Wpisy z tagiem: kowalstwo
niedziela, 05 lutego 2012
Koniec?
No i wracam...
![]() Dwa tygodnie w kuźni okazały się najpiękniejszym okresem mojego życia. Kiedy raptem siedem miesięcy temu spędzałem całe dni czując się jak brukselka, problemem było dla mnie wyjście z domu i udanie się do parku po drugiej stronie ulicy, a założenie skarpetek potrafiło zająć 45 minut naprawdę nie spodziewałem się, że kiedyś jeszcze będę tak niesamowicie szczęśliwy. Podczas pracy -- przy czym "praca" nie jest dobrym określeniem czegoś, co aż tak mnie uszczęśliwia, wcale nie męczy i co mógłbym wykonywać wyłącznie z przerwami na jedzenie i sen -- niekiedy miewałem w oczach łzy ze szczęścia. Kiedy coś mi uparcie nie wychodziło, złościłem się, ale nadal byłem szczęśliwy; a kiedy za piątą próbą w końcu się udawało, nieomal widziałem, jak fala serotoniny zalewająca mój mózg złoci się w słońcu. Podobnie jest z reakcjami osób, które widzą produkty moich rąk. Przywykłem do tego, że ludziom w zasadzie podoba się to, co robię, ale nigdy jeszcze nie widziałem, jak mojej przyjaciółce z wrażenia odejmuje głos. Większość ludzi bardzo jest ciekawa tego, jak można za pomocą młota i kowadła stworzyć różę, a ja chętnie im to po sto razy opowiadam. Ba -- ciężko jest doprowadzić do tego, żebym się trochę przymknął lub pogadał o czymś innym. Wychodząc z kuźni ostatniego wieczora czułem się pusty. Jakbym obudził się z przepięknego snu i odkrył, że rzeczywistość w ogóle się do niego nie umywa. Ale... to przecież nie koniec. Z każdym dniem utrwalało się we mnie przekonanie, że to dopiero początek; a moja depresja -- podobnie, jak za pierwszym razem -- okazuje się wyzwoleniem. To depresja przecież zmusiła mnie do działania; do zmian. Gdyby nie ona, być może nadal siedziałbym za swoim biurkiem, smętnie rozważając zmianę pracy. Nie miałbym w oczach łez szczęścia, głaszcząc okładkę "The Art of Blacksmithing", czytając o technikach obróbki metalu i wiedząc, że niemal wszystkie poznałem. Nie miałbym w Facebooku wiadomości od kowala imieniem Casper, który gratuluje mi zakończenia kursu i pyta, w jakie dni chcę przychodzić do jego kuźni ćwiczyć nowo nabyte umiejętności. Nie miałbym nowo nabytych umiejętności. Nie miałbym w kieszeni pierwszych pięciu złotych za gwoździa z łbem w kształcie kalafiora. Nie dzwoniłbym na Okęcie, przedstawiając się słowami "dzień dobry pani, jestem kowalem i mam takie pytanie..." aby dowiedzieć się, czy w bagażu można przewozić niedokończony sztylet. Moje życie jest przepiękne i fakt, że za chwilę zażyję, jak co dnia, tabletkę antydepresantu zupełnie w tym nie przeszkadza. * Ogłoszenia parafialne: Kilkoro z Was wysłało mi requesty na Facebooku. Niestety, nie akceptuję requestów od osób, których nie znam. Jeśli jesteś regularną komentatorką lub komentatorem, wyślij wiadomość i podaj swojego nicka. Kilka osób pytało o możliwość zakupu różnych fragmentów mojej radosnej twórczości -- oczywiście z przyjemnością umożliwię Wam jej nabycie. Muszę tylko te dzieła zinwentaryzować, pofotografować i gdzieś zamieścić -- oraz obmyśleć sposób płatności i ceny. No i obiecuję, że nie będę od tej pory pisać WYŁĄCZNIE o młotkach i kowadłach... :)
poniedziałek, 30 stycznia 2012
Ktoś zostawił otwartą lodówkę?
No ludzie, poważnie, w kulki sobie lecicie? Co to za numery z -16 stopni? Ja wiem, że jesteście przekonani, że przy palenisku jest za gorąco, ale naprawdę, wietrzenia starczy, już mi jest zupełnie chłodno, a niekiedy nawet nieco przesadnie. Jak na przykład dziś, gdy pracowałem odziany w zimowe buty, dwie pary skarpet, kalesony, spodnie skórzane, podkoszulkę, koszulkę, sweter, bluzę, kurtkę, chustę i zimową czapkę, a przy palenisku zamarzła woda... ![]() Niemniej jednak nie poddajemy się i twardo pracujemy. Dziś na przykład pracowaliśmy nad ostro ściętym zawiasem do drzwi, przy którym nakląłem się co niemiara, bo nie udał mi się sześć razy po kolei. Tymczasem kowalski pomocnik wziął płaskownik, wziął młot, zrobił takie puk-puk-puk z jednej, puk-puk-puk z drugiej, wykonał idealnie ścięty kancik, po czym wyraził zdziwienie, czemu mi to nie idzie "bo przecież listki są trudniejsze". Dla mnie nie są, co udowodniłem później, tworząc elementy do produkcji drugiej róży. Kancik do zawiasu nadal pozostaje nieudany, co bardzo mnie martwi :( Niemniej jednak zawias wykonałem. Nawet dwa. Bez chromolonego kancika. Planowałem siedzieć w kuźni do 21, ale około 18:30 przeoczyliśmy z mistrzem moment zgaśnięcia świeżo zamontowanej kozy. Pół godziny później w kuźni znów zapanowała temperatura taka sama, jak na zewnątrz i niestety zrejterowałem, -14 nie jest temperaturą odpowiednią do udoju architektów, nawet mimo zupełnie poważnie ciekawych opowieści i eksperymentów z dziedziny hartowania. Tak więc w tej chwili znajduję się w łóżku, pod kołdrą i kocem i stąd do Was piszę. Mimo pogody jestem dziko szczęśliwy, ponieważ dzisiaj wydarzył się kolejny z tych małych kawałeczków magii, o które potykam się regularnie od chwili, kiedy pierwszy raz wspomniałem Wilkołakowi, że interesuje mnie kowalstwo. Jest sobie w Kanadzie taki pan, który się zowie Dan Brazzell, lub Modern Blacksmith. Jestem wielbicielem filmów, które Dan zamieszcza na YouTube; czasami dotyczą one instalacji bramy, czasami sposobu budowy paleniska, a czasami Dan po prostu zwyczajnie pije piwo z nogami na stole i rozprawia o ludziach i o życiu. Tym razem Dan -- mimo przeziębienia -- poświęcił kwadrans na to, aby odpowiedzieć na moje pytania i odpowiedzi ani trochę mnie nie zawiodły, wniosły wiele nowego do mojej wiedzy uzyskanej w Amsterdamie oraz wprowadziły mnie w nadzwyczaj dobry humor. :) :)
sobota, 28 stycznia 2012
Z Życia Smoków, czyli kujemy, dymimy i palimy
Zgodnie z wymaganiami komentatorów, dzisiejsza notka jednak w pełnej krasie. * Ostatnie trzy dni spędziłem, jak się zapewne domyślacie, pracowicie -- lecz również udzielając się towarzysko. W środę jedliśmy kolację z mistrzem kowalstwa, który wyznał mi, że miewał wcześniej takie "oferty", jak moja, ale zawsze odmawiał, na moją zaś się zgodził, ale nie wie, czemu. Oczywiście, dużą rolę odegrał dobry moment -- styczeń i luty to spadek ilości zamówień; swoją rolę odegrała cena, która dla mnie była zadowalająco niska, a dla mistrza zadowalająco wysoka; ale ja wiem swoje -- w tym roku ja pracuję w biznesie spełniania swoich marzeń, zaś świat ma obowiązek mi w tym pomagać, poza tym ogień w moich oczach widoczny jest nawet przez telefon i te wszystkie rzeczy razem wzięte dają mi siłę przekonywania rozpędzonej lokomotywy pełnej wściekłych buhajów. (Nie wyobrażajcie sobie tego zbyt usilnie.) W czwartek odbył się bardzo mały zlot czytelników bloga, przez co chcę powiedzieć, że w kuźni odwiedziła mnie dwojga imion szanpani raienn & rita_blue. Rita wykonała mnóstwo zdjęć mła z młotem, mła z młotem i pomocnikiem, mła z fragmentami róży i mła bez fragmentów róży, po czym pomocnik wykonał zdjęcie Rity i mnie, które niniejszym załączam gwoli dokładności historycznej.
Po wykonaniu mrowia konterfektów udaliśmy się na kolację, potem zaś na herbatkę do mojego pokoiku, gdzie gadaliśmy o ludziach i o życiu, aż póki nie odłączono mi prądu i nie padłem chłodnym trupem. Chłodnym, albowiem jak być może zauważyliście, ktoś popsuł na zewnątrz ogrzewanie, dzięki czemu dzisiaj w kuźni zamarzła woda służąca hartowaniu/chłodzeniu gorących przedmiotów. Zamarźnięcie wodzie zupełnie nie szkodzi, bo żelazo o temperaturze np. 500 stopni nadal chłodzi się zupełnie dobrze, ale odkrycie warstewki lodu na naczyniu znajdującym się tuż obok paleniska nienajlepiej działa na morale osób pracujących w kuźni. Tak więc dzisiaj pracowałem przyodziany w dwie pary skarpet, kalesony, skórzane spodnie, podkoszulek, t-shirt, koszulę, sweter i kurtkę. W międzyczasie wykonałem następujące przedmioty: rozliczne gwoździe; rozliczne pogrzebacze, z drutu skręcanego i nieskręcanego; haczyki z kółeczkami i haczyki bez kółeczek, płaskie, okrągłe, kwadratowe i ozdobne; dekoracyjne esy-floresy różnorakiej proweniencji, trzy podkowy (czas tworzenia pierwszej: 120 minut; drugiej: 40 minut; trzeciej: 25 minut); serduszko, o którym cicho sza, bo Drwal jeszcze nie wie, że je dostanie; numer domu, 44, przy którym szalenie żałowałem, że nie mieszkam pod numerem 1, ciesząc się jednocześnie, że nie jest to numer 548/2; rozpocząłem pracę nad zawiasem i świecznikiem, a moim dziełem życia (czyli tygodnia) okazała się róża. Kute z żelaza róże zachwycały mnie od niepamiętnych czasów, a dokładnie od grudniowego warsztatu u Svena, po którym odkryłem na youtube kanał Marka Aspery'ego. Mark pokazywał proces tworzenia róży, a mnie fascynowało WSZYSTKO. To, że kowal rozpracowuje kwiat na czynniki pierwsze; sposób, w jaki łączy się listki i łodygę; sposób, w jaki łączy się kielich kwiatu z łodygą; kolce, płatki, listki, wszystko to tworzone jest za pomocą narzędzi w sumie topornych, czyli młotków, kowadła, przecinaków, piły tarczowej, spawarki i szlifierki; rezultat natomiast wygląda... jak róża. I mimo gubienia kleszczy, upuszczania młotka, kucia czasami pod tym kątem, co trzeba, a czasami nie oraz braku tak zwanej pary w łapie wykonałem coś, co wygląda łudząco podobnie do takiej właśnie róży. ![]() Moja róża będzie prezentem dla mamy. Mama była jedyną osobą, której mój entuzjazm nie porwał i raczyła wyrazić się następująco: -- Dziecko, ty się przecież nie nadajesz do tej roboty. Po dwóch dniach udawania, że wcale nie sprawiło mi to przykrości zadzwoniłem do niej i poinformowałem, że jest mi cholernie przykro, a ona powinna kiedyś mi się przyjrzeć. Tak się składa, że od dzieciństwa troszkę się zmieniłem, od pięciu lat ćwiczę na siłowni, mam w bicepsie ponad 40 cm i nie bardzo rozumiem, czemu jej zdaniem się nie nadaję do pracy w kuźni. Na to mama odrzekła melancholijnie: -- Ależ ja tylko chciałam powiedzieć, że ty sobie tak dobrze radzisz z komputerem, nie sądziłam, że będziesz kiedyś pracował fizycznie. Kowalstwo nie jest pracą fizyczną -- chyba, że mianem pracy fizycznej określimy również rzeźbiarstwo. Kowalstwo artystyczne jest, jak sama nazwa wskazuje, sztuką. Praca kowala w mniejszym stopniu wymaga używania muskułów -- chyba, że akurat rżniemy z resorów ostrza do maszyny służącej wykopywaniu drzewek, co panowie w ciągu mojego pobytu również musieli wykonać i co się przy tym naklęli, to ich. O wiele bardziej wymaga ono wyobraźni, kreatywności, inteligencji, ostrożności (chyba, że lubimy obcinać sobie nadmiarowe paluszki i szalenie podoba się nam efekt estetyczny oparzeń trzeciego stopnia), rozwagi, umiejętności oceny ryzyka, czasu i skomplikowania zadania. Silny, ale głupi facet nie zajdzie w tej robocie dużo dalej, niż tylko do etapu kucia trzystu identycznych elementów po kolei, a jeszcze ktoś mu będzie musiał te elementy narysować i powiedzieć, co konkretnie ma robić i gdzie uderzać. A co do silnych, głupich facetów, którym trzeba mówić, co robić, to po tygodniu pracy w ogóle nie jestem fizycznie zmęczony i cholernie brak mi siłowni... Aha, przyznam się Wam jeszcze do czegoś. W sekrecie obawiałem się, że to nie wyjdzie. Że po dwóch dniach zniechęcę się do tej roboty, entuzjazm zdechnie, chęć nauki przejdzie i zatęsknię za zacisznym kącikiem w biurze przy komputerze, spędzaniem godzin na sprawdzaniu, co tam na Facebooku, czatach na GG i udawaniu, że ciężko pracuję. Otóż nie. Nie zniechęciłem się, nie zdechł, nie przeszła i nie zatęskniłem. A Rita zauważyła coś, czego nie zauważyłem ja sam -- kiedy mówię o kuźni i kowalstwie, zmienia mi się głos. Jeśli coś się zmieniło, to wyłącznie na gorsze, bo nadszedł weekend, jadę do Warszawy i żałuję, że nie mogę zostać i pracować dalej... Tak jak napisałem w poprzedniej komentarzo-notce -- moja miłość po 30 to nie jest żaden facet, moja miłość po 30 kuźnia się nazywa.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Notka o kursie
...znajdować się będzie w komentarzach pod ową notką. (Oj, wyszła mi chyba rekurencja...) Dzięki temu uniknę zaśmiecania feedów osobom czytającym tego bloga dla wszystkich pozostałych poruszanych w nim tematów i może nie usuną sobie mnie z subskrypcji :)
niedziela, 22 stycznia 2012
Wiecie co?
Jest niedziela wieczór, jestem dziko szczęśliwy, a więcej napiszę później, bo mam pierwszą lekturę na dzisiejszy wieczór...
niedziela, 15 stycznia 2012
Stowarzyszenie Szczęśliwych Wariatów, leg. czł. nr 1
Od paru tygodni uprawiam coś, co nazywa się uczenie networking (czyli po polsku plecenie z sieci worków) i muszę Wam rzec, iż rezultaty są nadzwyczaj zachęcające. Po pierwsze primo, spotkałem się już z dwoma kowalami z Amsterdamu, zaś na celowniku trzeci, z którym jem lunch jutro. Wypytuję ich ze szczegółami o rozmaite rzeczy związane z ich pracą, a oni mi ze szczegółami odpowiadają. Są przy tym uprzejmi, przydatni, dają mi namiary na kolejne miejsca, gdzie warto się wybrać, demonstrują warsztat i ogólnie zachowują się tak, jakby celem ich życia było uszczęśliwianie stukniętych pancurów z ogniem w oczach. Po drugie primo, jeden z dwóch kowali zaoferował mi możliwość korzystania z jego kuźni za niewielką opłatą -- nie będzie mnie niczego uczyć, po prostu mogę sobie przyjść, postukać i popukać, zapłacić za materiały i nieprzesadnie plątać się pod nogami. Co oznacza, że praktyka już się sama załatwiła i pozostaje tylko problem teorii... Po trzecie primo zaś, problem teorii załatwił się również, ponieważ 23 stycznia zaczynam dwutygodniowy kurs kowalstwa w Polsce. W dzień praca w kuźni, wieczorem praca z książkami. A po powrocie wracamy do pana z punktu drugiego i praktykujemy nowo nabyte umiejętności. Czy mogę usłyszeć nieduże chóralne "squeeeeee!!!!"? Rzecz jasna w mojej beczce żelaza znalazła się łyżka cyny, która psuje mi perfekcyjny obraz navairy z wielkim młotem, a łyżkę tę stanowi transport. Bezpośredni transport z Warszawy istnieje, czemu nie. Ale nie w weekendy. Transport niebezpośredni zapewne również istnieje, ale nie umiem go znaleźć w Internecie, więc istnieje możliwość, że będę go szukać na miejscu, obarczony plecakiem z 20 kg ciepłych ciuchów, z cichą nadzieją, że coś się znajdzie...
poniedziałek, 09 stycznia 2012
A co tam nowego?
A całkiem ciekawie się nowy rok rozkręca. Nad kowalstwem pracujemy i w ciągu dwóch tygodni powinienem mieć dla państwa jakieś konkretne ciekawe informacje. :) W temacie miłości -- Drwal ciężko (jak to drwal) pracuje nad tym, żebym się w nim zakochał i osiąga planowany efekt. To wcale nie jest trudne -- wystarczy być dla mnie miłym, dobrym, akceptować mnie razem ze wszystkimi moimi odbiciami, nie ograniczać, nie zmuszać do rzeczy, które mi nie pasują i nie golić brody za często. Do monogamii się jeszcze nie posuwam, ale Drwal o tym wie i mu nie przeszkadza (a przynajmniej tak twierdzi), a ja i tak powoli wykruszam pozostałych chętnych, chociażby z powodu braku czasu. Czas spędzam pracowicie. Na nauce języka; na oglądaniu filmów instruktażowych z kanałów modernblacksmith i MarkAspery na youtube; na siłowni (w zeszłym tygodniu pięć razy); na polowaniach na kowali; na pisaniu różnych rzeczy; na remiksowaniu różnych rzeczy; na dzierganiu kolczugi (co się robi z kolczugą? nie kuje, nie szyje, nie szydełkuje, nie składa... no co się z nią robi...? -- no i, rzecz jasna, z Drwalem. Tak więc jak na razie dotrzymuję wszystkich postanowień noworocznych. 2011 był, jak wspominałem, rokiem -- szczerze mówiąc -- nieco gównianym. Intensywnym, i owszem, tyle, że na ogół w nieprzyjemny sposób. 2012 jest mi coś winien, a ja planuję wyegzekwować wszystko, łącznie z odsetkami do najmniejszego grosza. To będzie mój rok, czy mu się to podoba, czy nie. Jedyne, co mogłoby mnie powstrzymać, to problemy zdrowotne, dlatego też żrę witaminy, ciemny chleb, pierś z kurczaka i brokuły, unikam piwa i latam na siłownię. Jak 2012 spróbuje podskoczyć, to dostanie takiego kopa z półobrotu, że w locie zaśnie z nudów. A jak Wam mijają pierwsze dni nowego roku?
niedziela, 11 grudnia 2011
Notka kowalska
Cholera jasna, blox właśnie zeżarł pierwszą wersję. Przystępujemy do pisania od nowa. :/ Na szczęście temat zupełnie mi się jeszcze nie znudził i chętnie Was nim trochę pozanudzam... ![]()
Wczoraj miał miejsce jeden z najfajniejszych dni w moim życiu. ![]() Kowal, Sven, miał lat 31, wyglądał na 22, zaś z tych 31 lat 15 stanowiło doświadczenie w kowalstwie. Jak mi powiedział, zaczął od nauki inżynierii precyzyjnej, ale odkrył, że nie posiada ani odrobiny talentu matematycznego, więc przeniósł swoje zainteresowania w miejsce, gdzie jeden milimetr w tą czy tamtą stronę nie odgrywa ogromnej roli i nie trzeba przesadzać z precyzją, zaś ewentualne błędy da się naprawić (co było bardzo przydatne w przypadku moich prób używania wierteł). ![]() Poznałem wiele ciekawych narzędzi, z których dwa sam nawet wykonałem -- pogrzebacz i obcęgi. Muszę przyznać jednak, że bardziej podobała mi się zabawa palnikiem tlenowym oraz młotem parowym o nazwie Smurf: ![]() Sven wykazywał się ogromną cierpliwością, profesjonalizmem, poczuciem humoru -- kiedy okazało się, że brak mi trzeciej ręki do przytrzymania przewiercanego narzędzia i wiertarka wykonała dziurkę nie do końca tam, gdzie powinna, Sven nie irytował się, nie robił wszystkiego za mnie, tylko ze śmiechem naprawiał błąd. Generalnie zaś pokazywał mi co robić, po czym oddalał się i pozwalał mi robić to samemu, bez patrzenia mi na ręce. ![]() Po trzech godzinach używania młota odkryłem mały problemik. Moje wypracowane na siłowni mięśnie, o które się nieco martwiłem, nie miały żadnych problemów z wykonywaniem właściwego ruchu. Problem miały natomiast moje różowe, mięciutkie łapki, na których w ciągu dwóch godzin pojawiły się pęcherze, zaś w ciągu kolejnych godzin pęcherze pękły, skóra się zdarła, a w mięsko wtarł uroczy pył węglowy... Dodatkowo udało mi się udowodnić, iż posiadam liczne talenta manualne za pomocą uderzenia się trzymanym w prawej ręce młotkiem w prawą rękę. Na koniec dnia moje ręce wyglądały więc tak: ![]() Zdjęć podczas machania młotkiem niestety nie posiadam, ponieważ nie przeszła mi przez gardło prośba, żeby Sven takowe wykonał -- czułbym się troszkę za bardzo jak turysta w skansenie. Celem mojej wizyty nie było zaś przyglądanie się z ukosa eksponatom i cedzenie "to interesujące", tylko nauczenie się tyle, ile tylko możliwe w ciągu sześciu godzin. Na szczęście Sven w pewnym momencie złapał mój aparat i zaczął się nim bawić, dzięki czemu mogę tę notkę zilustrować np. tak... ![]() Sześć godzin upłynęło w ogóle nie wiadomo kiedy, a moje przewidywania, że praca może mi się spodobać potwierdził fakt, że mimo pęcherzy i lekko obolałego prawego ramienia byłem gotów spędzić tam również całą noc, a najlepiej najbliższe pięć lat :) Jak wspomniałem, wykonałem własnoręcznie (naprawdę własnoręcznie) pogrzebacz, mało może użyteczne, ale za to bardzo ładnie powyginane obcęgi, zaś na koniec zaczęliśmy, ale nie dokończyliśmy z braku czasu, głowę smoka: ![]() Żarty żartami -- to naprawdę był jeden z najbardziej ekscytujących dni mojego życia. Niestety, Sven ucznia już posiada (poza tym znajduje się w odległości dwóch godzin jazdy pociągiem), ale według jego słów dużo dobrych kowali mieszka w Belgii, Niemczech i... w Polsce. Czyżby los postanowił mi udowodnić, że istnieje taki sposób, żebym z własnej woli wrócił do Polski? :P Ciąg dalszy zdecydowanie nastąpi... ![]() |
Archiwum
Zakładki:
Interesujące
Tagi
|