niedziela, 12 lutego 2012
Whitney.
Whitney Houston nie żyje.

Whitney bardzo długo zmagała się z uzależnieniem od narkotyków. Kilka razy znalazła się na odwyku. Zniszczyła swój głos; zniszczyła urodę; zniszczyła karierę; zniszczyła swoje życie. Nie tak miało wyglądać życie tej pięknej, niezwykle utalentowanej piosenkarki; nie "I Look To You" miało być jej ostatnim albumem; jej ostatnim występem nie miało być fałszywie zaśpiewane "Jesus Loves Me", a ostatnią trasą -- "Nothing But Love" z fanami wychodzącymi w połowie koncertu.

Oczywiście, jak zwykle w takich wypadkach, pojawia się mnóstwo głosów ignorantów, którzy wiedzą NAJLEPIEJ, że to wszystko była jej własna wina, że sama chciała, że gópia była i tyle i gdyby (w domyśle -- jak oni sami) nie ruszała żadnych używek, to by było super. Żaden z tych ignorantów nie zastanawia się nad tym, dlaczego Whitney sięgnęła po narkotyki po raz pierwszy, drugi i tysiąc pięćsetny. Nie zastanawia się, dlaczego mimo ponawianych prób nie udało jej się z nimi zerwać. A przecież miała miliony powodów; 200 milionów, dokładnie, bo tyle płyt sprzedała na świecie.

Pod spodem repost mojego wpisu na temat Amy Winehouse. Mam nadzieję, że za kilka miesięcy, czy lat nie będę musiał tego wpisu wrzucać po raz kolejny z okazji śmierci George'a Michaela.

*

Ze smutkiem obserwuję komentarze po śmierci Amy Winehouse. Prawie każdy ma na ten temat coś do powiedzenia. Większość nie wie, o czym mówi. 

Ignorancja na temat narkotyków i ogólnie uzależnień jest niezwykle powszechna; o wiele bardziej, niż same narkotyki, czy wiedza o nich. Najczęściej prezentowane są dwa poglądy: 1. narkotyki to natychmiastowe uzależnienie, śmierć w rynsztoku i Amy sama sobie zasłużyła, oraz 2. całe to gadanie o szkodliwości narkotyków to brednie wyssane z palca przez katolicką prawicę, w rzeczywistości wystarczy uważać i się nie uzależni, najwyraźniej Amy po prostu nie uważała i już. 

Pogląd pierwszy prezentowany jest często przez osoby, które nasłuchały się szkodliwych kłamstw rozpowszechnianych często przez lekarzy, polityków i inne osoby, które powinny mieć na tyle rozumu, żeby nie traktować swoich słuchaczy jak idiotów. Szkodliwe kłamstwa są dwa. Pierwsze: wszystkie narkotyki są równie groźne i równie uzależniające. Drugie: każdy, kto eksperymentuje z marihuaną musi skończyć na ulicy jako bezdomny uzależniony od heroiny. Tymczasem nastolatki widzą, że ich znajomi od lat palą ziele, prowadzą normalne życie, nie uzależniają się -- a przynajmniej nie tak, żeby to było widać na zewnątrz -- i nie sięgają po cięższe substancje. 

Rezultatem polityki straszenia narkotykami i zrównywania twardych z miękkimi jest paradoksalnie zobojętnienie -- skoro gadanie o uzależniającej marihuanie to gówno prawda, to pewnie gadanie o uzależniającym cracku też. Stąd biorą się osoby z drugiej grupy: ci, którzy twierdzą, że narkotyki wcale nie są szkodliwe i po prostu trzeba uważać. Tyle, że uważać można z marihuaną (uwaga na marginesie: od niej też się da uzależnić!), albo z alkoholem. Z crackiem nie da się uważać, bo potrafi uzależnić od pierwszego zażycia, że nie wspomnę o substancjach, które potrafią od razu zabić. Odwykówki i cmentarze pełne są tych, co uważali, albo po prostu byli przekonani, że uzależnienie to coś, co zdarza się innym.



Uzależnienie jest chorobą o bardzo skomplikowanym tle i powodach. Ludzie, prowadzący szczęśliwe i spełnione życie nader rzadko czują potrzebę umilania go sobie paleniem cracku lub wstrzykiwania sobie w żyłę kompotu. Owszem, rację mają ci, którzy mówią, że Amy przecież wiedziała, że narkotyki są szkodliwe, zanim wzięła je po raz pierwszy; nie jest to wiedza tajemna, dostępna wyłącznie wybrańcom. Tyle, że po pierwsze Amy zapewne miała w otoczeniu dużo osób, które jej wciskały, że "po prostu trzeba uważać" -- chociażby Pete Doherty czy Blake Fielder-Civil, żeby nie szukać za daleko -- a po drugie, osobowość podatna na uzależnienie nie myśli o tym, że zażywanie heroiny może skończyć się śmiercią. Źle, wróć -- może i myśli, ale albo uważa się za nieśmiertelną, albo nie postrzega swojego życia jako rzeczy na tyle ważnej, żeby należało je chronić. 

Wypowiadam się mądrze i uczenie z własnego doświadczenia, ponieważ tak się składa, że w pewnym okresie swojego życia byłem uzależniony psychicznie od alkoholu. Był to pierwszy rok mojej depresji, kiedy jeszcze nie leczyłem się i nie prowadziłem terapii; kiedy wmawiałem sobie, że pewnie mi się tylko zdaje, że po prostu szukam atencji, że jestem głupi, bezwartościowy i nie zasługuję, żeby się czuć lepiej. Jedynym sposobem poczucia się lepiej, jaki w tym czasie przychodził mi do głowy było picie. Najpierw -- piwo, dwa dziennie. Potem -- trzy, cztery piwa na pusty żołądek. Potem -- butelka wina. Potem -- litr "Grzańca Galicyjskiego" (w tym czasie 16-18% alkoholu) dziennie. 

Kac i sensacje żołądkowe były dla mnie wtedy codziennością. Budziłem się rano z obrzydliwym smakiem przetrawionego alkoholu w ustach; biorąc poranny prysznic smagałem samego siebie myślami, że jestem obrzydliwym, nic nie wartym pijakiem, że muszę przestać, że normalni ludzie się tak nie zachowują. A potem szedłem do sklepu (wybierając różne sklepy, żeby w żadnym nie rzucić się przesadnie w oczy) i kupowałem więcej alkoholu, ponieważ -- w dużym stopniu wskutek picia poprzedniego dnia -- czułem się tak strasznie źle i tak cierpiałem, że nie obchodziło mnie, czy wyląduję w rynsztoku, czy zapiję się na śmierć i co na to powie moja uszkodzona przez żółtaczkę wątroba, ponieważ i tak jedyną alternatywą, jaką widziałem było samobójstwo. Bardzo długo zajęło mi zrozumienie, że alternatywą było również poszukanie pomocy lekarskiej i psychoterapia. Oczywiście WIEDZIAŁEM, że tak jest. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego mimo posiadania jakiejś wiedzy ludzki umysł często odmawia przyjęcia jej do wiadomości. Być może nie uważałem, że jestem wart zawracania pierdołami (tzn. sobą) głowy terapeucie, czy lekarzowi. 



Nie mieszkałem w głowie Amy Winehouse i nie potrafię powiedzieć, co myślała i co czuła. Mimo buńczucznego "they tried to make me go to rehab, I said no no no" Amy wiele razy rozpoczynała kuracje odwykowe, które przerywała po piętnastu minutach, kilku dniach, czy tygodniu; odstawiała ciężkie dragi tylko po to, żeby zacząć pić tequilę butelkami; odstawiała tequilę po to, żeby zastąpić ją natychmiast paleniem ziela od rana do wieczora. Tak nie zachowuje się osoba, która kocha swoje życie, jest szczęśliwa i każdego dnia dziękuje bóstwom za to, że dały jej tak wiele dobrego. Tak zachowuje się osoba, która jest tak potwornie nieszczęśliwa ze samą sobą, że MUSI się odurzać -- w sumie wszystko jedno czym -- po prostu po to, żeby nie musieć czuć i myśleć. Doskonale pamiętam to uczucie. To, że w moim przypadku w grę wchodziło wyłącznie picie, było spowodowane wyłącznie tym, że nie miałem dostępu do niczego innego, gdyby w tym czasie ktoś zaoferował mi heroinę, prawdopodobnie bym ją przyjął. 

Nie mam za sobą kuracji odwykowej; udałem się za to na psychoterapię. Kiedy moje życie się poukładało, magicznie przestałem czuć potrzebę picia codziennie. Po prostu sama sobie poszła. Pewnego wieczoru wypiłem mnóstwo piwa i wina, uwalając się na wesoło, czując się doskonale i świetnie się bawiąc, po czym następnego dnia obudziłem się z potwornym kacem. Spędziłem dzień w łóżku, zielony, co jakiś czas biegając do kibelka celem zwrócenia treści żołądkowej (złożonej głównie z alkoholu, bo jeść nie byłem w stanie) i po kilku godzinach tej tortury w mojej głowie zalęgła się myśl-pytanie: Za co tak siebie karzesz? Czemu tak siebie nienawidzisz? 

To było cztery lata temu. Od tego czasu tylko raz upiłem się na tyle, żeby mieć kaca. Zrobiłem to z czystej głupoty -- usiłowałem dotrzymać tempa lepszym od siebie i zachlać stres. Nie znaczy to, że nie piję wcale; zdarza mi się dość regularnie czy to wyjść w rundę po barach, czy też po prostu pić ze znajomymi, lub nawet w samotności. Tyle, że nie piję, póki nie zlegnę w łóżku i nie zapadnę w pijacki sen; wypijam dwa piwa, czy dwa drinki i... wystarczy. Nie piję po to, żeby się udręczyć, żeby nie myśleć, żeby nie czuć. Jeśli piję więcej -- jeśli wraca potrzeba -- jest to dla mnie sygnałem, żeby się przyjrzeć, co się dzieje złego w moim życiu. (Pewnie Was to nie zaskoczy, ale przed odkryciem, że trzeba się znowu leczyć z depresji piłem codziennie. A teraz... jakoś nie.) 



To prawda, że uzależnienie jest chorobą i to prawda, że da się je zaleczyć. To prawda, że niektóre uzależnienia zabijają prędzej, niż inne. (Wy, którzy tak łatwo potępiacie Amy, czy takie same słowa potępienia macie dla swoich palących znajomych, którzy przecież samych siebie krzywdzą i niedługo z pewnością umrą na raka płuc I BĘDZIE TO ICH WŁASNA WINA?) To prawda, że w małych ilościach marihuana, ecstasy, alkohol czy kokaina są stosunkowo niegroźne, o ile np. nie wpadamy na pomysł prowadzenia samochodu po zażyciu, lub nie posiadamy w domu broni maszynowej. Tyle, że niektórzy nie potrafią ograniczyć się do małych ilości i nie jest to kwestia uważania, tylko posiadania osobowości podatnej na uzależnienia, środowiska, w którym się przebywa, posiadanej ilości pieniędzy i rozmiaru nienawiści odczuwanej wobec samego lub samej siebie. Osobowość depresyjna, nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia jest w stanie uzależnić się od wody i wypić jej tyle, że umrze z braku minerałów. Osoba szczęśliwa i spełniona prawdopodobnie od niczego się nie uzależni, bo zwyczajnie nie będzie miała potrzeby picia do upadku sześć razy w tygodniu, palenia ziela o dziewiątej rano (i o dziesiątej, i o jedenastej, i...) i ogólnie uciekania od tego, co mieszka u niej w głowie. Osoba szczęśliwa i spełniona, której zdarzy się z głupoty czy namowy spróbować ciężkich narkotyków albo nigdy nie spróbuje ich ponownie, albo poszuka pomocy, kiedy odkryje, że zabawa zaszła za daleko. Osoba nieszczęśliwa i podatna na uzależnienia tego nie zrobi, bo nie będzie uważać, że jej własne życie jest tego warte. 

Znane i oklepane hasełko pt. zanim pozwolisz komuś pokochać siebie, musisz najpierw pokochać siebie samego/samą jest prawdziwe. Dotyczy również osób chorych na depresję i uzależnionych. Nie można obwiniać rodziny za to, że nie zmusiła Amy do siedzenia na odwyku; po to, aby pozbyć się uzależnienia, czy wyleczyć z depresji trzeba CHCIEĆ pozbyć się uzależnienia lub wyleczyć. Samemu trzeba chcieć. Trzeba tego chcieć bardziej, niż chce się zachlać/zajarać/wstrzyknąć i zapomnieć. Trzeba czuć, że życie jest piękne i wspaniałe, a my chlejąc/jarając/wstrzykując tracimy większość z jego uroków, marnujemy czas, krzywdzimy samych siebie i nasze otoczenie. Osoba, która tego nie czuje nie jest w stanie wyjść z uzależnienia, nieważne, ile tygodni spędzi w rehab -- nic nie pomoże osobie, która w duszy będzie powtarzać sobie 'no, no, no' i liczyć godziny pozostałe do momentu, kiedy ją stąd wreszcie wypuszczą, przestaną pilnować i będzie mogła dać sobie znowu w żyłę i przestać być back to black.
wtorek, 31 stycznia 2012
O wyborze (lub nie) Cynthii
Kilka dni temu w wywiadzie dla New York Times Cynthia Nixon (Miranda z "Seksu w wielkim mieście") powiedziała, że jej homoseksualizm jest kwestią wyboru: przez jakiś czas była w związku heteroseksualnym z Danielem Mozesem, a teraz jest w związku homoseksualnym z Christine Marinoni (niektórym z nas znaną jako Rojo Caliente).

„Całkowicie to odrzucam” - mówi teraz Nixon. - „Niedawno miałam wystąpienie, które miało wesprzeć homoseksualistów, i miałam powiedzieć: «Byłam heteroseksualna i homoseksualna, i wolę to drugie ». Oni próbowali mnie zmusić, żebym zmieniła to zdanie, ponieważ wynika z niego, że homoseksualizm może być wyborem. A dla mnie to właśnie jest wybór. Rozumiem, że dla wielu ludzi nie jest, ale dla mnie jest i nikt nie będzie za mnie definiował mojego homoseksualizmu. Pewna część naszej wspólnoty bardzo by chciała, żeby nie można było tego postrzegać w kategoriach wyboru, bo jeśli by tak było, to znaczy, że można z tego zrezygnować. (...) A dlaczego miałoby to być w jakikolwiek sposób gorsze? Wydaje mi się, że ulegamy w tym miejscu bigotom, którzy tego właśnie od nas oczekują. A nie powinniśmy, moim zdaniem, pozwolić im, by określali pole debaty. Mam również wrażenie, że ludzie myślą, że do pewnego momentu żyłam w nieświadomości, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że jestem lesbijką. To obraża mnie, ale i wszystkich mężczyzn, z którymi się spotykałam”.

(Polskie tłumaczenie: gazeta.pl)

Podziwiam szczerość Nixon, która mówiąc to naraziła się właściwie wszystkim. Homofobom -- bo oto proszę, niby normalna, a tu wybiera zboczenie. Homoseksualistom -- bo daje homofobom amunicję, mówiąc, że owszem, jej orientacja jest kwestią wyboru -- a cóż prostszego, niż ekstrapolować tę wypowiedź na absolutnie wszystkie osoby homoseksualne. Właściwie nie naraziła się tylko dwóm grupom: osobom, które czują tak samo jak Nixon oraz osobom, które są ze swoją orientacją kompletnie pogodzone.

Moja orientacja absolutnie nie była kwestią wyboru. Najbardziej szalone pieszczoty jakim oddawałem się w towarzystwie kobiet płci odmiennej doszły (escandalo!) do wyżyn pocałunku w usta. Bez języczka -- takiego "cmok", jakim obdarzam swoje przyjaciółki. Nigdy nie wątpiłem w swoją orientację, choć przez chwilę -- znużony wszechobecną w Polsce homofobią -- rozważałem, czy aby nie jest możliwe, abym był biseksualistą. Niestety tak się składa, że moje dwa fetysze -- zarost na twarzy i owłosiona klata -- prezentują sobą wyłącznie mężczyźni i enerdowskie pływaczki, a tymczasem komunizm się skończył i enerdowskich pływaczek już nie ma. (Co najmniej jedna -- co zupełnie nie śmieszne -- musiała zmienić płeć, ponieważ ordynowane jej "kuracje" okazały się nieodwracalne.)

Nie mam żadnego problemu z deklaracją Nixon. Wiele razy czytałem o tym, że orientacja seksualna kobiet jest o wiele bardziej płynna, niż ta męska, być może po części przez to, że kobieta nie potrzebuje erekcji do uprawiania seksu. Tyle, że dla mnie moja orientacja nie stanowi problemu, nie czuję potrzeby wykluczania ani heteryków, ani biseksualistów, ani osób aseksualnych i w związku z tym stwierdzenie Cynthii Nixon jest dla mnie informacją kompletnie pozbawioną ładunku emocjonalnego. Tyle, że większość ludzi nie rozumuje w ten sposób, co ja -- i dlatego jej wypowiedź wzbudziła taką burzę.

Dla prawicy kwestia wyboru wiąże się z rozróżnieniem na wybór prawidłowy (bycie hetero) i nieprawidłowy (wszystko inne). Możnaby uznać, że Nixon podała im na tacy argument za prawdziwością ich tez, w ten sposób działając na niekorzyść wspólnoty LGTB. Tyle, że wymaga to przyjęcia prawdziwości drugiej części implikacji -- nieprawidłowości homoseksualizmu. Tego, że dokonany "wybór" jest złem. Tego, że obcy ludzie mogą osądzać nasz wybór partnerów pod kątem ich płci, tak, jak kiedyś osądzali go pod kątem ich rasy. Innymi słowy, to nie Nixon daje prawicy broń, tylko my, poddając się ich osądowi i smętnie potakując, tak, żyjemy w grzechu i trwamy w mylnym błędzie. Dokonaliśmy złego wyboru i musimy teraz za niego cierpieć.

Pewien rodzaj aktywizmu LGTB opiera się na strategii heroicznego bronienia oblężonego zamku: owszem, jesteśmy inni (w podtekście: gorsi), ale prosimy uprzejmie, abyście nam też pozwolili żyć, obiecujemy, że wtopimy się w tło i będziemy udawali, że jesteśmy dokładnie tacy sami. Ta strategia odnosi sukcesy do pewnego momentu; do momentu, kiedy pozwolimy sobie czegokolwiek zażądać, chociażby nieszczęsnych związków partnerskich. (Broń Istoto nie małżeństw, bo przecież Tradycja & Moralność, a my homo jesteśmy wszakże niemoralni i nie mamy żadnych tradycji.) Wtedy prawica podnosi larum: łojezusicku! Homosie chcą się nam w kościołach żenić ZUPEŁNIE JAK LUDZIE! Zaraz zechcą z koniem, kozą i zdechłym chomikiem!

Może czas już -- w roku 2012 -- na nową świecką tradycję? Jesteśmy wszakże obecni od wieków, rodzą i wychowują nas na ogół rodzice heteroseksualni, ale jako osoby tolerancyjne nie mamy im tego za złe i nie domagamy się, aby się rozwiedli i weszli w związki z osobami tej samej płci. Domagamy się za to, żeby traktowano nas zwyczajnie po ludzku. Żeby nam nie wtykano nosa do łóżka i nie oceniano dokonywanych wyborów. Pal diabli, czy homoseksualizm to wybór, czy nie. Jeśli nie masz ochoty, nie musisz przecież tego wyboru dokonywać. Ja panom Suskiemu i Niesiołowskiemu do łóżka nie zaglądam, nie dowcipkuję na temat urody ich żon i nie porównuję ich do kóz i chomików. A skoro oni tak się moim związkiem interesują, to może mają jakiś powód? Czyżby zaczynali się chwiać w postanowieniu o słuszności dokonanego WYBORU orientacji hetero i rozważali zmianę? Rozumiem obawę przed nieznanym i gotów jestem umówić się z dowolnym z nich na kawę i wuzetkę i przybliżyć temat. Byle mnie żaden nie podrywał, bo dam w pysk.

PS. Już po skończeniu przeze mnie tekstu okazało się, że Nixon złożyła samokrytykę, stwierdzając, że zgodnie z linią partii jest biseksualna, homoseksualizm nie jest wyborem, etc. Szkoda, że czuła, że musi to powiedzieć.
czwartek, 29 grudnia 2011
Parę słów o feminizmie (znowu)
Kinga Dunin pisze o książce Danuty Wałęsy:

Czy Danuta Wałęsa jest feministką? Nie ja wymyśliłam to pytanie. Pojawia się ono w jej autobiograficznej książce, pojawia się w jej omówieniach. Odpowiedź samej zainteresowanej jest przewidywalna: jasne, że nie. I nawet znajdujemy coś w rodzaju wyjaśnienia: bo kobieta, jak zechce, może wszystko osiągnąć, wszystko to, co mężczyźni. Musi tylko dużo bardziej się postarać. Dla niektórych z tej konstatacji wynika feminizm, dla niektórych nie. Dla mnie jest tu o jedną przesłankę za mało. Brakuje odpowiedzi na pytanie, czy chcemy to zmienić. Nie ma prostszej definicji „obiektywnego” feminizmu: jest to przekonanie, że kobiety mają gorzej i należy to zmienić. Cała reszta to komentarze i przypisy. Pełno w nich sporów o to, w czym gorzej i jak zmienić.  

Nie podoba mi się prosta definicja obiektywnego feminizmu. Podobną prezentuje Wikipedia:

Feminism is a collection of movements aimed at defining, establishing, and defending equal political, economic, and social rights and equal opportunities for women.

Zdaję sobie sprawę, że nie jestem Susan Sontag, Kingą Dunin, czy nawet Agnieszką Graff, ale osobiście postrzegam feminizm inaczej: feminism is a collection of movements, ble, ble, and social rights and equal opportunities FOR BOTH GENDERS. Feminizm uważam za ważny i przydatny bezpośrednio również dla mnie osobiście, mimo, iż jestem mężczyzną płci odmiennej; widzę w nim spore, nie tylko potencjalne zyski dla mężczyzn i z takim widzeniem feminizmu identyfikuję się o wiele silniej, niż z "kobiety mają gorzej".

Kobiety, rzecz jasna, MAJĄ obiektywnie gorzej. Gdybyśmy stworzyli listę nierówności pomiędzy płciami, kobiety obrywają o wiele częściej -- i nie mówię nawet o kulturach, w których kobieta jest przedmiotem, a jej zdanie na żaden właściwie temat nie posiada wagi większej, niż zdanie odkurzacza lub kota. Mówię o kulturze polskiej, w której cały czas przyjęte jest za normalne to, że mąż i żona wracają z pracy, po czym żona gotuje obiad, sprząta, prasuje, pierze i pomaga dzieciom robić lekcje, zaś mąż odpoczywa, gdyż przecież jest zmęczony. W której żona zarabia 70% tego, co mąż, po prostu dlatego, że nie posiada penisa. W której nie można zgwałcić prostytutki, w której mamy reżysera A. Holland, psychologa E. Woydyłło czy też pisarza D. Wałęsę.

Wszystko powyżej jest, rzecz jasna, prawdą. A jednak to mężczyźni żyją krócej, to oni częściej dostają zawałów, to oni są wychowywani w przekonaniu, że jedynym prawdziwym męskim zachowaniem jest picie, palenie i jedzenie boczku smażonego w głębokim tłuszczu (co nie zmienia faktu, iż pisma dla panów na stronie 13 piszą o cygarach i koniakach, a na stronie 14 o tym, jak osiągnąć sześciopak na brzuchu). Kobieta, która jest zadowolona ze swojej pracy na niskim stanowisku, nie spotyka się z takim zaskoczeniem społeczeństwa, jak mężczyzna, który wcale nie chce być dyrektorem, prezesem, czy też zwyczajnie lubi posiedzieć sobie z dziećmi, wyjść z nimi na spacer, ugotować obiad i odkurzyć mieszkanie, podczas, gdy żona pracuje zarobkowo.

Postrzeganie feminizmu w Polsce pod koniec roku 2011 mało się niestety różni od tegoż postrzegania w roku 2001. Podczas gdy ruchy LGTB coś tam zdołały osiągnąć, feminizm z niezrozumiałych (dla mnie) powodów nie dorobił się przyzwoitego PR, czego efektem jest to, że aktorki, piosenkarki, pisarki i żony eks-prezydentów nadal odżegnują się od feminizmu, często budując zdania typu "nie jestem oczywiście feministką, ale [tu wstaw piętnaście podstawowych postulatów feminizmu]". Mężczyzn, rzecz jasna, w ogóle się o takie rzeczy nie pyta, z wyjątkiem czołowej polskiej specjalistki ds. feminizmu J. Korwin-Mikke, która regularnie wypowiada się na ten jakże jej świetnie znajomy temat.

Feminizm -- taki, jak ja go rozumiem -- bliższy jest zapewne teorii queer niż stwierdzeniu, że "kobiety mają gorzej". Dzięki swojemu feminizmowi nie mam żadnego problemu z tym, że moją szefową jest kobieta, że zarabiam mniej niż ona, że to ona wydaje mi rozkazy, a gdybym przypadkiem był hetero, nie miałbym problemu z tym, że to ja siedziałbym w domu gotując obiady, a ona chodziła do pracy i zarabiała na nasze życie. Z tym, że nie miałbym problemu również z sytuacją odwrotną. Feminizm rozumiem po prostu tak -- kobiety i mężczyźni powinni być traktowani tak samo, z paroma wyjątkami wynikającymi z biologii. Nie spodziewamy się zastać na porodówce mężczyzny z wielkim brzuchem i zaaferowanej żony trzymającej go za rękę i przygotowującej do cesarskiego; nie spodziewamy się, zamawiając tragarzy, że przybędą kobiety. Faceci są silniejsi fizycznie, kobiety zaś rodzą dzieci. Z powyższego nie wynika absolutnie nic poza tym, co napisałem, a już na pewno nic, co usprawiedliwiałoby różnice zarobków, czy też zwalanie na kobiety wszelkich prac domowych.

Dzięki swojemu feminizmowi czuję się bardzo wyzwolony z różnych oczekiwań, jakie społeczeństwo (nie tylko polskie, holenderskie czasami też) usiłuje zwalać mi na głowę. Nie muszę -- choć czasami bardzo lubię -- być samcem alfa; nie muszę zdobywać, wygrywać, dominować i rządzić; nie muszę unikać lekarza, bo to niemęskie się skarżyć na problemy ze zdrowiem; nie muszę chodzić nieumyty i hodować brzucha piwnego, bo tylko cioty i baby używają dezodorantu. Tak samo moja przyjaciółka-feministka nie musi chodzić do pracy, lecz może siedzieć w domu i zajmować się dziećmi, do pracy wysyłając męża. Dlatego, że oboje przedyskutowali istniejącą sytuację i dokonali takiego wyboru RAZEM. Wiedzieliście, że są takie feministki, które gotują, sprzątają i nie są nawet lesbijkami? Założę się, że panie Korwin-Mikke i Wałęsa nie wiedzą.
niedziela, 04 grudnia 2011
Sekrety Casanovy za darmo!!1!

Jak wiadomo, uprawiam z sukcesem randkowanie w internecie. (Poza internetem zresztą też, i także z sukcesem.) Mógłbym zapewne ogłosić, że za jedyne 999 zł możecie przybyć na moje eksklusivne seminarium, na którym jako Artysta Podrywu podzielę się sekretami swych sukcesów, ale określenie "Artysta Podrywu" wzbudza we mnie jedynie rechocik, zaś niektóre z ich metod rozpoznaję od pierwszego kopa i są doskonałą metodą, aby wzbudzić we mnie serdeczną i szczerą niechęć od pierwszego wejrzenia. Tak więc sekretami podzielę się za darmo, ale tylko pod warunkiem, że powstrzymacie się od określeń typu "Casanova" czy "Artysta Podrywu" i dalej będziecie o mnie mówić "ten bolek z irokezem".

Sekret pierwszy: zdjęcia. Zamieszczanie w profilu zdjęcia łokcia w wyjątkowo pociągającej pozie, czy też ilustrowanie profilu o nazwie "wrazliwy_romantyk21" zdjęciem genitaliów może nie zaowocować wybitnymi sukcesami. Zdjęcia należy dopasować do targetu, na którym nam zależy. Jeśli poszukujemy męża, najchętniej intelektualisty kochającego muzykę poważną, nasze najbardziej cycate zdjęcie z wakacji w Kairze niekoniecznie musi być właściwym wyborem. Jeśli chcemy zrobić wrażenie naszym wyjątkowo rozwiniętym poczuciem humoru, nie robimy miny pt. "Niemcy mnie biją" ani "właśnie usłyszałem o tragedii smoleńskiej". No i przede wszystkim NIE zamieszczamy zdjęć przerabianych, zrobionych 20 kg temu, pod tym jednym kątem, na którym wyglądamy zupełnie inaczej niż w rzeczywistości... chyba, że zadowala nas flirt wyłącznie internetowy i w ogóle nie mamy ochoty nigdy wybrać się na żadną randkę w realu. Bo realu nie wyczyścimy w fotoszopie.

Stawiajmy na to, co nas wyróżnia. Jeśli mamy wyjątkowo krzywe zęby, zaprezentujmy je w uśmiechu. Jeśli mamy dużo tatuaży i kolczyk w nosie, pochwalmy się nimi. Przecież i tak nie chcielibyśmy spotkać osoby, która na widok naszego krzywego uśmiechu powie "eee... ja się chyba pomyliłem" i ucieknie w podskokach. Po cholerę ukrywać coś, co jak najbardziej wyróżnia nas wśród innych? Pochwalmy się tym -- właśnie po to, aby odróżnić się od tłumu niewydziaranych bezkolczykowców z równymi zębami.

Sekret drugi: tekst. Jeśli piszemy "nie wiem co tu napisać, spytaj", możemy równie dobrze napisać wprost: "jestem nudziarzem i nie ma we mnie nic interesującego". O co miałbym spytać osobę prezentującą zdjęcie łokcia i informującą, że nie wie, co napisać? I po co miałbym to zrobić? Jeśli szukamy wyłącznie seksu, napiszmy, co lubimy w łóżku; jeśli szukamy kumpla do gry w tenisa, napiszmy, że szukamy kumpla do gry w tenisa; jeśli lubimy filmy Almodovara, kolekcjonujemy oryginalne wydania Małego Księcia, czy też ubóstwiamy pasjami gotować zupy, napiszmy o tym na profilu. W ten sposób zwiększamy szanse spotkania osoby, która ma te same zainteresowania -- lub też uważa, że nasza pasja zupogotowawcza czyni z nas człowieka niezwykłego i fascynującego. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktoś podekscytował się informacją, że druga osoba "nie wie, co tu napisać" i poczuł z nią głęboką więź.

Sekret trzeci: wiadomość. Mój sposób na odzywanie się do ludzi jest prosty -- zaglądam na ich profil, a jeśli coś mnie w nim interesuje, to o to pytam, lub komentuję. Jeśli nie zainteresuje mnie nic, to, cóż, hmm, nie wysyłam wiadomości, bo co też miałbym w niej napisać? Nigdy nie piszę rzeczy typu "cześć" lub "co tam?". Takie teksty zostawiam osobom, których opis informuje, że nie wiedzą, co tu napisać. Czasami rzucam lekko złośliwą uwagą, czy dowcipem w swoim stylu. To nie zawsze działa; część osób się za takie rzeczy obraża, część ich nie rozumie, część -- cholera wie, w każdym razie nie odpisują nic. Na tym polega robienie przesiewu: przecież nie chcielibyśmy spotykać się z osobą, przy której nad każdym wypowiedzianym zdaniem trzeba myśleć przez 20 minut, żeby przypadkiem się nie obraziła za nieodpowiednio zaakcentowany spójnik.

Sekret czwarty: zerżnięty z artystów podrywu. Nie zniechęcamy się. Nie obrażamy na rzeczywistość. Nie każdemu się spodobamy. Być może zgoła większości się nie spodobamy. Część osób zwyczajnie lubi wyłącznie wątłych, długowłosych blondynów i zaloty muskularnego czarnowłosego pancura wzbudzą w nich taki sam zachwyt, jak nieoczekiwany atak opryszczki. Przyjmujemy do wiadomości, życzymy szczęścia i oddalamy się w kierunku, z którego przybyliśmy. Przecież docelowo i tak musimy spotkać tylko jedną osobę. Kto nam powiedział, że to ma być właśnie ta? Owszem, jej zainteresowanie zbieractwem dżdżownic nas zachwyca, ale jej akurat nasza kolekcja pcheł nie. Trudno. Chcieliśmy. Nie wyszło. We move on.

I tu sekret piąty: nie łżemy. Nie adaptujemy się do wymagań. Jesteśmy sobą. Jeśli poświęciliśmy swe życie zbieraniu pcheł, a napotkana osoba pcheł nienawidzi, mamy wybór -- albo oddajemy kolekcję na przemiał, albo z osobą pozostajemy oddanymi przyjaciółmi (którzy na wszelki wypadek spotykają się wyłącznie poza domem, odziani w kombinezony przeciwchemiczne). Bardzo wiele osób na randkach łże w żywe oczy na temat swojego zainteresowania sportem (tak, lubi, oglądać w TV), wybitnych zdolności kulinarnych (zamawia pizzę najlepiej w mieście!) tudzież zamiłowania do wędrówek wysokogórskich (w miarę możliwości przy użyciu gór płaskich i usianych sklepami z obuwiem). Te same osoby po trzech miesiącach płaczą w rękaw przyjaciółce: on jest okropny! ciągle mnie ciąga na boisko, każe gotować obiady, a jak wspominam o wyjeździe do Turcji na ol inklusiw, to on o górach i o górach!!! Czy naprawdę muszę tłumaczyć powody, dla których osoby te przekonane są o swoim braku szczęścia w miłości?

Sekret szósty: nie targetujemy się za dokładnie. Jednym z powodów moich licznych sukcesów jest to, że nie lecę wyłącznie na facetów przerażająco atrakcyjnych, w wieku od 31 do 31 i dwa miesiące, rudych w tym jednym wyjątkowym odcieniu, ale nie piegowatych, z brodą o długości między 9 a 11 mm, ubierających się u Kenzo i pachnących Diesel Fuel. Podoba mi się dużo różnych rzeczy, nie przeszkadza mi, jeśli facet ma brzuszek (o wiele bardziej przeszkadza mi, jeśli jest wyrzeźbiony jak Apollo, ja nie jestem i nie lubię, jak mi się o tym przypomina), nie lecę na pieniądze, na samochód i mieszkanie w dobrej okolicy, lecę za to energicznie i z przytupem na złośliwe poczucie humoru, czytelnictwo, dobry (tzn. podobny do mojego) gust muzyczny oraz przyjemną konwersację. O tym, czy te wszystkie rzeczy pan prezentuje wiem, ponieważ przejrzałem jego profil i pokonwersowaliśmy parę dni przed spotkaniem. Nigdy nie spotykam się z osobami, które "nie lubią długo pisać", a na profilu informują wyłącznie o rozmiarze członka. Sztuka zadawania prostych pytań -- ot, chociażby, "jakiej muzyki słuchasz", "kto jest Twoim ulubionym pisarzem" oraz "czy lubisz Wulffmorgenthalera i Pid'Jina" pozwala mi dosyć prosto ustalić, czy konwersacja będzie się nam kleić.

No i sekret siódmy, który właściwie jest taki sam, jak czwarty: podchodzimy do sprawy z poczuciem humoru. Najgorszą randką w moim życiu było spotkanie z trenerem fitness, który, jak się okazało, przesyłał mi zdjęcia zrobione 20 kg temu (na zimę nieco mu się przytyło), zaś do kina przyprowadził dwóch kumpli. Przez cały film oni konwersowali po hiszpańsku, zaś ja obmyślałem najpierw wymówkę, dzięki której zaraz po filmie będę mógł się zmyć, zaś potem -- notkę, którą zamieszczę na blogu. Nie spędziłem wieczora pijąc na smutno i wyznając lustru, że ci faceci to są jacyś pojebani i resztę życia z pewnością spędzę samotnie. Owszem, po roku cotygodniowych randek z trenerami fitness zapewne ciężko byłoby nam zachować czarujący uśmiech i musujące poczucie humoru, ale wtedy zawsze możemy sobie zrobić miesiąc przerwy i jako singiel wybrać się na wakacje do Turcji, wzdychając w upojeniu, jak to dobrze, że nareszcie nikt nas nie zmusza do łażenia po górach.

piątek, 14 października 2011
Occupy everything!
Mógłbym skomentować wynik wyborów, ale mi się nie chce. 

Kiedy wyjeżdżałem z Polski pięć lat temu, byłem sporo na lewo od SLD. Szczerze mówiąc, byłem sporo na lewo od Krytyki Politycznej, ruchów LGTB oraz genderystów i feministek. Odkrycie, że usiłuję walczyć o prawa i zmiany, które w Holandii są oczywistą oczywistością, a w Polsce nikogo nie interesują i nawet wśród osób, które skorzystałyby na ich wprowadzeniu moje postulaty powodują niepewność i chęć ucieczki zdołowało mnie dość mocno. Zrozumiałem, że chęć zmiany poglądów CAŁEGO kraju nie jest do końca zdrowym pomysłem i prościej będzie pojechać gdzieś, gdzie nie będę musiał zajmować się tłumaczeniem "osobom, które mają mnóstwo przyjaciół gejów" dlaczego adopcja przez parę homoseksualną nie jest złem na miarę zatrudnienia Nergala w programie TVP. 

Po ostatnich holenderskich wyborach okazało się, że mamy premiera-liberała, a w koalicji chrześcijan i nazioli. Coś tak, jakby w Polsce premierem został Korwin-Mikke, a do koalicji dobrał sobie PiS i NOP. Premier zajmuje się aktualnie demontowaniem systemu ulg podatkowych, co szczególnie uderza w firmy podobne do mojej, czyli zarejestrowane jako not-for-profit -- dla liberała firma not-for-profit to jakieś dziwo kierowane przez idiotów. Zaostrza system podatkowy, celując w uboższych, imigrantów i z lubością ograniczając dostęp do zasiłków. A czemu Rutte został premierem? Wyłącznie z powodu jednej obietnicy: niezmieniania systemu zwrotu podatku za kredyt mieszkaniowy. 

Holendrzy, jak większość ludzi w krajach rozwiniętych, żyją na kredyt. System holenderski wygląda tak, że kiedy kupujecie mieszkanie, każda rata kredytu jest objęta zwrotem podatku. Moja rata wynosi jakieś 960 euro miesięcznie, z czego zwraca mi się jakieś 320. Tyle, że ja jestem ubogim imigrantem (hihi) i kupiłem tzw. starter. System ten obejmuje zaś również milionerów, którzy kupują domy za 2 miliony euro na raty wyłącznie dlatego, że system zwróci im z tego 600 tysięcy. 

Przed wyborami poprzedni premier dokonał odkrycia Ameryki w konserwach: oturz!!1!! niestety kraju nie stać na utrzymywanie tego rodzaju ulgi podatkowej. Każda partia dzieliła się swoimi pomysłami: kompletna likwidacja ulgi, ograniczenie kwoty wolnej od podatku do np. 500 tysięcy euro, czy też działanie ulgi wyłącznie przez pierwsze 5-10 lat od zakupu. VVD -- partia liberalna -- była jedyną, która obiecała utrzymanie ulgi w obecnym kształcie, po czym zupełnie niespodziewanie dla wszystkich, wliczając samą siebie, wygrała wybory. 

Rząd złożony z liberałów, chrześcijan i nazioli zupełnie nie zaspokaja moich wymagań, więc czuję się niemalże tak, jak czułem się w Polsce, oglądając podział mandatów między partię prawicową, partię bardziej prawicową, partię postkomunistów zainteresowanych wyłącznie stołkami i partię rolniczą. W Holandii kibicuję przynajmniej opozycji, ale jak wiedzą wyborcy PiS nie jest to los wyjątkowo ekscytujący. W Polsce, niespodziewanie, zacząłem przez jakieś pięć minut rozważać kibicowanie Palikotom, ale rozważanie zakończyło się nadzwyczaj szybko, gdy partia zdecydowała się na nazwę "Ruch Poparcia Palikota". Cieszę się, że pani Grodzka weszła do Sejmu, trzymam kciuki za zdjęcie krzyża, ale niestety idea podatku liniowego kompletnie mnie nie kręci. 

W krajach Zgniłego Zachodu obserwuje się odradzanie lewicy. W Polsce niespecjalnie to widać, po części dlatego, że nie ma się co odradzać -- chyba, że uznamy PiS za lewicę. Natomiast kryzys, który dotknął bardzo wielu ludzi, uświadomił im, że jest jedna grupa, która kompletnie uniknęła jakichkolwiek konsekwencji: najbogatsi i bankowcy. (Określenie "jedna grupa" wydaje mi się uzasadnione.) Podczas, gdy najbiedniejsi potracili swoje z trudem wyproszone kredyty -- albo, co gorsza, wciśnięte im na siłę przez bankowców, którym zależało na wypracowaniu premii -- prezesi banków bardzo ucieszyli się z rządowych zapomóg, dzięki czemu ich premie liczone w milionach dolarów/euro nie były zagrożone.

Kojarzycie maklera ze słynnego klipu, który mówi, że światem nie rządzą rządy państw, tylko Goldman Sachs? Ma rację. Zbudowaliśmy wspólnymi siłami system, który opiera się na kilku pewnikach: życiem rządzą banki i kredyty, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a w przypadku wątpliwości na JAKIKOLWIEK temat należy spytać księdza. Drugi i trzeci pewnik w krajach Zgniłego Zachodu już padły. Powoli zaczyna chwiać się pierwszy. Do coraz większej ilości ludzi dociera, że nie jest tak do końca fajnie, jeśli do zrozumienia dowolnej umowy bankowej musimy posiadać wykształcenie prawnicze; jeśli prezes banku zarabia 500 razy tyle, co jego szeregowy pracownik; jeśli różnice klasowe owocują tak ciekawymi efektami ubocznymi, że winnymi podczas zamieszek w Anglii okazują się najbiedniejsi (których nigdy nie będzie stać na domy, sklepy i samochody, które spalili) oraz najbogatsi (którzy wiedzą, że jakby co tatuś zapłaci, więc mają wszystko w dupie i dobrze się bawią). 

Chciałbym zobaczyć polityka, który powie: spierdoliliśmy sprawę. Poddaliśmy się bez walki, rozkraczyliśmy nogi i pozwoliliśmy się zerżnąć bankierom, którzy sami również sprawę spierdolili, po czym metodą na głodnego kota miauczeli tak długo, aż grzecznie wręczyliśmy im miliony celem pokrycia strat. Uzyskane miliony chłopcy w drogich garniturach wydali na dywidendy i premie. A może tak wymyślić system, dzięki któremu nie będziemy płacić prezesom banków milionowych premii? Dzięki któremu pani Józia z Głodowej Wólki dostanie umowę kredytową na jednej stronie, a nie stu pięćdziesięciu, i ta jedna strona NIE będzie wydrukowana czcionką rozmiaru trzy punkty? 

Palikot na pewno nie będzie tym, który się tym zajmie, z prostego powodu, że popiera on podatek liniowy. Ja zaś popieram niski VAT, wysoką pensję minimalną i bardzo wysoki podatek dla najlepiej zarabiających. Kiedy mówię bardzo wysoki, mam na myśli 90%. Nie ma żadnego powodu, dla którego prezes banku miałby zarabiać 500 razy tyle, co sprzątaczka. Dwa razy tyle, oczywiście, to zrozumiałe; trzy, pięć razy, no cóż, tak już jest, niektórzy mają o wiele więcej stresów i obowiązków, pięciokrotne zarobki mają być może sens, chociażby jeśli wliczyć wydatki na psychoterapeutę i kokainę. Ale 500 razy? 500 razy nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy z nas ma taki sam żołądek. 

*

Jutro o 12 Occupy Amsterdam. Wybieram się.
czwartek, 08 września 2011
Chustka pisze (a w zasadzie doktor Żurek pisze, ale ja znalazłem u Chustki):

posłuchajmy doktor Aldony Żurek:
Osiemdziesiąt kilka procent Polaków zawiera związek małżeński do 30. roku życia, czyli większość. A 50 lat temu przeciętna Polka, kiedy wychodziła za mąż, miała 21 lat, a Polak był trzy-cztery lata starszy. W tej chwili panie mają średnio 24 lata, a panowie trzy lata więcej. Polki z wyższym wykształceniem wychodzą za mąż, jak mają 28-29 lat, ich partner znowu jest odpowiednio starszy. Punktem granicznym tych decyzji, po którym zaczyna działać syndrom staropanieństwa i starokawalerstwa, jest dzisiaj w Polsce 33. rok życia. 
(...)
Po 33. roku życia naszej singielce czy naszemu singlowi kurczy się gwałtownie rynek małżeński o te osiemdziesiąt kilka procent. Gdyby decydował się na małżeństwo w wieku lat 21, to miałaby pełną pulę. Mogłaby wybierać jak w ulęgałkach. Ale teraz, mając niecałe 20 proc. rynku małżeńskiego, nie może wybrzydzać. I często bierze z odzysku. 

Ahem. Tak się składa, że do 34 roku życia zostało mi niecałe 4 tygodnie.

Nie mieszkam co prawda w Polsce, ale mam w pewnym stopniu zbliżone spostrzeżenia dotyczące małżeństw hetero: po pewnym progu wiekowym pojawia się rzeczony syndrom, biorący się zwyczajnie stąd, że poniżej tego wieku heteroseksualiści są już zajęci, często dzieciaci, mają kredyty, a jeśli są wolni, to albo nie są do końca hetero, albo też mają na głowie alimenty/samotne rodzicielstwo.

Nie do końca jeszcze obczaiłem, kiedy ten próg wiekowy pojawia się w przypadku osób homoseksualnych. (Nie mówimy tu rzecz jasna o Bolandzie, w której próg ten wynosi jak na razie division by zero error.) Jak wiadomo (niektórym) w wieku lat 31 byłem zaręczony, ale nic z tego nie wynikło. Teraz zaś jestem znowu świeżym singlem z odzysku i staram się raczej unikać rzucania znowu na głębokie wody związkowania, przynajmniej dopóki -- jak słusznie napisał @chakravant -- nie zacznę być pewien własnych emocji. Na razie pewien nie jestem.

Spotkałem się wczoraj z uroczą parą -- nazwijmy ich Sasza i Olek. Panowie różnią się wszystkim. Jeden jest naukowcem, drugi malarzem. Jeden ma lat 43, drugi 27. Jeden jest wielkim niedźwiedziem o łydce większej niż moje udo (ci, którzy wiedzą, jak wygląda moje udo zapewne właśnie spadli z krzesła), drugi szczupłym chłopcem o uroczym uśmiechu. Są razem od 8 lat, pasują do siebie w jakiś dziwny sposób doskonale i stanowią strasznie miłe towarzystwo do gier planszowych, wspólnego piwa i gadania o pierdołach. Jedyne, co nie do końca mnie zachwyca, to fakt, że złośliwie i w ogóle nie bacząc na moje potrzeby w listopadzie wyjeżdżają do Kanady :(

Bardzo fajnie jest przyglądać się takiej parze. Chemię mają doskonałą, bardzo się kochają, co się szalenie rzuca w oczy, są bardzo sympatyczni, otwarci i weseli. Szalenie im zazdroszczę. Jak łatwo obliczyć, kiedy się poznali, jeden grzebał w rynku już skurczonym, a drugi miał do dyspozycji pełną pulę. Hmmm. Czy to znaczy, że celem zwiększenia szans sukcesu matrymonialnego po 33 roku życia mam zacząć gapić się na 20-letnie dzieci? Pani doktór Żurek, pani mnię to powie!
niedziela, 17 lipca 2011
Różności
Czasem jest dobrze, a czasem trochę mniej dobrze. W tej chwili jest mniej dobrze, ale ogólnie jednak nieźle.

*

Pierwszą notkę o depresji wywlekałem z siebie pazurami i zębami, przekonany, że nie powinienem się tak otwierać, a poza tym, co to kogo obchodzi. Odzew przewyższył wszelkie moje oczekiwania, a przy okazji wyautowało mi się dużo komentatorów, ludzi sympatycznych i fajnych, którzy przyznali się, że też zdzirę na swojej drodze życiowej spotkali. Ja zaś dorzucę moje ukochane Janet Jackson i Marian Keyes. Jakoś tak się dzieje, że depresja dotyka głównie (acz, rzecz jasna, nie jedynie) osób sympatycznych, emocjonalnie rozwiniętych i wrażliwych. Taki Chris Brown, czy Jacek Kurski raczej nie borykają się z problemami z samooceną, kompleksami i zdzirą uniemożliwiającą funkcjonowanie.

*

Ileż jest na świecie osób, które chętnie ocenią, czy to, jak się zachowuję, co robię, czym odżywiam, jak wyglądam, w co się ubieram jest dobre, czy złe; czy zasługuję na pochwały, czy też nie; czy zasługuję na legalizację związku, czy też nie. Jakoś tak jest, że to właśnie te osoby, które NIE czują, że mają monopol na Prawdę, Dobroć i Słowo Boże, te, które mają wątpliwości i gotowe są dać się przekonać, jeśli pojawią się wystarczające argumenty -- te właśnie osoby wydają się stanowić mniejszość podatną na depresję. Oraz mniejszość, z którą potrafię się zaprzyjaźnić. Chciałbym wierzyć, że to przypadek, że wśród moich przyjaciół jest tyle osób z rozmaitymi problemami psychologicznymi, ale nie wierzę. Może po prostu osoby z problemami psychologicznymi są bardziej interesujące?

*

Zakończyło działalność wydawnictwo Abiekt.pl. Bardzo żałuję. Kilka książek wydawnictwa otrzymałem jako prezenty od Szacownego Eksmałżonka i bardzo mi się podobały, z wyjątkiem okropnej czcionki "komiksowej" na okładce Fun Home. (Ale jak się daje książki fetyszyście typografii, to trzeba się liczyć z dziwnymi komentarzami typu "co, Comic Sans nie było na komputerze"...)

Komiks "Konrad i Paul", który wydawnictwo opublikowało zdaje się na początku swojego istnienia podzielił polskie środowisko gejowskie, ponieważ pokazywał to środowisko takim, jakie ono jest. Dwaj panowie żyją sobie w otwartym związku, uprawiają seks z różnymi chętnymi, wpadają na pomysły czasem zabawne, czasem obrzydliwe, a czasem i to i to naraz i się tego nie wstydzą. I to właśnie podzieliło środowisko, które również lubi uprawiać seks z różnymi chętnymi i wpada na różne pomysły, ale się tego wstydzi i ukrywa. "Po co o takich rzeczach mówić na głos..." -- A może po to właśnie, żeby zdjąć z nich odium brudnych i wstrętnych rzeczy, o których nie mówi się publicznie?

Osoby z Monopolem na Prawdę, w skrócie OMPy, żerują właśnie na naszym poczuciu wstydu. Osoby, które usiłują nam wciskać, że homoseksualizm jest kwestią wyboru i jako taki nie zasługuje na żadne względy prawne, podobnie. Dostajemy piany na ustach, wykłócając się, że nie, nie jest kwestią wyboru (naprawdę, heteroseksualizm niesie za sobą takie profity i zwyczajną wygodę, że chyba tylko osoby o inklinacjach masochistycznych WYBRAŁYBY homoseksualizm), zamiast spytać chłodno: no, a jeśli jest, to co wtedy? Pan wybrał swoją żonę, mimo, że wygląda ona jak kanapa, a ona wybrała pana, mimo, że wygląda pan jak Quasimodo w gabinecie krzywych luster, naprawdę, ludzie dokonują najdziwniejszych wyborów, ale kto panu dał prawo decydować, że ten wybór jest dobry, a ten już jest fe?

*

Margaret Cho, moja ulubiona komediantka stand-up, całe życie boryka się z problemami z samooceną, ponieważ po pierwsze ma tego pecha, że nie urodziła się biała, a po drugie -- ma problemy z wagą, które usiłowała zwalczać drakońskimi dietami, pigułkami z amfetaminą (patrz "Requiem Dla Snu") i zastępowaniem jedzenia alkoholem. Kiedy telewizja ABC zaproponowała jej stworzenie własnego sitcomu, w którym grałaby rolę samej siebie, nakazano jej schudnąć. Była za gruba do zagrania samej siebie! Wszyscy wiemy, że chude jest dobre, a grube jest złe, białe jest piękne, a inne kolory to już tak różnie, a z tej wiedzy biorą się strony pro-ana, rasizm i wiele innych wesołych i zabawnych rzeczy.

Problemy z wagą, bulimia, anoreksja i tym podobne do mnie przemawiają, ponieważ przez bardzo długi czas sam zmagałem się ze swoim body image; odchudziłem się do 67 kg przy wzroście 184 cm i ciągle czułem się tłusty (jednocześnie odnotowując, że nie jestem w stanie siedzieć na twardym, bo suchy tyłek nie wyrabia); potem na siłowni usiłowałem za każdym treningiem spalać więcej kalorii na cardio do momentu, kiedy o mało nie spadałem z bieżni, a po powrocie wypijałem butelkę wina, zjadałem pizzę i szedłem spać. To, że moje ciało pod wpływem treningów w końcu uległo zmianie, odkryłem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem odbicie swojego torsu w lustrze pod takim kątem, że nie było widać twarzy i rozejrzałem się w poszukiwaniu tego napakowanego gościa. To, co widziałem w lustrze w domu -- gdzie wiedziałem, że oglądana osoba to ja -- jako żywo miało wątłe łapki jak patyczki i wielkie brzuszysko.

Nie odchudzałem się dlatego, że ktoś mi kazał; Szacowny Eksmałżonek twardo twierdził, że w niczym mu mój brzuszek nie przeszkadza. Nie odchudzałem się z powodu problemów zdrowotnych. Nie odchudzałem się z żadnego innego powodu, jak tylko głęboko w głowie zakorzeniona myśl, że grube jest złe i trzeba je odchudzić. Z tego też powodu spędzałem godziny na siłowni, a potem zapijałem winem uczucie, że jestem strasznie nieszczęśliwy ze samym sobą.

*

Przestańmy, drogie środowisko LGTB, odżegnywać się od jakiejkolwiek chęci brania ślubów i posiadania dzieci. Stańmy Gowinowi naprzeciw i powiedzmy mu bezczelnie: Panie Gowin, pan dla mnie jest żaden autorytet w dziedzinie tego, kogo mam kochać, a kogo nie, pana poglądy na temat ślubów osób tej samej płci też mnie nie ciekawią, pan się mnie nie pytał przed ślubem, nie wiem, czemu ja miałbym się pana pytać przed moim. Jeśli jest pan przekonany, że rodzina tradycyjna musi się rozpaść i ulec rozkładowi pod wpływem legalizacji związków osób homo, to albo pan nie kocha żony i pragnie uciec w ramiona mężczyzny, albo boi się pan, że żona ucieknie w ramiona kobiety, ale naprawdę, pana osobiste problemy kompletnie mnie nie interesują. Co mnie interesuje? Interesuje mnie, że mój mężczyzna ma syna z małżeństwa z kobietą płci odmiennej, mieszkamy razem od 6 lat, mieszkanie jest na męża, a mąż ma raka z przerzutami i nie dość, że nie mogę go odwiedzać w szpitalu, nie mogę się doprosić o informację, czy jeszcze żyje, a syn płacze wieczorami, że nie chce jechać do mamy do Anglii, tylko chce zostać ze mną, u nas w domu, na który nie będzie nas stać, bo nawet jeśli mąż mi go zapisze w spadku, w życiu nie zdołam zapłacić podatku. I wiecie co, pp. Gowin, Terlikowski, Kaczyński, Niesiołowski et consortes? W dupie mam wasze poczucie estetyki, w dupie mam wasze uczucia religijne, w dupie mam "to się da przecież załatwić u notariusza", w dupie mam "homoseksualizm to kwestia wyboru" i ogólnie w dupie mam małe miasteczka.

*

Nie jestem w związku otwartym, ale nie oceniam negatywnie osób, które są, tak samo, jak nie oceniam negatywnie osób, które biorą ze sobą ślub, lub rozwodzą się za porozumieniem stron. Negatywnie oceniam wyłącznie osoby, które zdradzają małżonków za ich plecami, łżąc im w żywe oczy, że musieli dłużej zostać w pracy. Tak się dziwnie składa, że ślub pary homoseksualnej większości Polaków wydaje się nienaturalny i zły, a zdradzanie żony większości Polaków wydaje się normalne, a duża część uważa je za nieuniknioną konsekwencję małżeństwa.

Ciekaw jestem, czy łączy się to w jakiś sposób z faktem, że w Amsterdamie paradują bez koszulek mężczyźni, którzy mają ciała do pokazywania -- polecam wizytę w Vondelparku w słoneczny dzień, co poniektórzy siatkarze, bądź po prostu opalający się bez koszulek są w stanie spowodować wypadki rowerowe wśród osób płci obojga, które nie mogły oderwać wzroku od spoconych, muskularnych torsów. W Warszawie, w której chwilowo przebywam gościnnie, muskularne torsy są starannie ukrywane, zaś na słoneczko i letnią aurę wystawia się jak największe brzuchy piwne. Motywacja jest być może podobna -- wszak nie po to pan Jan pracował nad brzuszyskiem przez 20 lat, żeby swe dzieło teraz ukrywać przed ludzkim wzrokiem. A może po prostu w Amsterdamie mieszkają sami męscy anorektycy z problemami z body image, a w Warszawie zdrowi i normalni Polacy z właściwym spojrzeniem na sprawę?

A kiedy widzę na gazeta.pl wątek pt. "wszystkie feministki są brzydkie i były molestowane" zastanawiam się, czy napisał go pan Jan osobiście i czy laptopa postawił na brzuchu, czy też sięgał z trudem do biurka.
środa, 01 czerwca 2011
Hetero, homo, bi, cis i metro, czyli dla odmiany o seksualności
tomek_kulesza napisał ciekawie na Polyinpoland o męskiej seksualności widzianej z punktu widzenia heteroseksualnego i cisseksualnego (cisseksualizm -- odwrotność transseksualizmu: całkowite utożsamianie się z własną płcią biologiczną), po czym wezwał mnie do tablicy. I słusznie, bo jak sam wspomina:

"Stereotyp męskości zawiera takie [cechy], jak powiedzmy odwagę, ale jest tez coś co określa tylko i wyłącznie mężczyzn, a nie ludzi, czyli seksualność. Bardzo dużą wartość, powiedziałbym, że ponad połowa męskości jest oparta na szeroko rozumianej seksualności."

No i jak ja mogę się nie zainteresować. :)

Seksualność męska jest mi dosyć bliska, tak ogólnie. Przy czym mieszkanie w Amsterdamie pozwoliło mi się dodatkowo przyjrzeć stereotypom związanym z rasą, problemom (lub ich brakowi) związanym z religijnością, poglądami politycznymi, etc. Część rzeczy, o których Tomek pisze, pozostaje prawdą niezależnie od orientacji, chociażby to:

Mężczyzna musi być seksualnie aktywny, zawsze mieć ochotę na seks, nie tylko nie odmawiać ale aktywnie dążyć i wykazywać inicjatywę, poszukując (z sukcesem!) kontaktów seksualnych. [...] Dalej. Jeszcze lepiej, jak ma dużego penisa, zaspokaja kobietę, oczywiście tym penisem, i najlepiej jak najdłużej, „przedwczesny” wytrysk to coś niemal tak zagrażającego jak impotencja. [...] I co najważniejsze – musi z tego wszystkiego czerpać wielka satysfakcję.

Z wyjątkiem kobiety, oczywiście, cała reszta jak najbardziej pasuje, przy czym pewne rzeczy są powiązane ze sobą. Przy podziale na partnera aktywnego (top) i pasywnego (bottom) pasywność jest uznawana za "złą" przez tych samych ludzi, którzy przy opisie własnej osoby używają wyrazów typu "męski", "niebudzący skojarzeń" oraz pochodzą z krajów Europy Wschodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki. Największy problem mają mężczyźni pochodzenia afrykańskiego, którzy zdają sobie sprawę z ciążącego na nich stereotypu mandingo, wiecznie nienasyconego seksualnie Murzyna, koniecznie z ogromnym członkiem, bez przerwy zmieniającego partnerów i super-hiper-męskiego.

Poznałem osobiście czterech czarnoskórych gejów. Dwaj z nich mieli ciężkie problemy ze sferą seksualną -- jeden w ogóle unikał seksu, bo bał się strasznie, że zostanie potraktowany jak obiekt (przy czym o tyle miał rację, że kiedy już komuś zaufał, został potraktowany przedmiotowo, wykorzystany i porzucony), drugi zaś na zmianę bał się wszelkiego dotyku i czułości oraz zachowywał się jak kompletnie nieczuły, brutalny gwałciciel. Trzeci zachowywał się kompletnie zgodnie ze stereotypem, zaliczając wszystko, co się ruszało i na drzewo nie uciekało, jednocześnie twierdząc, że tak naprawdę pragnie miłości, wierności i tak dalej. Żaden z nich nie uważał się za religijnego, ale pierwsi dwaj zostali wychowani w religijnych rodzinach. Wszyscy trzej określali siebie jako "top only" oraz twierdzili, że są biseksualni, nawet ten, który w życiu żadnej kobiety nie dotknął -- tak silny był w ich głowach stereotyp, że homoseksualizm jest niemęski, a oni przecież MUSZĄ BYĆ MĘSCY. Czwarty wreszcie był normalnym (ha! Navaira napisał "normalny"!) facetem, dla którego kolor skóry był wyłącznie kolorem skóry, a nie determinantą wszystkich zachowań seksualnych, nie miał kompleksu mandingo, potrzeby udawania biseksualisty i bycia wyłącznie top. Nie miał też żadnych problemów w sferze seksualnej.

Jeśli przyjrzymy się cechom typowym dla męskiej i kobiecej seksualności -- tzn. typowym, jeśli rzecz jasna jesteśmy seksistą-socjobiologiem z odchyleniem prawicowym -- co widzimy? Mężczyzna powinien być brutalny, wiecznie nienasycony, obdarzony, gotów do zaspokajania partnerki/partnera zawsze i wszędzie i nie wiadomo jak długo. Kobieta powinna być delikatna, wrażliwa, broń Boże nie lubić seksu za bardzo BO TO ZŁO. Mężczyzna bierze, kobieta daje. (Patrz zdanie "pies nie weźmie, jeśli suka nie da" i obwinianie wyłącznie kobiet za zdrady, bo przecież Wszyscy Wiemy, Jacy Są Mężczyźni.) A teraz wyobraźmy sobie, że zestawiamy ze sobą dwóch mężczyzn lub dwie kobiety; osoby, rzecz jasna, wychowane w JAKIMŚ społeczeństwie, które operuje JAKIMŚ zestawem stereotypów, nakazów i zakazów, które wdrukowuje JAKIŚ imprint. Im bardziej konserwatywna jest społeczność, w jakiej wychowywały się te osoby, tym bardziej prostacki jest imprint: mężczyzna jest męski, przynosi mięso i sika do ognia, kobieta jest kobieca, sprząta, gotuje i ładnie pachnie. W takim razie seks dwóch mężczyzn powinien przypominać walkę bokserską, a seks dwóch kobiet -- muskanie się delikatnie płatkami róż. (Uchylę rąbka tajemnicy i powiem, że owszem, zdarza się, że to prawda, ale raczej rzadko.)

Jakiś rok temu przeczytałem ciekawy artykuł o gejowskim portalu Manhunt. Artykuł ów wspominał, że my, geje (o lesbijkach nie pisano) nie nauczyliśmy się nigdy rytuałów uwodzenia i podrywu; nasza orientacja była przez lata sprowadzana do maksymalnie prostackiego "oni się rąbią w dupę", my sami traktowani przedmiotowo i wykluczani ze społeczeństwa, dla którego zawsze byliśmy Obcymi, przysłowiowymi "onymi". My, normalni versus oni, "te geje". Tak więc nie ma się specjalnie co dziwić, że to, co zbudowaliśmy dla siebie, również powstało pod wpływem imprintu środowiskowego; nie ma się również co dziwić, że po latach kultury opartej na seksie, narkotykach i muzyce tanecznej dopiero teraz sięgamy po małżeństwo i rytuały typowe dla "romantycznych" związków. Po prostu dopiero teraz zaczynamy uświadamiać sobie, że wbrew temu, co nam wciskają od dekad konserwatyści, NIE jesteśmy zboczeńcami, NIE musimy skupiać się wyłącznie na seksie i nasza orientacja seksualna NIE determinuje absolutnie wszystkiego, czym się zajmujemy, co lubimy i co nas kręci. Męska seksualność w wydaniu gejowskim przez długi czas stanowiła karykaturę; po części dlatego, że podświadomie geje starali się być jeszcze bardziej męscy, aby pozbyć się odium zniewieściałych wiotkich istot w różowych sukienkach przybierających co chwila pozę czajniczka, po części -- dlatego, że wmawiano nam, że MUSIMY sprowadzać naszą kulturę tylko i wyłącznie do tejże seksualności, tak więc uparcie dzieliliśmy się na Tych Męskich i Tych Przegiętych, jakby nie istniało nic pomiędzy Mike'em Tysonem i Żakliną.

Jednym z powodów, dla których wyjechałem z Polski było zmęczenie szufladkami. Nie czułem się jak Mike Tyson, ale nie czułem się też jak Żaklina. Moje długie włosy nie oznaczały, że byłem kompletnie pasywny, a ich ścięcie i zastąpienie irokezem nie oznaczało, że nagle stałem się kompletnie aktywny. Nie czułem potrzeby słuchania TYLKO metalu lub TYLKO Madonny. Mniej więcej to, jak mniemam, ma na myśli Tomek, pisząc:

Napisałem, przy okazji kolejnej odsłony dyskusji o pornografii, że męska seksualność jest bardziej zrepresjonowana od kobiecej. To stwierdzenie może wydawać się zaskakujące, ale tylko dlatego, że ta represja jest bardziej ukryta. Generalnie, kobiety – feministki – które mogłyby ja zanalizować zwykle nie są tym zainteresowane, albo wpadają w pułapkę traktowania mężczyzn, jako jednorodnej grupy, albo umyka im część perspektywy. Z drugiej strony, mężczyźni są albo [...] zbyt zajęci szukaniem winy w feminizmie i wyzwoleniu kobiet, albo nawet nie są świadomi, lub nie chcą narzekać – bo już samo to oznaczałoby przekroczenie normy i niemęskie zachowanie.

Siedzenie w szufladce potrafi być wygodne, to prawda. Tyle, że nie każdy z nas ma, excusez le mot, kwadratową dupę. A szufladka ma zawsze ten sam kształt. Ciężko jest ocenić, jak dużo osób NAPRAWDĘ czuje się wygodnie w szufladce; 80%? 40%? Ile kobiet NAPRAWDĘ lubi wyłącznie delikatne głaskanie puszkiem, seks rozumie jako Obowiązek Małżeński, który pragnie spełniać wyłącznie z Jedynym Ukochanym i wyłącznie celem prokreacji? Ilu mężczyzn NAPRAWDĘ jest tymi super-aktywnymi, zawsze gotowymi, zawsze chętnymi, zawsze aktywnymi, pozbawionymi uczuć samcami alfa sterowanymi mniejszą główką? Metroseksualizm nie jest skutkiem promocji homoseksualizmu, dodawania do wody hormonów ani trującej propagandy Zachodu; jest skutkiem odkrycia przez tłamszonych latami mężczyzn, że NIE MUSZĄ trzymać się norm, a siedzenie na poduszce, zamiast w kwadratowej szufladzie potrafi być całkiem wygodne. A ci, którzy największe gromy ciskają na zniewieściałych facetów i babochłopy, być może rzeczywiście kochają swoje szufladki... a być może najbardziej boją się wyściubić z nich nosa.
środa, 25 maja 2011
Męskość wciąż męczymy
Najpierw autoreklama: zapraszam do lektury mojego debiutu w roli Carrie Bradshaw kolumnisty portalu homiki.pl. Polecam również komentarze -- bardzo zabawne. :)

*

Od paru dni zastanawiam się nad odpowiedzią na dwa pytania: 1. co to jest męskość? oraz 2. czy ja i DJ jesteśmy męscy? Oczywiście, odpowiedź na pytanie 2. zależy od odpowiedzi na pytanie 1., więc nad tym pierwszym zastanawiam się bardziej intensywnie, a całość wzięła mi się ze znalezienia wątku o przedszkolaku lubiącym kolor różowy i co poniektórych wpisów w owym wątku.

Tego, co napisałem na heteroblogasku nie będę, rzecz jasna, powtarzać, ale temat fascynuje mnie od dłuższego czasu, a zwłaszcza od kiedy obejrzałem na BBC film dokumentalny o konstruktach męskości i kobiecości w reklamie. O tym, że na reklamach dłonie mężczyzn chwytają przedmioty, a dłonie kobiet omdlewająco spływają wzdłuż ciała, lub służą przedmiotom jako elegancka podstawka. O tym, że mężczyźni patrzą na ogół w kamerę, a kobiety -- na mężczyzn. O tym, że mężczyźni stoją, siedzą lub oddają się sportom, zaś kobiety leżą lub przybierają pozy charakterystyczne dla małych dziewczynek. Film trwał 45 minut, a ja od tego czasu nie mogę przestać dostrzegać prawdziwości ukazanych w nim schematów; co gorsza, schematy dotyczące kobiet nie są prezentowane w pismach dla mężczyzn, lecz w pismach dla kobiet właśnie -- mój ulubiony Glamour dokładnie tak pokazuje kobiety w rozkładówkach o modzie i reklamach. Czy chodzi o to, żeby wpoić kobietom myśl, że takie właśnie są -- słabe, wiotkie, nieobecne, pasywne? Czy to jest właśnie ta słynna kobiecość, o której tyle słyszymy? I czy rzeczywiście męskość to siła, zdecydowanie, brutalność, aktywność i bycie samcem alfa?

Taka definicja męskości miała sens, owszem, tak mniej więcej do 1960 roku. Miała sens wtedy, kiedy mężczyzna chodził do pracy, zdobywał mięso, chciałem powiedzieć -- pieniądze, po czym utargane ciężką harówką dzięgi przynosił do domu, gdzie czekała żona, pachnąca perfumami, oraz obiad, pachnący golonką i piwem. W świecie, w którym kobiety i mężczyźni tak samo często chodzą do pracy, na siłownię, prowadzą samochody, kupują kosmetyki, noszą spodnie -- ta definicja zwyczajnie nie ma sensu, a twarde udawanie, że świat wcale się nie zmienił i kurczowe trzymanie się starych definicji (oraz, co gorsza, usprawiedliwianie nimi niższych płac kobiet oraz spychania na nie wszelkich prac domowych) jest skrzyżowaniem niedorozwoju umysłowego z chamstwem.

Mężczyźni, którzy uparcie twierdzą, że w życiu nie założyliby niczego różowego, nie umieją sprzątać, a dezodorant jest dla pedałów zwyczajnie okazują swoją frustrację niepojętym dla nich nowym porządkiem świata, w którym kobieta może, na przykład, zostać ich szefową -- mimo, że nie posiada penisa. (Escandalo!) Problem w tym, że mimo rozlicznych badań nigdy nie potwierdzono tezy, iż penis jest organem służącym myśleniu i kreatywności. Owszem, posiadanie penisa ułatwia sikanie na stojąco, ale jeśli jesteśmy tacy pewni, że to stuprocentowo pozytywna cecha gwałtownie zwiększająca przydatność na rynku pracy, to kopnijmy w krocze faceta i kobietę i zobaczmy, które z nich 10 sekund po kopniaku będzie wiedziało, ile to jest osiem razy jedenaście.

Na mojej siłowni plącze się taki jeden trener kickboxingu. Łysy, brodaty, wielki, muskularny, wytatuowany. Odziewa się wyłącznie w bojówki i spodnie od dresu oraz koszulki z napisami typu MUAY THAI, WORLD CAGE-FIGHTING CHAMPIONSHIPS, etc. Pali cygara. (Nie podczas treningu.) Jakiś czas temu wyhaczyłem, że oprócz wszystkich cech powyżej wymienionych dodatkowo do pracy jeździ na motocyklu, ubrany od stóp do głów w skóry. I wtedy zrozumiałem, że jego penis musi być bardzo, bardzo malutki. :(

Pojęcie męskości i kobiecości w roku 2010 jest nadzwyczaj płynne. Czy męski jest aktor, grający Thora, który rzuca młotem i mięsem, na obiad zjada jednego żywego byka i wypija beczkę piwa, ale klateczkę ma wydepilowaną do ostatniego niedobitka włoska, a fryzurkę na głowie codziennie pieści mu trzech fryzjerów-gejów o imionach Denzello, Daniello i Julianello? Czy bardziej męski jest Jarosław Kaczyński, czy Gareth Thomas? Czy Oprah jest kobieca? A Ellen DeGeneres? A Madonna? Czy o męskości i kobiecości może świadczyć orientacja seksualna? (Biedny zniewieściały Gareth, gdyby tylko wziął przykład z Jarosława Kaczyńskiego.) Co z tym nieszczęsnym kolorem różowym? Czy męskość rośnie i maleje płynnie w zależności od tego, co na sobie mam? Dzisiaj akurat mam na sobie czarne dżinsy, czarny t-shirt i wściekle kolorowe buty -- czy to oznacza, że od kostek w górę jestem męski, a od kostek w dół nie, czy też niemęskość butów znosi męskość dżinsów?

Przez to wszystko ciągle nie mogę się zdecydować, czy DJ i ja jesteśmy męscy, czy też nie, oraz który z nas jest bardziej męski, ale na szczęście oprócz przyjemności czysto intelektualnej niespecjalnie mi zależy na usunięciu tej jakże palącej niepewności, ponieważ mój penis jest rozmiaru takiego, że nie muszę palić cygar, zrzucać ludzi ze schodów i jeździć na motocyklu tylko po to, żeby poczuć się Prawdziwym Menszczyzno. Nie muszę. Ale mógłbym. Z przyjemną świadomością, że kiedy już wsiądę na motocykl, ubrany we wszystkie moje skórzane ciuchy i odjadę w siną dal, ściskając w zębach nieodłączne cygaro, w głowie śpiewać mi będzie Alizee. "Moi, Lolita", zaśpiewa mi francuski podlotek, a ja razem z nią -- bo jestem taki męski, że nawet Alizee się nie boję.
środa, 11 maja 2011
Wiosna II: Reaktywacja
Dżizas, wiosna się chyba znowu zrobiła.

Poszedłem z jednym takim Erniem na drinki do mojego ulubionego mrocznego baru. Drinki nalewał jeden taki Szkocki Barman, który najpierw odmawiał przyjmowania napiwków, potem zemścił się stawiając nam kolejkę za darmo, a następnego dnia zaczął mi zostawiać komentarze pod zdjęciem na facebooku. Ganjsta, który siedział cicho i nie odzywał się do mnie od miesięcy, nagle również zaczął okazywać aktywność na moim facebooku (pierwszym jej wyrazem było pytanie, czy aby jestem może znowu singlem). Na koniec zaś wpadłem w spożywczaku na młodego pięknego aktora, który kiedyś się mnie bał, a teraz najwyraźniej bardzo lubi i wprosił się na moją eurowizyjną imprezę w sobotę. Zobaczymy, czy przyjdzie, czy się będzie bał.

Z innych wieści, trwa kampania "Miłość nie wyklucza", a mieszkańcy Kędzierzyna-Koźla (tak się odmienia?) dzielą się przemyśleniami na ten temat:

Zbigniew Kornatowski, os. NDM: - Trudno jest oceniać tego typu przedsięwzięcia, zwłaszcza w naszym katolickim i raczej konserwatywnym społeczeństwie.

W pozostałych społeczeństwach, w jakich pan Zbigniew mieszka, jest mu łatwiej oceniać.

Nie przeszkadzają mi pary spacerujące po parku czy ulicach, ale publiczne manifesty raczej nie wpłyną pozytywnie na ich ogólny obraz.

Spacerowanie prywatnie po parku czy ulicach, oto, co lubi pan Zbigniew.

Ryszard Mądry, os. Piastów: - Szczerze mówiąc, nie podoba mi się ta forma walki o równouprawnienie, bo kojarzy mi się z manifestowaniem swojej orientacji seksualnej.

Dwie najczęściej spotykane formy manifestowania orientacji seksualnej to noszenie obrączek i bycie w ciąży. To drugie nawet gorsze, bo nie tylko orientację manifestuje, ale w ogóle fakt, że się seks uprawiało. Albo co gorsza próbówkę. Ohyda. Dzieci powinny się rodzić jakoś bardziej higienicznie, prawda panie Rysiu? Albo chociaż zamykać kobiety w ciąży w domu, aż nie skończą manifestować orientacji...

Irytują mnie te plakaty. Nie sądzę, by tego typu akcje mogły zmienić cokolwiek w świadomości lub mentalności naszego społeczeństwa, a niektóre osoby jedynie zdenerwują. Jestem przeciwnikiem podobnych przedsięwzięć i nie uważam, by były one konieczne.

A to niech pan Ryszard Ochódzki Mądry nam opowie, jakimi środkami on by zmieniał świadomość i mentalność naszego społeczeństwa. Głównie przychodzą mi do głowy halucynogeny dodawane do wody pitnej.

Dominika Majnusz, os. Cisowa: - Nie przeszkadza mi wywieszanie plakatów par homoseksualnych na ulicach miasta. Nie czuję się jednak upoważniona do wyrażania opinii na ten temat. Osobiście problem mnie nie dotyczy i nie czuję się związana z nim na tyle, by móc wygłaszać jakiekolwiek sądy. Cała akcja jest mi raczej obojętna. Nie będę co prawda protestować, ale popierać tego przedsięwzięcia również nie mam zamiaru.

To się właśnie nazywa tolerancja. Bardzo ładnie.

Izabela Kornatowska, os. NDM: - Wydaje mi się, że to nie do końca potrzebna inicjatywa. Moim zdaniem nie powinno się obnosić publicznie z intymnymi i prywatnymi sferami własnego życia.

Czyli pani Izabela przeciwna jest: ślubom, obrączkom, pierścionkom zaręczynowym, zachodzeniu w ciążę, posiadaniu dzieci, trzymaniu się za ręce i całowaniu, nie czyta czasopism plotkarskich, nie ogląda seriali, a do ginekologa chodzi po ciemku i z twarzą obwiązaną szmatą do podłogi, żeby nikt się nie dowiedział.

Osobiście nie zwracam większej uwagi na plakaty, które pojawiły się w różnych miejscach naszego miasta. Nie przeszkadzają mi one, ale nie zmienią mojego zdania co do obnoszenia się i manifestowania czegoś, co powinno się zachować dla siebie.

Czyli pani Izab... a, nie będę się powtarzał.

Na plakatach, przypominam, znajdują się przerażająco nudne, kompletnie ubrane w zimowe ciuchy pary, które manifestują trzymanie się za rączki, ewentualnie obnoszą się z faktem posiadania pasa, w którym się obejmują. Zdaniem pani Izabeli i pana Ryszarda nawet to stanowi manifestowanie i obnoszenie. Pan Zbigniew posuwa się do stwierdzenia, że w parkach pary mu nie przeszkadzają -- zgaduję, że pan Zbigniew nie bywa w parkach i dlatego parki w parkach zwisają mu i powiewają.

Największą zasługą kampanii jest obnażenie skali polskiej homofobii. Gdyby na plakatach pojawiły się zdjęcia półnagich, muskularnych mężczyzn wysmarowanych oliwką i zwisających z siebie w malowniczych pozach, efekt byłby paradoksalnie o wiele słabszy. Ale plakaty MNW są NUDNE. Są na nich nudni ludzie w nudnych pozycjach, domagający się nudnych rzeczy -- ustawy o związkach partnerskich, a nie legalizacji uprawiania seksu analnego w przedszkolach oraz darmowego poppersa dla każdego obywatela. Ustawa o związkach partnerskich na pana Ryszarda, Zbigniewa czy panią Izabelę nie ma żadnego wpływu -- nikt ich nie zmusi do zawarcia takiego związku pod przymusem, niczego nie tracą, ich sytuacja kompletnie się nie zmienia -- ale i tak domaganie się jej jest obnoszeniem i manifestacją tak prywatnej rzeczy jak niemożność odwiedzenia partnera w szpitalu, bycie traktowanym przez prawo spadkowe jak osoba kompletnie obca, czy niemożliwość decydowania o leczeniu i pogrzebie ukochanej osoby.
 
1 , 2