Wpisy z tagiem: Occupy Wall Street
piątek, 14 października 2011
Occupy everything!
Mógłbym skomentować wynik wyborów, ale mi się nie chce.
Kiedy wyjeżdżałem z Polski pięć lat temu, byłem sporo na lewo od SLD.
Szczerze mówiąc, byłem sporo na lewo od Krytyki Politycznej, ruchów
LGTB oraz genderystów i feministek. Odkrycie, że usiłuję walczyć o
prawa i zmiany, które w Holandii są oczywistą oczywistością, a w
Polsce nikogo nie interesują i nawet wśród osób, które skorzystałyby
na ich wprowadzeniu moje postulaty powodują niepewność i chęć ucieczki
zdołowało mnie dość mocno. Zrozumiałem, że chęć zmiany poglądów CAŁEGO
kraju nie jest do końca zdrowym pomysłem i prościej będzie pojechać
gdzieś, gdzie nie będę musiał zajmować się tłumaczeniem "osobom, które
mają mnóstwo przyjaciół gejów" dlaczego adopcja przez parę
homoseksualną nie jest złem na miarę zatrudnienia Nergala w programie
TVP.
Po ostatnich holenderskich wyborach okazało się, że mamy
premiera-liberała, a w koalicji chrześcijan i nazioli. Coś tak, jakby
w Polsce premierem został Korwin-Mikke, a do koalicji dobrał sobie PiS
i NOP. Premier zajmuje się aktualnie demontowaniem systemu ulg
podatkowych, co szczególnie uderza w firmy podobne do mojej, czyli
zarejestrowane jako not-for-profit -- dla liberała firma
not-for-profit to jakieś dziwo kierowane przez idiotów. Zaostrza
system podatkowy, celując w uboższych, imigrantów i z lubością
ograniczając dostęp do zasiłków. A czemu Rutte został premierem?
Wyłącznie z powodu jednej obietnicy: niezmieniania systemu zwrotu
podatku za kredyt mieszkaniowy.
Holendrzy, jak większość ludzi w krajach rozwiniętych, żyją na kredyt.
System holenderski wygląda tak, że kiedy kupujecie mieszkanie, każda
rata kredytu jest objęta zwrotem podatku. Moja rata wynosi jakieś 960
euro miesięcznie, z czego zwraca mi się jakieś 320. Tyle, że ja jestem
ubogim imigrantem (hihi) i kupiłem tzw. starter. System ten obejmuje zaś
również milionerów, którzy kupują domy za 2 miliony euro na raty
wyłącznie dlatego, że system zwróci im z tego 600 tysięcy.
Przed wyborami poprzedni premier dokonał odkrycia Ameryki w
konserwach: oturz!!1!! niestety kraju nie stać na utrzymywanie tego rodzaju
ulgi podatkowej. Każda partia dzieliła się swoimi pomysłami: kompletna
likwidacja ulgi, ograniczenie kwoty wolnej od podatku do np. 500 tysięcy
euro, czy też działanie ulgi wyłącznie przez pierwsze 5-10 lat od
zakupu. VVD -- partia liberalna -- była jedyną, która obiecała utrzymanie
ulgi w obecnym kształcie, po czym zupełnie niespodziewanie dla wszystkich,
wliczając samą siebie, wygrała wybory.
Rząd złożony z liberałów, chrześcijan i nazioli zupełnie nie zaspokaja
moich wymagań, więc czuję się niemalże tak, jak czułem się w Polsce,
oglądając podział mandatów między partię prawicową, partię bardziej
prawicową, partię postkomunistów zainteresowanych wyłącznie stołkami i
partię rolniczą. W Holandii kibicuję przynajmniej opozycji, ale jak
wiedzą wyborcy PiS nie jest to los wyjątkowo ekscytujący. W Polsce,
niespodziewanie, zacząłem przez jakieś pięć minut rozważać kibicowanie
Palikotom, ale rozważanie zakończyło się nadzwyczaj szybko, gdy partia
zdecydowała się na nazwę "Ruch Poparcia Palikota". Cieszę się, że pani
Grodzka weszła do Sejmu, trzymam kciuki za zdjęcie krzyża, ale niestety
idea podatku liniowego kompletnie mnie nie kręci.
W krajach Zgniłego Zachodu obserwuje się odradzanie lewicy. W Polsce
niespecjalnie to widać, po części dlatego, że nie ma się co odradzać
-- chyba, że uznamy PiS za lewicę. Natomiast kryzys, który dotknął
bardzo wielu ludzi, uświadomił im, że jest jedna grupa, która
kompletnie uniknęła jakichkolwiek konsekwencji: najbogatsi i bankowcy.
(Określenie "jedna grupa" wydaje mi się uzasadnione.) Podczas, gdy
najbiedniejsi potracili swoje z trudem wyproszone kredyty -- albo, co
gorsza, wciśnięte im na siłę przez bankowców, którym zależało na
wypracowaniu premii -- prezesi banków bardzo ucieszyli się z rządowych
zapomóg, dzięki czemu ich premie liczone w milionach dolarów/euro nie
były zagrożone. Kojarzycie maklera ze słynnego klipu, który mówi, że światem nie
rządzą rządy państw, tylko Goldman Sachs? Ma rację. Zbudowaliśmy
wspólnymi siłami system, który opiera się na kilku pewnikach: życiem
rządzą banki i kredyty, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, a w
przypadku wątpliwości na JAKIKOLWIEK temat należy spytać księdza.
Drugi i trzeci pewnik w krajach Zgniłego Zachodu już padły. Powoli
zaczyna chwiać się pierwszy. Do coraz większej ilości ludzi dociera,
że nie jest tak do końca fajnie, jeśli do zrozumienia dowolnej umowy
bankowej musimy posiadać wykształcenie prawnicze; jeśli prezes banku
zarabia 500 razy tyle, co jego szeregowy pracownik; jeśli różnice
klasowe owocują tak ciekawymi efektami ubocznymi, że winnymi podczas
zamieszek w Anglii okazują się najbiedniejsi (których nigdy nie będzie
stać na domy, sklepy i samochody, które spalili) oraz najbogatsi
(którzy wiedzą, że jakby co tatuś zapłaci, więc mają wszystko w dupie
i dobrze się bawią).
Chciałbym zobaczyć polityka, który powie: spierdoliliśmy sprawę.
Poddaliśmy się bez walki, rozkraczyliśmy nogi i pozwoliliśmy się
zerżnąć bankierom, którzy sami również sprawę spierdolili, po czym
metodą na głodnego kota miauczeli tak długo, aż grzecznie wręczyliśmy
im miliony celem pokrycia strat. Uzyskane miliony chłopcy w drogich
garniturach wydali na dywidendy i premie. A może tak wymyślić system,
dzięki któremu nie będziemy płacić prezesom banków milionowych premii?
Dzięki któremu pani Józia z Głodowej Wólki dostanie umowę kredytową na
jednej stronie, a nie stu pięćdziesięciu, i ta jedna strona NIE będzie
wydrukowana czcionką rozmiaru trzy punkty?
Palikot na pewno nie będzie tym, który się tym zajmie, z prostego
powodu, że popiera on podatek liniowy. Ja zaś popieram niski VAT,
wysoką pensję minimalną i bardzo wysoki podatek dla najlepiej
zarabiających. Kiedy mówię bardzo wysoki, mam na myśli 90%. Nie ma
żadnego powodu, dla którego prezes banku miałby zarabiać 500 razy
tyle, co sprzątaczka. Dwa razy tyle, oczywiście, to zrozumiałe; trzy,
pięć razy, no cóż, tak już jest, niektórzy mają o wiele więcej stresów
i obowiązków, pięciokrotne zarobki mają być może sens, chociażby jeśli
wliczyć wydatki na psychoterapeutę i kokainę. Ale 500 razy? 500 razy
nie ma żadnego uzasadnienia. Każdy z nas ma taki sam żołądek.
* Jutro o 12 Occupy Amsterdam. Wybieram się.
|
Archiwum
Zakładki:
Interesujące
Tagi
|