych wieści, trwa kampania "Miłość nie wyklucza", a mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla (tak się odmienia?) dzielą się przemyśleniami na ten temat:

Zbigniew Kornatowski, os. NDM: - Trudno jest oceniać tego typu przedsięwzięcia, zwłaszcza w naszym katolickim i raczej konserwatywnym społeczeństwie.

W pozostałych społeczeństwach, w jakich pan Zbigniew mieszka, jest mu łatwiej oceniać.

Nie przeszkadzają mi pary spacerujące po parku czy ulicach, ale publiczne manifesty raczej nie wpłyną pozytywnie na ich ogólny obraz.

Spacerowanie prywatnie po parku czy ulicach, oto, co lubi pan Zbigniew.

Ryszard Mądry, os. Piastów: - Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ta forma walki o równouprawnienie, bo kojarzy mi się z manifestowaniem swojej orientacji seksualnej.

Dwie najczęściej spotykane formy manifestowania orientacji seksualnej to noszenie obrączek i bycie w ciąży. To drugie nawet gorsze, bo nie tylko orientację manifestuje, ale w ogóle fakt, że się seks uprawiało. Albo co gorsza próbówkę. Ohyda. Dzieci powinny się rodzić jakoś bardziej higienicznie, prawda panie Rysiu? Albo chociaż zamykać kobiety w ciąży w domu, aż nie skończą manifestować orientacji...

Irytują mnie te plakaty. Nie sądzę, by tego typu akcje mogły zmienić cokolwiek w świadomości lub mentalności naszego społeczeństwa, a niektóre osoby jedynie zdenerwują. Jestem przeciwnikiem podobnych przedsięwzięć i nie uważam, by były one konieczne.

A to niech pan Ryszard Ochódzki Mądry nam opowie, jakimi środkami on by zmieniał świadomość i mentalność naszego społeczeństwa. Głównie przychodzą mi do głowy halucynogeny dodawane do wody pitnej.

Dominika Majnusz, os. Cisowa: - Nie przeszkadza mi wywieszanie plakatów par homoseksualnych na ulicach miasta. Nie czuję się jednak upoważniona do wyrażania opinii na ten temat. Osobiście problem mnie nie dotyczy i nie czuję się związana z nim na tyle, by móc wygłaszać jakiekolwiek sądy. Cała akcja jest mi raczej obojętna. Nie będę co prawda protestować, ale popierać tego przedsięwzięcia również nie mam zamiaru.

To się właśnie nazywa tolerancja. Bardzo ładnie.

Izabela Kornatowska, os. NDM: - Wydaje mi się, że to nie do końca potrzebna inicjatywa. Moim zdaniem nie powinno się obnosić publicznie z intymnymi i prywatnymi sferami własnego życia.

Czyli pani Izabela przeciwna jest: ślubom, obrączkom, pierścionkom zaręczynowym, zachodzeniu w ciążę, posiadaniu dzieci, trzymaniu się za ręce i całowaniu, nie czyta czasopism plotkarskich, nie ogląda seriali, a do ginekologa chodzi po ciemku i z twarzą obwiązaną szmatą do podłogi, żeby nikt się nie dowiedział.

Osobiście nie zwracam większej uwagi na plakaty, które pojawiły się w różnych miejscach naszego miasta. Nie przeszkadzają mi one, ale nie zmienią mojego zdania co do obnoszenia się i manifestowania czegoś, co powinno się zachować dla siebie.

Czyli pani Izab... a, nie będę się powtarzał.

Na plakatach, przypominam, znajdują się przerażająco nudne, kompletnie ubrane w zimowe ciuchy pary, które manifestują trzymanie się za rączki, ewentualnie obnoszą się z faktem posiadania pasa, w którym się obejmują. Zdaniem pani Izabeli i pana Ryszarda nawet to stanowi manifestowanie i obnoszenie. Pan Zbigniew posuwa się do stwierdzenia, że w parkach pary mu nie przeszkadzają -- zgaduję, że pan Zbigniew nie bywa w parkach i dlatego parki w parkach zwisają mu i powiewają.

Największą zasługą kampanii jest obnażenie skali polskiej homofobii. Gdyby na plakatach pojawiły się zdjęcia półnagich, muskularnych mężczyzn wysmarowanych oliwką i zwisających z siebie w malowniczych pozach, efekt byłby paradoksalnie o wiele słabszy. Ale plakaty MNW są NUDNE. Są na nich nudni ludzie w nudnych pozycjach, domagający się nudnych rzeczy -- ustawy o związkach partnerskich, a nie legalizacji uprawiania seksu analnego w przedszkolach oraz darmowego poppersa dla każdego obywatela. Ustawa o związkach partnerskich na pana Ryszarda, Zbigniewa czy panią Izabelę nie ma żadnego wpływu -- nikt ich nie zmusi do zawarcia takiego związku pod przymusem, niczego nie tracą, ich sytuacja kompletnie się nie zmienia -- ale i tak domaganie się jej jest obnoszeniem i manifestacją tak prywatnej rzeczy jak niemożność odwiedzenia partnera w szpitalu, bycie traktowanym przez prawo spadkowe jak osoba kompletnie obca, czy niemożliwość decydowania o leczeniu i pogrzebie ukochanej osoby.
środa, 04 maja 2011
Droga Kasiu, mam stresa
Dzisiaj porozmawiajmy o odstresowywaniu się.

Jakoś tak się złożyło, że zarówno DJ, jak i ja mamy potworne stresy. Rodzinne, pracowe i związkowe. Związkowe, mam wrażenie, nie bez związku (SEE WHAT I DID HERE) z rodzinnymi i pracowymi. Toteż tydzień spędzamy na stresowaniu się pracą i rodziną, a weekend na żarciu się nawzajem i stresowaniu dla odmiany tym.

Schemat kłótni między Navairą, a DJem wygląda tak. Na początek zażywamy jakieś substancje rozweselająco-odstresowujące celem odstresowania się pracowo i rodzinnie, przy czym ten rodzaj zażywania na ogół potrafi nie skończyć się po dwóch kielonkach, tylko pojechać nieco dalej, po czym odstresowujemy się następująco:

1. DJ jest złośliwy ciut bardziej niż zwykle
2. Navaira się irytuje
3. DJ się irytuje tym, że Navaira jest zirytowany
4. Navaira strzela focha
5. DJ strzela większego focha pt. "nie będzie mi tu byle kto strzelał focha"
6. Wściekły Navaira wyłącza telefon i oddala się w nieustalonym kierunku
7. DJ przez pierwsze 2 minuty chce przepraszać, ale nie ma kogo, bo telefon wyłączony, a kierunek nieustalony, po czym się wkurwia brakiem odzewu i zaczyna lać na odlew, poniżej pasa i bez filtra, ponieważ ogólnie filtra nie posiada
8. Navaira po kilku godzinach włącza telefon, odkrywa 4 wiadomości na poczcie głosowej i 12 smsów, z czego ostatnie 10 w tonie "ty obrażalska divo bez krzty samokrytyki", odpowiada na to lodowato "przyganiał kocioł garnkowi".
9. DJ reaguje wyrazami niepublikowanymi w słownikach
10. Navaira z nim zrywa

Tu następuje chwila przerwy, od 5 minut, do 2 dni, po którym to czasie zauważamy, że wszystko fajnie, ale niestety nie umiemy żyć bez siebie, poza tym w ramach odstresowywania jeden gwałtownie łysieje, a drugi ma palpitacje serca.

11. DJ odzywa się do Navairy tonem napuszonej makolągwy
12. Navaira odpowiada tonem chłodno uprzejmej jaszczurki
13. DJ wypuszcza z siebie coś w stylu "ty cholerny egoisto"
14. Navaira odpowiada coś a la "wal się, draniu bez krzty wychowania"

Tu następuje kolejna chwila przerwy, około pół godziny na ogół, po którym to czasie jeden niechcący drugiego przytula, albo mu kładzie rączkę na ramieniu, albo cóś w tym stylu.

15. Tu następuje pogodzenie się po długim burczeniu w stylu "no bo ty to coś tam i ja wtedy coś tam innego i ja pomyślałem, że ty coś tam coś tam", przeprosinach, całusach na zgodę i tym podobnych.

Niestety w tym punkcie na ogół jest niedziela wieczór, a my zmarnowaliśmy cały weekend na żarcie się bez ładu i składu, co gorsza o jakąś pierdołę, bo na ważne tematy mamy to samo zdanie i o ważne się nie żremy.

Uchylę rąbka tajemnicy i wyznam, że ja jestem ten z palpitacjami. Masakryczny zapierdol w pracy pięć tygodni z rzędu, połączony z trzema weekendami kłótni w tym samym okresie, problemami zdrowotnymi w rodzinie i wśród przyjaciół i paroma innymi przyjemnościami zaowocował tym, że jak na ogół potrafię bez problemu kontrolować poziom stresu, tak w tej chwili, niestety, nie potrafię. Odstresowywanie się za pomocą udawania na imprezy i spożywania dużych ilości piwa postanowiliśmy chwilowo zawiesić, bo nie mamy obaj siły na kolejny weekend nieodzywania się do siebie, poza tym nie mam wrażenia, żeby mój organizm akurat tego potrzebował. Wyjazd na dwa tygodnie w tereny zielone nie wchodzi w rachubę, bo, jak wspomniałem, zapierdol. Na siłownię nie mam zwyczajnie siły. Co zrobić, droga Kasiu? I jak przestać kłócić się o pierdoły?

(A może zapytam o to na Forum Kobieta i potem napiszę notkę na heteroblogaska korzystając z otrzymanych odpowiedzi?)

*

PS. W ramach przeszłości, która się co jakiś czas odzywa, jeden taki misiu napisał mi smsa, prosząc uprzejmie o poradę w temacie najlepszych świec do polewania się woskiem podczas seksu. Jako znany ekspert do spraw S/M odpowiadam uprzejmie: duże tealighty z IKEA. (Nie małe, duże, te wielkości 8 cm.) Nie ma za co.
środa, 27 kwietnia 2011
Apolitycznie
Mam takiego przyjaciela, nazwijmy go Zenio, który ma chłopaka, którego nazwiemy Stefcio.

Stefcio traktuje Zenia, generalnie, per noga. Zenio ma być na każde zawołanie Stefcia, kiedy Stefciowi pasuje, wtedy się widzą, a kiedy nie pasuje, wtedy się nie widzą. Zenio ma dopasowywać swój plan do planów Stefcia, nigdy odwrotnie. Stefcio z przyjaciółmi Zenia wychodzić nie lubi, bo jest mało wychodzący, ale kiedy przyjaciele Stefcia zapraszają go na obiad, Zenio nie jest zapraszany. I tak dalej.

Spytany przeze mnie wczoraj Zenio powiedział mi, że absolutnie sobie wyobraża, że za pięć lat będą nadal razem. I tutaj się uwidacznia pewna różnica: otóż ja wcale sobie nie wyobrażam, że za pięć lat będziemy nadal razem z DJem, mimo tego, że DJ mnie traktuje cokolwiek lepiej, niż Stefcio Zenia.

Jakoś tak mam problem z przywyknięciem z powrotem do idei samego siebie w związku. Kiedy spotykałem się z Wikingiem, ba, kiedy się mu oświadczałem, byłem pełen po brzegi chęci do kompromisów, dorosłości, przedkładania interesu związku nad własny prywatny, mówiłem o nas per "my" (my uważamy, my będziemy, my pojawimy się, etc.) i dostałem dzięki temu elegancko po dupie, bo okazało się, że na te wszystkie kompromisy to miałem iść wyłącznie ja, zaś co do Wikinga, udostępniał mi on jedną półkę w szafie i odrobinę miejsca w łazience i nawet to musiałem sobie wywalczyć zębyma i pazuryma.

Jakiś czas temu pożarliśmy się z DJem o coś, mniejsza, o co, bo była to pierdoła (może to i dobrze, że kłócimy się wyłącznie o drobiazgi, bo to znaczy, że na ważne tematy mamy to samo zdanie...) i bardzo elegancko było widać różnicę w moim podejściu do związku: nie myślałem per "my", tylko per "ja", co DJ mi wytknął, kiedy już zaczęliśmy znowu ze sobą rozmawiać. Czy MI to pasuje? Czy JA się z tym dobrze czuję? Czy JA jestem na niego wkurzony? Co JA o tym myślę? Dodatkowo okazało się, że nastąpiła zamiana ról: otóż z Wikingiem to ja dzwoniłem, przepraszałem i łagodziłem, zaś z DJem to on dzwoni, przeprasza i łagodzi, ponieważ gdybyśmy czekali, aż zrobię to ja, to w trakcie oczekiwania umarlibyśmy ze starości.

Martwi mnie nieco myśl, że właśnie w ten sposób Wiking stał się kompletnie skostniałym w swoich obyczajach, niezdolnym do kompromisu i zmiany zdrewniałym tworem: po prostu zależało mu mniej i mniej, był gotów do zmian w coraz mniejszym stopniu, aż elastyczność kompletnie w nim zanikła i już. Droga Kasiu, czy są na to jakieś kremy zwiększające elastyczność? A może wszystkie idealne pary powinny się składać z takiego Zenia i Stefcia i po prostu muszę w pełni zaakceptować swoją stefciowatość i zacząć traktować DJa o wiele gorzej, niż do tej pory?
sobota, 23 kwietnia 2011
Łurazone łucucia łobywatelek i łobywateluf! cz. II
Część druga rozmowy między panem, wójtem i pedałem na temat łobrazonych łucuć łobywatelek i łobywateluf! Dzisiaj w roli głównej występuje polska lewica (TM), tak zwane SLD.

Chyba dla podkreślenia rangi, jaką Sojusz Lewicy Demokratycznej nadaje projektom ustaw o zakazaniu mowy nienawiści oraz zezwoleniu na związki partnerskie, podlascy działacze tej partii (mniejsza o nazwiska, pamięć nie śmietnik) zgodnym chórem wyrazili swoją opinię na temat homoseksualistów. 

Ściślej - poszło o plakaty rozwieszane w ramach akcji "Miłość nie wyklucza". Nie zawisną one w Suwałkach, a to dlatego, że choć tamtejsi działacze są w gruncie rzeczy za obiema ustawami (nie ma to jak dyscyplina, szczególnie partyjna), to jednak stawiają zasadnicze pytanie: "Czy [homoseksualiści] muszą się z tym obnosić w Suwałkach"? 

Jak wiadomo, w Suwałkach nie ma żadnych homoseksualistów, jest to miejsce wyjątkowe na naszym globie, gdzie tacy się zwyczajnie nie rodzą, a nieliczni przyjezdni (nieliczni, bo szczerze sobie powiedzmy, my, homoseksualiści mamy dobry gust i upodobanie do rozrywek i żadnej z tych cech nie zaspokaja nam wyjazd na weekend do Suwałk) mogą się zawsze przez te parę dni nie obnosić. Łoto proste rozwiązanie problemu łobywatelek i łobywateluf!

Politycy SLD-owskiej centrali postawili oczy w słup. Niesłusznie, gdyż lewicowość, prawdziwa i zadekretowana, nie ma nic wspólnego ze stosunkiem do ludzi, którzy z jakiegoś względu są inni. Tak samo zresztą, jak prawicowość, a wiemy to stąd, że w krajach Zachodu całkiem spory odsetek polityków deklaruje otwarty homoseksualizm, co nijak nie kłóci się z oglądem świata silnie konserwatywnym.

No nie ma, ale nie mówimy o krajach Zachodu, tylko o zadupiu Europy, panie Pawle. 

Ja wcale nie mam złudzeń, że w SLD akurat skupiły się osoby tolerancyjne i wrażliwe na krzywdę innych. W SLD skupiły się osoby, które 1) są postkomunistami w wieku 60+ i na temat homoseksualizmu mają do powiedzenia tyle co Leszek Miller i eks-Platformianin Robert Węgrzyn, 2) które miały szwagra w SLD a nie w LPR i dlatego w SLD robią karierę, 3) osoby o poglądach lewicowych w kwestii gospodarczej, a dowolnych innych w kwestiach pozostałych, 4) zwyczajni oportuniści, którym wszystko jedno, jakie głoszą poglądy, byle się dorwać do koryta, oraz 5) Robert Biedroń i profesora Joanna Senyszyn. Z tych wszystkich osób byłbym gotów na jedną nawet zagłosować, czemu nie. Na profesorę Senyszyn. Która jest chyba jedyną osobą w SLD, której wierzę, że jej zależy, że swoje poglądy rzeczywiście posiada i nie zmieni ich, jeśli akurat nadejdzie nieprzychylny wiaterek czy inny Pieronek. Tak poza tym nie wierzę nawet Biedroniowi, bo sam fakt bycia homoseksualistą nie wystarczy mi do poparcia oportunisty-pseudolewicowca, który talent i charakter zastępuje ambicją i parciem na szkło.

Mam też przykrą wadę, mianowicie mimo sklerozy niepozwalającej mi na pamiętanie dat urodzin, godzin spotkań oraz zadań do wykonania w pracy pamiętam jeszcze, jak SLD szło do wyborów z programem nowoczesnej partii lewicowej, po czym te wybory wygrało, po czym przystąpiło z zapałem do realizacji programu partii prawicowo-konserwatywnej. Niespecjalnie widzę powód, dla którego teraz miałoby być inaczej, bo jeden Napieralski wiosny nie czyni (a poza tym nie wzbudza on jakoś we mnie nadmiaru sympatii) i za cholerę nie wierzę w magiczne przemiany, czego dowodem wesołe pomysły suwalskiego SLD.

Pogląd wyrażony zdaniem "Żyj i daj żyć innym" jest doskonale apolityczny, wyznacza podział biegnący w poprzek wszystkich formacji i obozów politycznych. [...] To sprawa o wiele szersza, a przez to tak bardzo polityczna, że aż apolityczna. Przynajmniej nad Wisłą. Wspomnijmy dla przykładu kilku parlamentarnych orłów, akurat prawicowych, i ich wypowiedzi o prezydencie Obamie. Jeśli komuś mało, można odgrzebać komentarze lewicowo-postępowych autorów, którzy raczyli oznajmić, że nie zamierzają stać z petem przed knajpą jak jakiś Murzyn, jeśli wejdzie w życie prawo antynikotynowe. 

Lewicowo-postępowi autorzy o nazwisku Żakowski rzeczywiście się popisali wyjątkowo. Ale w Polsce powyższe zdanie nie brzmi tak, jak je naiwnie przytoczył redaktor Smoleński, tylko "Żyj i daj żyć innym... tak samo". W Polsce chęć do życia w sposób inny niż ten jeden podstawowy wywołuje reakcje od "ale po co się z tym obnosić" do otwartej agresji i nienawiści.

Mam kolegę, cwaniaka-warszawiaka, mieszkającego w moim mieście od ponad ćwierć wieku. Nazywa się Mamadou Diouf i różni się ode mnie kolorem skóry. Opowiadał mi, że jeśli słyszy skina wygrażającego kolorowym, obcym, innym, nie dziwi go nic, bo taka jest praca gościa z łysą głową. Lecz czuje zażenowanie, gdy podobne poglądy wyrażają w ładnych, kulturalnych i niekiedy dowcipnych słowach ludzie, którym tak robić po prostu nie wypada. A wyrażają, bo nie pomyśleli. Albo - co gorsza - tak kulturalnie i elegancko myślą.

Mam to samo, co pan Diouf. To, że ćwok z PiS czy inna Młodzież Wszechgłupia wygłasza pierdoły na mój temat mam w dupie, ponieważ nie spodziewam się po nich niczego innego -- to są ludzie, którzy na poważnie roztrząsają temat antypolskości Miłosza i pasjonują się odpowiedzią na pytanie, czy prezydencki tupolew rozbił się wskutek działania sztucznej mgły rozpylonej przez człowieka-brzozę na polecenie Tuska. Ciutkę gorzej, jeśli robi to suwalskie SLD, ale też przyznam szczerze, że niewiele więcej się spodziewałem, może dyscypliny partyjnej ewentualnie. Ale kiedy Jacek Żakowski dowcipkuje o Murzynach, a sympatyczni komentatorzy mojego bloga piszą mi, że oni są oczywiście tolerancyjni, a ich najlepsi przyjaciele niekiedy wspominają o biseksualizmie, ale coś tam, robi mi się dziwnie. Bo Żakowski powinien być mądrzejszy tak po prostu sam z siebie, a komentatorzy powinni być mądrzejsi, bo znają MNIE.

Mamadou napisał "Małą książkę o rasizmie". Opowiada w niej o uprzedzeniach wynikających z różnych kolorów skóry, ale przypomina, że dyskryminacją równie paskudną jak rasizm jest wytykanie palcem homoseksualistów, ludzi innych religii, starszych, niepełnosprawnych. Skierował ją do dzieci, jakby przeczuwał, że z dorosłymi ciężka sprawa. Przytomny ten Mamadou, nie ma co. Ja jednak zaryzykuję i gotów jestem podarować partyjnej biblioteczce SLD w Suwałkach kilka egzemplarzy książki Dioufa. Pod warunkiem, że będą ją wypożyczać wszystkim, od prawa do lewa, którym może się przydać. 

Oj tam. A pamiętamy Żywą Bibliotekę? 

Projekt "Żywa Biblioteka", oprotestowany - ze względu na udział w nim geja - przez radomskiego radnego PiS Sławomira Adamca, nie odbędzie się w podległej władzom Radomia placówce kulturalnej. Organizatorzy "Biblioteki" szukają innego miejsca dla tego projektu. Jak powiedziała PAP w środę jedna z organizatorek projektu "Żywa Biblioteka" w Radomiu Ewa Niedziałek, w środę szefowa Resursy Obywatelskiej Renata Metzger poprosiła organizatorów o wycofanie z niego osoby homoseksualnej.

Biblioteczka SLD w Suwałkach książkę Dioufa zamknie zapewne gdzieś w sejfie, jako niebezpieczny materiał wywrotowy promujący dewiacje i zachowania homoseksualne. Oraz zachowania czarnoskóre. (Co za pech, że kolor skóry jest taki trudny do zmiany i posłowie PiS nie mogą rozpowszechniać bredni o tym, że Krystian Legierski, Mamadou Diouf i Mike Tyson propagują samym faktem swojego istnienia zachowania czarnoskóre, prawdaż? Biedactwa muszą się ograniczać do opowieści o cywilizacji białego człowieka i złym wpływie Obamy na ową.) Ja natomiast mieszkam w Internetsach i nie jest mnie łatwo zamknąć w sejfie, poprosić o wycofanie mnie z projektu, a sprzeciwy radnego Adamca mam nawet nie w dupie, bo na dostęp do tak intymnej części mego ciała trzeba sobie zasłużyć, tylko w kanalizacji. Tak więc na koniec notki uroczyście oświadczam, że otwieram program Żywy Navaira, w ramach którego można mi zadawać dowolne pytania w komentarzach do tej notki, a ja odpowiem na nie w formie filmiku na Youtube.
czwartek, 14 kwietnia 2011
Łurazone łucucia łobywatelek i łobywateluf!
Łojezusicku jaki przeraz. (Wszystkie artykuły znalazłem w blogu Katarzyny Formeli.)

Grupa Tel-Aviv walcząca o prawa homoseksualistów chce wieszać w Kędzierzynie-Koźlu plakaty propagujące związki tej samej płci. Władze miasta: - No to mamy problem.

Kędzierzyn-Koźle znalazł się na liście 16 miast w Polsce, w których ma zostać przeprowadzona akcja "Miłość nie wyklucza”. […] No to mamy problem - wzdycha Artur Widłak, wiceprezydent Kędzierzyna-Koźla ds. społecznych. - Obojętnie, jaką decyzję byśmy podjęli, to wzbudzi ona wiele kontrowersji. Albo będą protestować mieszkańcy, którym się to nie spodoba, albo organizacje walczące o prawa homoseksualistów.

Widłak zaznacza, że gdyby decyzja w tej sprawie zależała tylko do niego, to nie pozwoliłby na wieszanie takich plakatów. - Nie widzę potrzeby propagowania takich związków, szczególnie w takiej formie - tłumaczy.

Ja nie widzę potrzeby propagowania religii katolickiej, wybitnej urody polskich polityków, publikowania w ogóle jakichkolwiek reklam czegokolwiek, a w szczególności produktów adresowanych do kobiet, gdyż nie jestem kobietą i mnie one nie interesują. Jednak, ku mojemu żalowi, nie jestem dyrektorem całego świata i nie zajmuję się podejmowaniem odgórnych decyzji dotyczących tego, co wolno wieszać, a co nie.

Adam Sadłowski, miejski radny Prawa i Sprawiedliwości jest w ogóle zszokowany tym pomysłem.

- Preferencje seksualne to nie jest jakiś towar, żeby go reklamować na plakatach - uważa Sadłowski. - Nie wyobrażam sobie, żeby w autobusach wisiały zdjęcia przytulających albo całujących się facetów.

Próby wyszukiwania zdjęć radnego Sadłowskiego owocują ciekawymi rezultatami, z których większości nie chciałbym oglądać w autobusach. (Nawiasem mówiąc, radny Sadłowski domaga się, żeby współpracownicy zdejmowali obrączki, aby nie epatować preferencjami seksualnymi, prawda?) Poniżej przykład ESCANDALO zboczonego plakatu z całującymi się facetami. (Czy kogoś zaskakuje to, że radny Sadłowski nie wie o czym mówi?)



Wojciech Szot tłumaczy, że szesnaście polskich miast wybrali w głosowaniu internauci. Wiceprezydent Widłak podejrzewa, że powód może być jednak inny.

- Niedawno wypowiedzią o gejach i lesbijkach podpadł poseł Robert Węgrzyn z Kędzierzyna-Koźla. Może dlatego ci działacze wzięli nas pod lupę? - zastanawia się.

Poseł Węgrzyn się odcina: - Że niby ja tym incydentem sprowadziłem na miasto taką organizację? Nie sądzę.

Nie mówi się "sprowadziłem na miasto organizację", tylko "sprowadziłem na miasto plagę i zarazę".

Czas na Inowrocław, gdzie roi się prezes Iwański:

Trudności zaczęły się już w Inowrocławiu, gdzie organizatorzy MNW chcieli umieścić plakaty w komunikacji miejskiej. Szef firmy zarządzającej nośnikami reklamowymi Ireneusz Iwański powiedział Gazecie Wyborczej: Społeczeństwo nie jest gotowe na oglądanie takich plakatów.



ESCANDALO -- mam nadzieję, że społeczeństwo nie zajrzy na mojego bloga…

Ludzie zniszczyliby je, połamali ramki.

…bo mi przeca połamie ramki. (Wandale w tym Inowrocławiu mieszkają, u nas w Amsterdamie nikt nie łamie ramek.)

A moja firma poniosłaby straty. Wolałbym, żeby akcje uczyły młodzież ustępowania miejsca w autobusach. I nie namówi mnie pan, żebym publicznie się wypowiedział, co sądzę o treści tych plakatów.

No panie prezesie, pan się wypowie o treści, strasznie jesteśmy ciekawi i totalnie przekonani, że pan te plakaty widział.

Prezes inowrocławskiego MPK Mariusz Kuszel dodał, że "Publiczne propagowanie takich scen nie jest właściwe."

TAKIE SCENY



Plakaty (w formie ogłoszenia) zamieściła gazeta lokalna „Kurier Inowrocławski”, nie robiąc żadnych przeszkód.

Bo tam pewnie pracuje jedyny gej w mieście.

Nie lepiej jest w Suwałkach, gdzie organizatorzy, starając się wyważyć koszty i widoczność kampanii, nastawili się na słupy ogłoszeniowe. Tymi zarządza Zakład Usług Komunalnych, a jego dyrektor Tomasz Łazarski zapowiedział: Regulamin zabrania umieszczania plakatów, których treść mogłaby naruszyć cudze uczucia. Suwalczanie to w 90 procentach katolicy. Na pewno poczuliby się dotknięci.

Poniżej, zboczone plakaty urażające uczucia Suwałczan-katolików.


Poważnie, Suwałczanie-katolicy, tak wam łatwo urazić uczucia? Wystarczy istnieć i stać w pobliżu siebie? Objąć się w pasie? Muszę wam powiedzieć w zaufaniu, że brzmicie, jakbyście cierpieli na jakiś rodzaj niezrównoważenia psychicznego, jeśli widok obejmującej się pary, w pełni ubranej w przeraźliwie nudne ciuchy, na wszelki wypadek z długimi rękawami ŻEBY NIE BYŁO GOŁEGO ŁOKCIA wam uraża uczucia.

Tylko sprawdzę dla pewności. Para objętych dziewcząt wam uraża, tak? A to poniżej wam nie uraża, robaczki? (Żeby nie było, że manipuluję, obwieszczam uroczyście i obłudnie, że te plakaty wywiesili katolicy z Poznania.)




Wiecie co, katolicy? Wy się leczcie. I miejcie nadzieję, że mnie po drodze nie spotkacie, bo ja na ogół noszę krótkie rękawy, zobaczycie homo-łokieć i trauma murowana.
czwartek, 07 kwietnia 2011
Strachliwe jest życie staruszka
Poprzedni post brzmi trochę, jakbym spoglądał z góry na maluczkich, z pobłażaniem klepiąc ich po główce, ponieważ nie mają szans osiągnąć tak niezwykłego poziomu wyzwolenia i odwagi, jak ja. Żeby nie było tak różowo, dzisiaj przyznam się, czego się boję.

Najbardziej boję się chorób. Fajnie jest być sobie kreatywnym imprezowiczem bez zobowiązań. Nieco trudniej jest być kreatywnym imprezowiczem z rakiem płuc, na przykład. Albo ze stwardnieniem rozsianym. Albo z nadciśnieniem. Albo… Jakiś czas temu udało mi się chorować cztery razy w ciągu trzech miesięcy -- przeziębienie, infekcja błędnika, grypa i znowu przeziębienie -- i zaniepokoiło to zarówno mnie, jak i mojego lekarza na tyle, że przetestował mnie na okoliczność WSZYSTKIEGO, od HIV przez cukrzycę, nerki, tarczycę, białe ciałka aż do białka w moczu i właściwie wszystkiego, co mu się udało pozaznaczać na formularzu. Pielęgniarka, przekazująca mi wyniki, powiedziała: "jest pan wyjątkowo zdrowym człowiekiem… no, oprócz tego, że jest pan chory, rzecz jasna". Bardzo mnie ucieszyła, psia noga…

Boję się trochę amsterdamskiego środowiska gejowskiego, które, ujmijmy to delikatnie, jest takie troszkę niepodobne do warszawskiego. Pogląd, że można by w ogóle chcieć być w monogamicznym związku wielu ludzi zaskakuje i należy się z niego tłumaczyć. Odpowiedzenie na "cześć" w oczach wielu ludzi oznacza, że chcemy z nimi uprawiać seks. Narkotyki są do tego stopnia na porządku dziennym, że jeśli ktoś przypadkiem ich nie używa, też się musi z tego tłumaczyć. Ja bardzo lubię panującą tutaj nadal (pomimo rządów koalicji chrześcijańsko-faszystowsko-korwinistycznej) atmosferę wolności, ale nie lubię być rozliczany z tego, czy aby jestem wystarczająco liberalny i czy aby na pewno korzystam z życia w wystarczającym stopniu i nie zaniżam średniej. Dla mnie wolność polega na tym, że pewne rzeczy MOGĘ wybrać, a nie MUSZĘ. (Mówiłem już, że w Polsce jestem na lewo od zdziczałych lewaków-anarchistów, a w Holandii jestem konserwatywnym centrowcem?) A jeszcze w tym środowisku są tacy, którym się nie podoba, jak komuś jest za dobrze…

Co do wierności i monogamii jeszcze: zanim spotkałem DJa żyłem, hm, pełną piersią. Po czym pożegnałem przeszłość uprzejmie i poprosiłem, żeby raczej nie dzwoniła. Przeszłość niestety nie pogodziła się z tym tak do końca i co jakiś czas obłudnie się upewnia, czy aby na pewno wszystko dobrze w moim związku. Bo gdyby nie, to przeszłość chętnie by mi użyczyła ramienia (i innych części ciała) do przytulenia i masażu z happy endingiem. A ja co jakiś czas się obawiam, że wpadniemy na przeszłość na imprezie, przeszłość zacznie się za bardzo przymilać, DJa trafi szlag, a na koniec ktoś dostanie po mordzie. (DJ też ma przeszłość, ale zdecydowanie mniej rozwydrzoną, po części dlatego, że ja singlowałem sobie przez osiem miesięcy, a on trzy.)

Boję się codziennie rano jazdy na rowerze, zwłaszcza od kiedy miałem swój pierwszy i jak do tej pory jedyny wypadek. Ja jeżdżę W MIARĘ ostrożnie, ale stanowię wyjątek. Większość rowerzystów nie staje na czerwonym świetle, nie rozgląda się, podczas jazdy pije kawę, wysyła SMSy, rozmawia przez telefon, widziałem takiego, co czytał gazetę, drugi zaś golił się golarką elektryczną. Sytuacje grożące śmiercią przydarzają mi się średnio 3 razy w tygodniu i poniekąd już do nich przywykłem, ale nie mogę jakoś odgonić myśli, że właściwie wystarczy tylko jedna taka sytuacja, której nie zdołam uniknąć -- ot, jedna pani z telefonem komórkowym nie zwróci uwagę przy zakręcie, czy ktoś koło niej nie jedzie -- i resztę życia spędzę na wózku inwalidzkim. A ta opcja też mi się średnio podoba.

Boję się utraty pracy. Jakoś tak się składa, że posiadanie kredytu na mieszkanie powoduje, że człowiek ma mniejszą ochotę na gwałtowne ruchy, mniej się przejmuje problemami z szefem, czy też różnymi pierdołami typu "moja wizja artystyczna nie do końca się pokrywa z profilem firmy". Nie jest tak, że utrata pracy mi grozi w jakiejkolwiek perspektywie, po prostu, no, wiecie. Kryzys jest…

Żadnej z tych rzeczy nie boję się paraliżująco, ot, takie tam drobiazgi, które czasami się narzucają naszym myślom, czy chcemy, czy nie. 
środa, 06 kwietnia 2011
Wesołe jest życie staruszka
Moje życie zaczęło się po trzydziestce.

Okres 26-28 to były dwa lata z depresją. Nie wspominam tego okresu nadzwyczaj dobrze i na tym poprzestańmy. Kiedy miałem lat 29, wyszedłem z depresji, ale za to spędziłem rok na obsesyjnym myśleniu, że niedługo osiągnę 30 i będę wtedy stary i obleśny. (Wzięło mi się to z jedynego odcinka Queer As Folk, który obejrzałem, a w którym bohater narzekał, że gej po trzydziestce jest praktycznie martwy i jego życie się kończy. Bohater, poza tym, był antypatycznym, obleśnym typem i naprawdę nie rozumiem, czemu jego słowa aż tak zapadły mi w pamięć.)

Ujmijmy to delikatnie -- bohater nie miał racji.

Moje życie tak naprawdę powoli zaczęło się rozkręcać po trzydziestce. Zacząłem budować znajomości i przyjaźnie w Amsterdamie -- to prawda, że odbudowywanie struktury społecznej w nowym kraju trwa około pięciu lat, chociażby dlatego, że naprawdę bliskiej przyjaźni nie da się zbudować w ciągu kilku miesięcy. Kupiłem mieszkanie. Zacząłem prowadzić nieco bardziej ożywione życie nocne, dokonawszy odkrycia Ameryki w konserwach iż życie nocne w Amsterdamie wygląda nieco inaczej niż w Warszawie, wliczając w to podróże autobusem nocnym zastąpione podróżami na rowerze lub przyjemnymi spacerami, oraz osoby, które można napotkać podczas prowadzenia życia nocnego. Odkryłem również, że najwyraźniej nie jestem jeszcze aż tak stary i obleśny, jak sugerowałyby słowa pana z QAF. (Pewną wskazówką były gromady facetów, potykających się o własne nogi i wyznających mi gorące, acz nieodwzajemnione, uczucia.)

Po trzydziestce udało mi się również zakończyć psychoterapię, dzięki której z mojego życia zniknęła cała masa ograniczeń, mieszkających wyłącznie w mojej głowie. Okazało się, że wrażenie, że jestem nieśmiały było mylne. Podobnie było z odczuciem, że marokańscy chłopcy na ulicach wiedzą, że jestem gejem -- przy czym to uczucie nie zniknęło, tylko raczej zostało dopełnione dodatkiem "ale nawet jeśli, to co z tego?" Ogólnie rzecz biorąc, przestałem się bać różnych rzeczy, wliczając w to obawę przed samotnością, ponieważ przez osiem miesięcy używałem sobie samotności, chociaż lepszym słowem będzie zapewne "singielstwa" i szalenie mi się to podobało.

Kiedy poznałem Wikinga, bardzo chciałem się ustatkować, Wiking zaś, wraz ze swoim poukładanym życiem wydał mi się do tego doskonałym kandydatem. Nie przyszło mi do głowy, że jeśli ktoś ma aż TAK poukładane życie w samotności, to być może nie pozostało już w nim miejsca na drugą osobę. Kiedy Wiking zaczął dociskać mnie kolanem w jednej jedynej szufladce, w której zostało mu troszkę przestrzeni między zakurzonymi portretami rodzinnymi a zestawem srebrnych sztućców, nie pozostało mi nic innego niż uznać, że związek to piękna rzecz, ale jednak nie za każdą cenę, a kompromis powinien polegać na tym, że ustępują obie strony, a nie tylko ja.

Kiedy poznałem DJa, po pierwsze w ogóle się nie spodziewałem, że zobaczymy się więcej niż raz. Po drugie, w zasadzie to już dojrzałem do tego, żeby znaleźć kogoś na dłużej, ale nie bardzo wiedziałem, jak się do tego zabrać i w zasadzie to planowałem najpierw zrobić kilka miesięcy przerwy. A po trzecie, jak wspomniałem, bardzo przyjemnie mi się singlowało, z wyjątkiem chwil -- które oczywiście się pojawiały, bo nie jestem zrobiony z drewna -- kiedy brakowało mi zwyczajnie kogoś, do kogo mógłbym się przytulić, obejrzeć razem wieczorem nudny film, a potem usnąć na kanapie w jego ramionach. A teraz powoli dobiegamy do trzech miesięcy, ja również powoli zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że to może być coś więcej, niż przelotny romans i ogólnie jest ciekawie.

DJ wprowadził w moje życie mnóstwo chaosu, ekscytacji, nieporządku i zabawy. W odróżnieniu od Wikinga, który wszystko miał zaplanowane ze szczegółami i należał do ludzi, którzy pewnych rzeczy nie robią, bo uważają, że nie powinni (zupełnie jak ja dwa lata temu), DJ za planowaniem nie przepada, robi wszystko, co mu strzeli do głowy, niczego się nie boi, niczym nie przejmuje i ogólnie rzecz biorąc jest człowiekiem, który w ograniczenia nie wierzy. W związku z tym potrafi czasami być męczący, ale raczej w związku z przedawkowaniem doskonałej zabawy niż z własnymi kompleksami lub niechęcią do czegokolwiek innego niż tylko działania powszechnie aprobowane. Ja zaś czasami mam wrażenie, że budzę się po trzech godzinach snu na pędzącym rollercoasterze, czasami zaś, że muszę go potwornie nudzić -- niemniej jednak jeśli tak jest, to DJ doskonale to ukrywa, a mi nie przeszkadza to cieszyć się tym, co mam dzisiaj. Bo jak mi udowodnił casus Wikinga miłości nie można zaplanować, wybrać odpowiedniego obiektu na podstawie listy kryteriów i punktacji w skali 0-100 i żyć z nim długo i szczęśliwie. Za to można przypadkiem wpaść na kogoś kompletnie do nas z żadnej strony niepodobnego i spędzać z nim tyle czasu, ile tylko się da, ciesząc się każdą chwilą.
piątek, 18 marca 2011
Wiosna, ach, to ty, lampucero jedna
Nadeszła wiosna.

W sumie to interesujące, że po temperaturach ciężko to właściwie poznać, bo pogoda jest teoretycznie taka sama, jaka była miesiąc temu, 6 stopni i słońce zza chmur. A jednak odczucie jest zupełnie inne. Powietrze pachnie inaczej. Słońce inaczej świeci. Nawet lodowaty wiatr inaczej mrozi uda podczas jazdy na rowerze.

W związku z tym mam straszne doły.

To niestety wydaje się być związane z wiekiem. Pięć lat temu wiosna działała na mnie niewiarygodnie ożywczo, pobudzająco i wzbudzała we mnie chęć do życia, miłości i innych tego typu zachowań. Teraz zaś wiosna wpędza mnie w stany depresyjne z tendencją do dwubiegunowości. Pewnym ułatwieniem jest fakt, że jestem tego świadom i nie przerażam się już, co też się dzieje, tylko czekam, zgrzytając zębami, aż mi przejdzie.

W każdym razie wczoraj wybraliśmy się na koncert Kylie Minogue w składzie: ja z dołem; DJ w humorze zgryźliwym; jeden taki eks-friend-with-benefits-currently-friend-without-benefits zakochany we mnie bez wzajemności; kolega homo, któremu chyba po pięciu latach związku na odległość zaczyna się trochę nudzić; kolega hetero w trakcie nader wydłużającego się zrywania ze swoją dziewczyną, która raz chce być ze swoim chłopakiem, z którym chciałaby mieć dziecko, raz z moim kolegą, który dzieci nie chce; oraz kolega hetero numer dwa, który na szczęście z nikim nie zrywał, w nikim z obecnych nie był zakochany i w ten sposób dostarczał miłej emocjonalnej stabilności. W ten sposób w hali było dwóch mężczyzn hetero, jakieś 1000 dziewcząt, resztę stanowili wszyscy geje z Amsterdamu. Więcej moich eksów na szczęście nie spotkałem, ale i tak konfiguracja była interesująca i dostarczająca wielu powodów do niepokoju, dołów, złośliwych żartów, słów, których możnaby potem żałować -- i to, że wszyscy wróciliśmy w jednym kawałku, nikt z nikim się nie rozstał, nie zamordował i nie zadawał ran kłuto-szarpanych naprawdę mnie zaskakuje.

Podczas gdy 80% mnie skakało i śpiewało (śpiewałem tylko te piosenki, które znam, czyli wszystkie), 20% obserwowało własne reakcje i zachowania z zainteresowaniem. To, że moje emocje potrafią w tym okresie wiosennym szaleć, jest mi wiadome, toteż po prostu przyglądam się im chłodnym okiem badacza i NIE podejmuję żadnych decyzji. Niemniej jednak nie lubię jakoś przedwiośnia pod tym kątem. Najdrobniejsze słówko, ba -- brak słówka przez CAŁE DZIESIĘĆ MINUT potrafi spowodować fruwanie pod chmurkami, potworną deprechę, chęć natychmiastowego wzięcia ślubu, chęć natychmiastowego rozstania… Przysięgam, że pięć lat temu byłem tak ogólnie bardziej emocjonalny, a na wiosnę mniej. Teraz przez większość czasu jestem chłodny i opanowany, a na wiosnę mi odbija.

Czy to tylko ja, czy Wy też tak macie, drogie i drodzy?
poniedziałek, 14 marca 2011
Pierwsze koty za płoty
W piątek wieczorem nadużyliśmy z DJem (i paroma innymi osobami) troszkę produktów polskiego przemysłu gorzelniczego, po czym któryś czegoś nie zrozumiał i w rezultacie rozstaliśmy się pokłóceni o pierdołę.

Godzinę potem padły słowa cięższe, niż byśmy obaj chcieli (produkty przemysłu nie wywietrzały jeszcze z głów). Zasnąłem wściekły, obudziłem się zirytowany 6 godzin później i właściwie od razu przystąpiliśmy do sprzeczania się dalej. Aż DJ zakończył stwierdzeniem, że "nie czuje teraz za wiele miłości i współczucia". Ja też nie czułem zbyt wiele, głównie czułem wkurzenie i irytację. (Oraz ból głowy.)

Błyskawicznie pojawiły się w głowie myśli o zerwaniu. Bo ja jestem z tych, co właściwie lubili być singlami. Tak więc błyskawicznie pomyślało mi się: czy ja aby na pewno potrzebuję takich spięć o drobiazgi? Wielkiego teh drama na punkcie nieporozumienia? Nie byłem przecież jednym z tych singli, co pani ze stowarzyszenia Połówki Pomarańczy, która biadoli, że 

"Wciąż trudno wyznać przed obcymi, że jest się singlem, bo to w wielu środowiskach wstydliwy temat. To trochę tak, jak w przypadku homoseksualistów. A może nawet gorzej".

 (A żeby pani wiedziała, pani Katarzyno, jak to trudno być singlem homoseksualistą. Prawie tak trudno, jak panią Katarzyną, sądząc po skali biadolenia.)

Pani Katarzyna dalej hamletyzuje: 

"[Ludzie, mówiąc singiel, widzą...] "Na przykład Kubę Wojewódzkiego". Czyli singla hedonistę, który jest sam dla wygody, bo ucieka od odpowiedzialności, ma dużo czasu i pieniędzy, pije na umór i korzysta z życia. Jeździ ferrari, mieszka w penthousie, zarabia miliony i nic go nie obchodzi." 

Tak tak, pani Katarzyno, wszyscy single jeżdżą ferrari, dlatego w Polsce ferrari ma 500 przedstawicielstw i sprzedaje 10000 samochodów miesięcznie. Właściwie ludzie rozważają przejście na porsche, bo w każdym bloku pięciu singli ma ferrari i to się nudne robi.

Ale ja widzę, iż coraz więcej osób deklaruje, że wybrało bycie singlem z własnej woli. Bo wolą być sami, niż iść na kompromis, łącząc się z osobą, która nie do końca im odpowiada w myśl zasady: albo książę z bajki, albo nikt! No i mogą robić co chcą. Wyjechać na Antypody, nie sprzątać w domu, nie martwić się o jutro. Kłamią? 

- Ja też słyszę coraz więcej takich deklaracji. Ale ja się takim singlom też naprzyglądałam i wiem, jak z tymi deklaracjami bywa. Gdy tylko pojawi się właściwa osoba, deklaracje idą w zapomnienie. Chyba jednak w każdym człowieku jest potrzeba bycia z kimś. I widzę, że z wiekiem jest ona coraz większa.

Przykre, kiedy założycielka stowarzyszenia dla singli nie rozumie, na czym polega bycie singlem. Oczywiście, że gdy pojawi się właściwa osoba, deklaracje idą w zapomnienie, rzecz w tym, że osoba, której naprawdę dobrze z singlowaniem nie leci na pierwsze, co się nawinie tylko po to, żeby wreszcie kogoś mieć. Nie jęczy, że mujborze jaka jestem cierpiąca, gdyż nawet nie mam ferrari. No i standardowy problem jęczydusz-pseudosingli: pani Katarzyna nie ma z kim pojechać na wakacje. Ja bywałem na wakacjach jako singiel. Z przyjaciółmi. Ale ja nie spędzam całego czasu na narzekaniu, jak okropne jest moje życie, które to narzekanie być może ma wpływ na małą ilość przyjaciół chcących spędzać czas z panią Katarzyną...

Ale wróćmy do tematu osoby, dzięki której chwilowo nie muszę się zapisywać do klubu "Połówki Pomarańczy"... Za czasów Wikinga to ja bym zaczął dzwonić i przepraszać, rozumując tak: nasz związek jest wart więcej niż moja duma, niż to, kto konkretnie kogo nie zrozumiał i nie dopowiedział. Ale czasy Wikinga się skończyły, po części dlatego, że ustaliła się między nami relacja, w której to zawsze ja przepraszam, niezależnie od tego, kto jest winien. Tym razem zaciąłem się w drugą stronę: nie interesuje mnie, kto kogo nie zrozumiał, nie podoba mi się reakcja, zaczekam, aż się zmieni. A jak się nie zmieni, to ja wysiadam. Bo miłość piękna rzecz i w ogóle, ale jeśli tak wygląda reakcja na spięcie o pierdołę, to ja nie chcę czekać, aż przyjdzie czas pokłócić się, na przykład, o kredyt na mieszkanie...

Dwie godziny potrwało, zanim nadszedł sms: przepraszam, przesadziłem, właściwie nie wiem, czemu tak się zdenerwowałem, przecież to rzeczywiście drobiazg. Na co ja odpisałem: przepraszam również, nie chciałem Cię urazić nawet drobiazgiem, przykro mi, że tak wyszło. A potem wróciliśmy do standardowej komunikacji pod tytułem "kocham Cię mój mały słodki tygrysku".

Pierwsze koty za płoty. :)
piątek, 11 marca 2011
Nie dorosnę!
Niedawno dokonałem odkrycia Ameryki w konserwach, które wstrząsnęło mym jestestwem, a mianowicie pojąłem, na czym właściwie polega różnica między życiem geja, a heteryka.

Najpierw tak naprawdę dokonałem pododkrycia. Odnotowałem mianowicie, iż 10 lat temu większość moich znajomych stanowiły osoby hetero, w parach i lu-lu-luzem, niektóre w związkach zalegalizowanych, a niektóre nie. Gejów wśród znajomych miałem dosłownie kilku, a lesbijki raptem dwie. I było mi z tym bardzo dobrze, spotykałem się z moimi heteroznajomymi, robiliśmy razem różne ciekawe rzeczy, wychodziliśmy do klubów, graliśmy w brydża i ogólnie było super.

I tak sobie mijały lata, aż nagle odkryłem, że proporcje dokładnie się odwróciły. Mam mnóstwo znajomych homoseksualistów i trochę heteroseksualistów. Homo są w parach i lu-lu-luzem, niektórzy w związkach zalegalizowanych, a niektórzy nie. Zaś heteroseksualiści, którzy pozostali w moim kręgu społecznym są albo ode mnie młodsi, albo są singlami, albo zdeterminowani, aby uniknąć tego wyznacznika dorosłości, który mi zwyczajnie nie grozi: posiadania dzieci.

Wychowany w heteroseksualnej rodzinie, w heteroseksualnym kraju, zindoktrynowany heteroseksualną telewizją całe życie, jak do tej pory, spędziłem w przekonaniu, że w młodości czas się bawić, a potem należy dorosnąć. Co konkretnie oznaczało 'dorośnięcie' jakoś się nie zastanawiałem, czując, że samo przyjdzie i jak już będę dorosły, to poczuję, że o, proszę, dorosłem. W pewnym stopniu nawet poczułem -- odkryłem pierwszy siwy włos w szacownym wieku lat 24, pojawiły się różne dziwne problemy zdrowotne, typu kontuzji kolana, których już nigdy się nie pozbędę, co w nader dobitny sposób uświadomiło mi moją śmiertelność… aż parę dni temu zrozumiałem wreszcie, że ja wcale nie muszę dorastać.

Dorastanie jest czymś, co robią ludzie, którzy mają dzieci. Widzę po swoim bracie, młodszym ode mnie zresztą o siedem lat -- pracuje, po pracy wraca do domu, żona w ciąży, żadne z nich nie wpada na pomysły wypadów do klubów, radosnych pijatyk do rana, nie siedzi do drugiej w nocy dłubiąc remiks Annie Lennox. Mają zajęcia dorosłych ludzi, a w wolnej chwili ledwie zipią, bo zajęcia dorosłych ludzi są nieco wykańczające. Tymczasem ja pracuję sobie 4-5 dni w tygodniu (aktualnie 5, bo byłem chory cztery razy w ciągu dwóch miesięcy i trzeba to ponadrabiać), wieczorami zaś bywam, odwiedzam, kreuję, spożywam oraz tańczę, tańczę, tańczę korzystając z tego, że wreszcie mam chłopaka, który tańczyć potrafi i lubi.

Najpierw czułem się nieswojo z tym, że nie mam za bardzo o czym rozmawiać z moją koleżanką z biurka obok, której zakres tematów rozciąga się od wyboru żłobka, przez choroby wieku dziecięcego aż do imprezy urodzinowej jej córeczki. Potem zacząłem zauważać, żę kolejni moi znajomi "dorastają" w ten właśnie sposób. A potem zrozumiałem, że po pierwsze primo, zapewne nigdy w ten sposób nie dorosnę, a po drugie primo, że nie mam takiego obowiązku. Że rację ma Izabella Filipiak, gdy stwierdza: „Ze zdziwieniem słucham dyskusji na temat, czy geje i lesbijki powinni wychowywać dzieci. A chcą je mieć? Poważnie? To przepraszam, bo zawsze myślałam, że Bóg obdarzył człowieka homoseksualizmem po to, żeby człowiek mógł się naturalnie poświęcić studiom, lekturom, podróżom i tworzeniu rzeczy pięknych”.

Moje zdanie na temat adopcji przez pary homoseksualne jest znane szeroko, ale chętnie się powtórzę: jak najbardziej. Nieważne, jaka jest orientacja seksualna rodziców, ważne, czy dziecko kochają; każda para kochających się ludzi jest w stanie dać dziecku milion razy więcej, niż wychowawcy w domu dziecka. Osoby, które odmawiają parom homoseksualnym prawa do adopcji kierują się zwyczajną homofobią; nie tylko rzut kamieniem w pedała jest homofobią, jest nią każda różnica w traktowaniu osób homoseksualnych i heteroseksualnych wyłącznie ze względu na orientację. Przypominam też, że mieszkam w kraju, w którym gdybym chciał adoptować dziecko, to na przeszkodzie stałoby tylko to, że nie mam jeszcze paszportu. Mogę o takowy wystąpić, jeśli będzie mi się chciało, we wrześniu. (Pewnie mi się nie będzie chciało.) Ale…

…nie muszę. Nie mam rodziny, która dudniłaby mi za uszami, że czas już na dzieci. Nie cyka mi zegar biologiczny. Nie grozi mi ciąża niechciana. I nie mam nadmiaru uczuć rodzicielskich. Dzieci lubię, czemu nie, zwłaszcza małe, są fajne i w ogóle, ale wolę, kiedy to nie ja, tylko ktoś inny musi do nich wstawać w nocy, zmieniać pieluchy i tak dalej. Poza tym strasznie nie lubię dzieci w wieku 10-15, kiedy są pryszczate, bawią się w dręczenie zwierzątek, palą papierosy w toalecie i ogólnie są nie do zniesienia. A poza tym, to właśnie skończyłem nagrywać płytę, piszę książkę, nadrabiam zaległości w tańcu i bardzo mi z tym dobrze…

Mam wrażenie, że tą notką narażam się w zasadzie wszystkim. Połowa czytelników napisze mi, że ich najlepsi przyjaciele są homo, ale adopcja to nie, bo przecież to zboczeńcy i molestanci. Druga połowa, że jestem niedorosłym dzieciuchem, który nie rozumie, na czym polega prawdziwe życie. Trzecia połowa, że to wcale nieprawda, że po urodzeniu dziecka mówi się tylko o tym, bo przecież oni znają jedną osobę, która ma dziecko i ciągle znajduje czas na oglądanie "Klanu". Czwarta połowa… i tak dalej.

A może ktoś się nie obrazi i zrozumie, co mam na myśli?