Wpisy z tagiem: droga Kasiu
niedziela, 17 lipca 2011
Różności
Czasem jest dobrze, a czasem trochę mniej dobrze. W tej chwili jest mniej dobrze, ale ogólnie jednak nieźle. * Pierwszą notkę o depresji wywlekałem z siebie pazurami i zębami, przekonany, że nie powinienem się tak otwierać, a poza tym, co to kogo obchodzi. Odzew przewyższył wszelkie moje oczekiwania, a przy okazji wyautowało mi się dużo komentatorów, ludzi sympatycznych i fajnych, którzy przyznali się, że też zdzirę na swojej drodze życiowej spotkali. Ja zaś dorzucę moje ukochane Janet Jackson i Marian Keyes. Jakoś tak się dzieje, że depresja dotyka głównie (acz, rzecz jasna, nie jedynie) osób sympatycznych, emocjonalnie rozwiniętych i wrażliwych. Taki Chris Brown, czy Jacek Kurski raczej nie borykają się z problemami z samooceną, kompleksami i zdzirą uniemożliwiającą funkcjonowanie. * Ileż jest na świecie osób, które chętnie ocenią, czy to, jak się zachowuję, co robię, czym odżywiam, jak wyglądam, w co się ubieram jest dobre, czy złe; czy zasługuję na pochwały, czy też nie; czy zasługuję na legalizację związku, czy też nie. Jakoś tak jest, że to właśnie te osoby, które NIE czują, że mają monopol na Prawdę, Dobroć i Słowo Boże, te, które mają wątpliwości i gotowe są dać się przekonać, jeśli pojawią się wystarczające argumenty -- te właśnie osoby wydają się stanowić mniejszość podatną na depresję. Oraz mniejszość, z którą potrafię się zaprzyjaźnić. Chciałbym wierzyć, że to przypadek, że wśród moich przyjaciół jest tyle osób z rozmaitymi problemami psychologicznymi, ale nie wierzę. Może po prostu osoby z problemami psychologicznymi są bardziej interesujące? * Zakończyło działalność wydawnictwo Abiekt.pl. Bardzo żałuję. Kilka książek wydawnictwa otrzymałem jako prezenty od Szacownego Eksmałżonka i bardzo mi się podobały, z wyjątkiem okropnej czcionki "komiksowej" na okładce Fun Home. (Ale jak się daje książki fetyszyście typografii, to trzeba się liczyć z dziwnymi komentarzami typu "co, Comic Sans nie było na komputerze"...) Komiks "Konrad i Paul", który wydawnictwo opublikowało zdaje się na początku swojego istnienia podzielił polskie środowisko gejowskie, ponieważ pokazywał to środowisko takim, jakie ono jest. Dwaj panowie żyją sobie w otwartym związku, uprawiają seks z różnymi chętnymi, wpadają na pomysły czasem zabawne, czasem obrzydliwe, a czasem i to i to naraz i się tego nie wstydzą. I to właśnie podzieliło środowisko, które również lubi uprawiać seks z różnymi chętnymi i wpada na różne pomysły, ale się tego wstydzi i ukrywa. "Po co o takich rzeczach mówić na głos..." -- A może po to właśnie, żeby zdjąć z nich odium brudnych i wstrętnych rzeczy, o których nie mówi się publicznie? Osoby z Monopolem na Prawdę, w skrócie OMPy, żerują właśnie na naszym poczuciu wstydu. Osoby, które usiłują nam wciskać, że homoseksualizm jest kwestią wyboru i jako taki nie zasługuje na żadne względy prawne, podobnie. Dostajemy piany na ustach, wykłócając się, że nie, nie jest kwestią wyboru (naprawdę, heteroseksualizm niesie za sobą takie profity i zwyczajną wygodę, że chyba tylko osoby o inklinacjach masochistycznych WYBRAŁYBY homoseksualizm), zamiast spytać chłodno: no, a jeśli jest, to co wtedy? Pan wybrał swoją żonę, mimo, że wygląda ona jak kanapa, a ona wybrała pana, mimo, że wygląda pan jak Quasimodo w gabinecie krzywych luster, naprawdę, ludzie dokonują najdziwniejszych wyborów, ale kto panu dał prawo decydować, że ten wybór jest dobry, a ten już jest fe? * Margaret Cho, moja ulubiona komediantka stand-up, całe życie boryka się z problemami z samooceną, ponieważ po pierwsze ma tego pecha, że nie urodziła się biała, a po drugie -- ma problemy z wagą, które usiłowała zwalczać drakońskimi dietami, pigułkami z amfetaminą (patrz "Requiem Dla Snu") i zastępowaniem jedzenia alkoholem. Kiedy telewizja ABC zaproponowała jej stworzenie własnego sitcomu, w którym grałaby rolę samej siebie, nakazano jej schudnąć. Była za gruba do zagrania samej siebie! Wszyscy wiemy, że chude jest dobre, a grube jest złe, białe jest piękne, a inne kolory to już tak różnie, a z tej wiedzy biorą się strony pro-ana, rasizm i wiele innych wesołych i zabawnych rzeczy. Problemy z wagą, bulimia, anoreksja i tym podobne do mnie przemawiają, ponieważ przez bardzo długi czas sam zmagałem się ze swoim body image; odchudziłem się do 67 kg przy wzroście 184 cm i ciągle czułem się tłusty (jednocześnie odnotowując, że nie jestem w stanie siedzieć na twardym, bo suchy tyłek nie wyrabia); potem na siłowni usiłowałem za każdym treningiem spalać więcej kalorii na cardio do momentu, kiedy o mało nie spadałem z bieżni, a po powrocie wypijałem butelkę wina, zjadałem pizzę i szedłem spać. To, że moje ciało pod wpływem treningów w końcu uległo zmianie, odkryłem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem odbicie swojego torsu w lustrze pod takim kątem, że nie było widać twarzy i rozejrzałem się w poszukiwaniu tego napakowanego gościa. To, co widziałem w lustrze w domu -- gdzie wiedziałem, że oglądana osoba to ja -- jako żywo miało wątłe łapki jak patyczki i wielkie brzuszysko. Nie odchudzałem się dlatego, że ktoś mi kazał; Szacowny Eksmałżonek twardo twierdził, że w niczym mu mój brzuszek nie przeszkadza. Nie odchudzałem się z powodu problemów zdrowotnych. Nie odchudzałem się z żadnego innego powodu, jak tylko głęboko w głowie zakorzeniona myśl, że grube jest złe i trzeba je odchudzić. Z tego też powodu spędzałem godziny na siłowni, a potem zapijałem winem uczucie, że jestem strasznie nieszczęśliwy ze samym sobą. * Przestańmy, drogie środowisko LGTB, odżegnywać się od jakiejkolwiek chęci brania ślubów i posiadania dzieci. Stańmy Gowinowi naprzeciw i powiedzmy mu bezczelnie: Panie Gowin, pan dla mnie jest żaden autorytet w dziedzinie tego, kogo mam kochać, a kogo nie, pana poglądy na temat ślubów osób tej samej płci też mnie nie ciekawią, pan się mnie nie pytał przed ślubem, nie wiem, czemu ja miałbym się pana pytać przed moim. Jeśli jest pan przekonany, że rodzina tradycyjna musi się rozpaść i ulec rozkładowi pod wpływem legalizacji związków osób homo, to albo pan nie kocha żony i pragnie uciec w ramiona mężczyzny, albo boi się pan, że żona ucieknie w ramiona kobiety, ale naprawdę, pana osobiste problemy kompletnie mnie nie interesują. Co mnie interesuje? Interesuje mnie, że mój mężczyzna ma syna z małżeństwa z kobietą płci odmiennej, mieszkamy razem od 6 lat, mieszkanie jest na męża, a mąż ma raka z przerzutami i nie dość, że nie mogę go odwiedzać w szpitalu, nie mogę się doprosić o informację, czy jeszcze żyje, a syn płacze wieczorami, że nie chce jechać do mamy do Anglii, tylko chce zostać ze mną, u nas w domu, na który nie będzie nas stać, bo nawet jeśli mąż mi go zapisze w spadku, w życiu nie zdołam zapłacić podatku. I wiecie co, pp. Gowin, Terlikowski, Kaczyński, Niesiołowski et consortes? W dupie mam wasze poczucie estetyki, w dupie mam wasze uczucia religijne, w dupie mam "to się da przecież załatwić u notariusza", w dupie mam "homoseksualizm to kwestia wyboru" i ogólnie w dupie mam małe miasteczka. * Nie jestem w związku otwartym, ale nie oceniam negatywnie osób, które są, tak samo, jak nie oceniam negatywnie osób, które biorą ze sobą ślub, lub rozwodzą się za porozumieniem stron. Negatywnie oceniam wyłącznie osoby, które zdradzają małżonków za ich plecami, łżąc im w żywe oczy, że musieli dłużej zostać w pracy. Tak się dziwnie składa, że ślub pary homoseksualnej większości Polaków wydaje się nienaturalny i zły, a zdradzanie żony większości Polaków wydaje się normalne, a duża część uważa je za nieuniknioną konsekwencję małżeństwa. Ciekaw jestem, czy łączy się to w jakiś sposób z faktem, że w Amsterdamie paradują bez koszulek mężczyźni, którzy mają ciała do pokazywania -- polecam wizytę w Vondelparku w słoneczny dzień, co poniektórzy siatkarze, bądź po prostu opalający się bez koszulek są w stanie spowodować wypadki rowerowe wśród osób płci obojga, które nie mogły oderwać wzroku od spoconych, muskularnych torsów. W Warszawie, w której chwilowo przebywam gościnnie, muskularne torsy są starannie ukrywane, zaś na słoneczko i letnią aurę wystawia się jak największe brzuchy piwne. Motywacja jest być może podobna -- wszak nie po to pan Jan pracował nad brzuszyskiem przez 20 lat, żeby swe dzieło teraz ukrywać przed ludzkim wzrokiem. A może po prostu w Amsterdamie mieszkają sami męscy anorektycy z problemami z body image, a w Warszawie zdrowi i normalni Polacy z właściwym spojrzeniem na sprawę? A kiedy widzę na gazeta.pl wątek pt. "wszystkie feministki są brzydkie i były molestowane" zastanawiam się, czy napisał go pan Jan osobiście i czy laptopa postawił na brzuchu, czy też sięgał z trudem do biurka.
środa, 04 maja 2011
Droga Kasiu, mam stresa
Dzisiaj porozmawiajmy o odstresowywaniu się. Jakoś tak się złożyło, że zarówno DJ, jak i ja mamy potworne stresy. Rodzinne, pracowe i związkowe. Związkowe, mam wrażenie, nie bez związku (SEE WHAT I DID HERE) z rodzinnymi i pracowymi. Toteż tydzień spędzamy na stresowaniu się pracą i rodziną, a weekend na żarciu się nawzajem i stresowaniu dla odmiany tym. Schemat kłótni między Navairą, a DJem wygląda tak. Na początek zażywamy jakieś substancje rozweselająco-odstresowujące celem odstresowania się pracowo i rodzinnie, przy czym ten rodzaj zażywania na ogół potrafi nie skończyć się po dwóch kielonkach, tylko pojechać nieco dalej, po czym odstresowujemy się następująco: 1. DJ jest złośliwy ciut bardziej niż zwykle 2. Navaira się irytuje 3. DJ się irytuje tym, że Navaira jest zirytowany 4. Navaira strzela focha 5. DJ strzela większego focha pt. "nie będzie mi tu byle kto strzelał focha" 6. Wściekły Navaira wyłącza telefon i oddala się w nieustalonym kierunku 7. DJ przez pierwsze 2 minuty chce przepraszać, ale nie ma kogo, bo telefon wyłączony, a kierunek nieustalony, po czym się wkurwia brakiem odzewu i zaczyna lać na odlew, poniżej pasa i bez filtra, ponieważ ogólnie filtra nie posiada 8. Navaira po kilku godzinach włącza telefon, odkrywa 4 wiadomości na poczcie głosowej i 12 smsów, z czego ostatnie 10 w tonie "ty obrażalska divo bez krzty samokrytyki", odpowiada na to lodowato "przyganiał kocioł garnkowi". 9. DJ reaguje wyrazami niepublikowanymi w słownikach 10. Navaira z nim zrywa Tu następuje chwila przerwy, od 5 minut, do 2 dni, po którym to czasie zauważamy, że wszystko fajnie, ale niestety nie umiemy żyć bez siebie, poza tym w ramach odstresowywania jeden gwałtownie łysieje, a drugi ma palpitacje serca. 11. DJ odzywa się do Navairy tonem napuszonej makolągwy 12. Navaira odpowiada tonem chłodno uprzejmej jaszczurki 13. DJ wypuszcza z siebie coś w stylu "ty cholerny egoisto" 14. Navaira odpowiada coś a la "wal się, draniu bez krzty wychowania" Tu następuje kolejna chwila przerwy, około pół godziny na ogół, po którym to czasie jeden niechcący drugiego przytula, albo mu kładzie rączkę na ramieniu, albo cóś w tym stylu. 15. Tu następuje pogodzenie się po długim burczeniu w stylu "no bo ty to coś tam i ja wtedy coś tam innego i ja pomyślałem, że ty coś tam coś tam", przeprosinach, całusach na zgodę i tym podobnych. Niestety w tym punkcie na ogół jest niedziela wieczór, a my zmarnowaliśmy cały weekend na żarcie się bez ładu i składu, co gorsza o jakąś pierdołę, bo na ważne tematy mamy to samo zdanie i o ważne się nie żremy. Uchylę rąbka tajemnicy i wyznam, że ja jestem ten z palpitacjami. Masakryczny zapierdol w pracy pięć tygodni z rzędu, połączony z trzema weekendami kłótni w tym samym okresie, problemami zdrowotnymi w rodzinie i wśród przyjaciół i paroma innymi przyjemnościami zaowocował tym, że jak na ogół potrafię bez problemu kontrolować poziom stresu, tak w tej chwili, niestety, nie potrafię. Odstresowywanie się za pomocą udawania na imprezy i spożywania dużych ilości piwa postanowiliśmy chwilowo zawiesić, bo nie mamy obaj siły na kolejny weekend nieodzywania się do siebie, poza tym nie mam wrażenia, żeby mój organizm akurat tego potrzebował. Wyjazd na dwa tygodnie w tereny zielone nie wchodzi w rachubę, bo, jak wspomniałem, zapierdol. Na siłownię nie mam zwyczajnie siły. Co zrobić, droga Kasiu? I jak przestać kłócić się o pierdoły? (A może zapytam o to na Forum Kobieta i potem napiszę notkę na heteroblogaska korzystając z otrzymanych odpowiedzi?) * PS. W ramach przeszłości, która się co jakiś czas odzywa, jeden taki misiu napisał mi smsa, prosząc uprzejmie o poradę w temacie najlepszych świec do polewania się woskiem podczas seksu. Jako znany ekspert do spraw S/M odpowiadam uprzejmie: duże tealighty z IKEA. (Nie małe, duże, te wielkości 8 cm.) Nie ma za co.
środa, 27 kwietnia 2011
Apolitycznie
Mam takiego przyjaciela, nazwijmy go Zenio, który ma chłopaka, którego nazwiemy Stefcio. Stefcio traktuje Zenia, generalnie, per noga. Zenio ma być na każde zawołanie Stefcia, kiedy Stefciowi pasuje, wtedy się widzą, a kiedy nie pasuje, wtedy się nie widzą. Zenio ma dopasowywać swój plan do planów Stefcia, nigdy odwrotnie. Stefcio z przyjaciółmi Zenia wychodzić nie lubi, bo jest mało wychodzący, ale kiedy przyjaciele Stefcia zapraszają go na obiad, Zenio nie jest zapraszany. I tak dalej. Spytany przeze mnie wczoraj Zenio powiedział mi, że absolutnie sobie wyobraża, że za pięć lat będą nadal razem. I tutaj się uwidacznia pewna różnica: otóż ja wcale sobie nie wyobrażam, że za pięć lat będziemy nadal razem z DJem, mimo tego, że DJ mnie traktuje cokolwiek lepiej, niż Stefcio Zenia. Jakoś tak mam problem z przywyknięciem z powrotem do idei samego siebie w związku. Kiedy spotykałem się z Wikingiem, ba, kiedy się mu oświadczałem, byłem pełen po brzegi chęci do kompromisów, dorosłości, przedkładania interesu związku nad własny prywatny, mówiłem o nas per "my" (my uważamy, my będziemy, my pojawimy się, etc.) i dostałem dzięki temu elegancko po dupie, bo okazało się, że na te wszystkie kompromisy to miałem iść wyłącznie ja, zaś co do Wikinga, udostępniał mi on jedną półkę w szafie i odrobinę miejsca w łazience i nawet to musiałem sobie wywalczyć zębyma i pazuryma. Jakiś czas temu pożarliśmy się z DJem o coś, mniejsza, o co, bo była to pierdoła (może to i dobrze, że kłócimy się wyłącznie o drobiazgi, bo to znaczy, że na ważne tematy mamy to samo zdanie...) i bardzo elegancko było widać różnicę w moim podejściu do związku: nie myślałem per "my", tylko per "ja", co DJ mi wytknął, kiedy już zaczęliśmy znowu ze sobą rozmawiać. Czy MI to pasuje? Czy JA się z tym dobrze czuję? Czy JA jestem na niego wkurzony? Co JA o tym myślę? Dodatkowo okazało się, że nastąpiła zamiana ról: otóż z Wikingiem to ja dzwoniłem, przepraszałem i łagodziłem, zaś z DJem to on dzwoni, przeprasza i łagodzi, ponieważ gdybyśmy czekali, aż zrobię to ja, to w trakcie oczekiwania umarlibyśmy ze starości. Martwi mnie nieco myśl, że właśnie w ten sposób Wiking stał się kompletnie skostniałym w swoich obyczajach, niezdolnym do kompromisu i zmiany zdrewniałym tworem: po prostu zależało mu mniej i mniej, był gotów do zmian w coraz mniejszym stopniu, aż elastyczność kompletnie w nim zanikła i już. Droga Kasiu, czy są na to jakieś kremy zwiększające elastyczność? A może wszystkie idealne pary powinny się składać z takiego Zenia i Stefcia i po prostu muszę w pełni zaakceptować swoją stefciowatość i zacząć traktować DJa o wiele gorzej, niż do tej pory?
|
Archiwum
Zakładki:
Interesujące
Tagi
|