Wpisy z tagiem: depresja

niedziela, 05 lutego 2012
Koniec?
No i wracam...



Dwa tygodnie w kuźni okazały się najpiękniejszym okresem mojego życia. Kiedy raptem siedem miesięcy temu spędzałem całe dni czując się jak brukselka, problemem było dla mnie wyjście z domu i udanie się do parku po drugiej stronie ulicy, a założenie skarpetek potrafiło zająć 45 minut naprawdę nie spodziewałem się, że kiedyś jeszcze będę tak niesamowicie szczęśliwy. Podczas pracy -- przy czym "praca" nie jest dobrym określeniem czegoś, co aż tak mnie uszczęśliwia, wcale nie męczy i co mógłbym wykonywać wyłącznie z przerwami na jedzenie i sen -- niekiedy miewałem w oczach łzy ze szczęścia. Kiedy coś mi uparcie nie wychodziło, złościłem się, ale nadal byłem szczęśliwy; a kiedy za piątą próbą w końcu się udawało, nieomal widziałem, jak fala serotoniny zalewająca mój mózg złoci się w słońcu.

Podobnie jest z reakcjami osób, które widzą produkty moich rąk. Przywykłem do tego, że ludziom w zasadzie podoba się to, co robię, ale nigdy jeszcze nie widziałem, jak mojej przyjaciółce z wrażenia odejmuje głos. Większość ludzi bardzo jest ciekawa tego, jak można za pomocą młota i kowadła stworzyć różę, a ja chętnie im to po sto razy opowiadam. Ba -- ciężko jest doprowadzić do tego, żebym się trochę przymknął lub pogadał o czymś innym. Wychodząc z kuźni ostatniego wieczora czułem się pusty. Jakbym obudził się z przepięknego snu i odkrył, że rzeczywistość w ogóle się do niego nie umywa. Ale... to przecież nie koniec.

Z każdym dniem utrwalało się we mnie przekonanie, że to dopiero początek; a moja depresja -- podobnie, jak za pierwszym razem -- okazuje się wyzwoleniem. To depresja przecież zmusiła mnie do działania; do zmian. Gdyby nie ona, być może nadal siedziałbym za swoim biurkiem, smętnie rozważając zmianę pracy. Nie miałbym w oczach łez szczęścia, głaszcząc okładkę "The Art of Blacksmithing", czytając o technikach obróbki metalu i wiedząc, że niemal wszystkie poznałem. Nie miałbym w Facebooku wiadomości od kowala imieniem Casper, który gratuluje mi zakończenia kursu i pyta, w jakie dni chcę przychodzić do jego kuźni ćwiczyć nowo nabyte umiejętności. Nie miałbym nowo nabytych umiejętności. Nie miałbym w kieszeni pierwszych pięciu złotych za gwoździa z łbem w kształcie kalafiora. Nie dzwoniłbym na Okęcie, przedstawiając się słowami "dzień dobry pani, jestem kowalem i mam takie pytanie..." aby dowiedzieć się, czy w bagażu można przewozić niedokończony sztylet.

Moje życie jest przepiękne i fakt, że za chwilę zażyję, jak co dnia, tabletkę antydepresantu zupełnie w tym nie przeszkadza.

*

Ogłoszenia parafialne:

Kilkoro z Was wysłało mi requesty na Facebooku. Niestety, nie akceptuję requestów od osób, których nie znam. Jeśli jesteś regularną komentatorką lub komentatorem, wyślij wiadomość i podaj swojego nicka.

Kilka osób pytało o możliwość zakupu różnych fragmentów mojej radosnej twórczości -- oczywiście z przyjemnością umożliwię Wam jej nabycie. Muszę tylko te dzieła zinwentaryzować, pofotografować i gdzieś zamieścić -- oraz obmyśleć sposób płatności i ceny.

No i obiecuję, że nie będę od tej pory pisać WYŁĄCZNIE o młotkach i kowadłach... :)
poniedziałek, 31 października 2011
4 dni, 4 godziny i 44 minuty
Ostatni tydzień w dotychczasowej pracy.

Wypalenie zawodowe zawsze wydawało mi się wymyślonym problemem dotykającym osób kiepskich w tym, co robią. Nie przyszło mi do głowy, że dotknie mnie. A już na pewno nie dlatego, że odkryję, że zamknąłem się w złotej klatce, w pracy, która nie stanowi dla mnie wyzwania, która jest prosta, przyjemna, nieabsorbująca i przez większość czasu... nudna. Mili współpracownicy, fajne zarobki, pieniądze na wakacje, rozjazdy, kredyt na mieszkanie... i mordercza nuda.

Przez miesiące powtarzałem sobie: jest kryzys, masz kredyt, warunki ekonomiczne, rynek pracy, etc. etc. Najpierw działało. Potem działało coraz gorzej, zgrzytało i chrzęściło, aż działać przestało -- i odkryłem, że nie jestem w stanie wyleźć z łóżka w poniedziałkowy poranek. Wtedy zrozumiałem, że podobnie jak wyrzucony z domu alkoholik, dotarłem do ściany -- albo zmienię sytuację, w której jestem, albo sytuacja mnie zabije. W jak najbardziej dosłowny sposób, jak wiedzą ci, którzy chorowali na depresję.

W ten sposób z własnej woli odchodzę z dobrze płatnej, bezpiecznej pracy podczas kryzysu ekonomicznego. Ci, którzy nie rozumieją, jak czuje się osoba wypalona zawodowo -- bądź pracują na kasie w supermarkecie za grosze -- zapewne uważają, że jestem kompletnym idiotą z #whitegirlproblems. Ale podobnie, jak w związku, który dotarł do fazy powolnego rozkładu, w pewnym momencie trzeba powiedzieć "koniec" i odejść; nieważne są kredyty, czterogwiazdkowe wakacje i markowe ciuchy, jeśli każdy poranek rozpoczyna się od myśli samobójczych.

Ostatnie tygodnie w pracy wzbudzały we mnie wiele ekstremalnych uczuć. Z jednej strony: ulga. Z drugiej: przerażenie. Z trzeciej: radość. Z czwartej: to doznanie, które mamy, odkrywając, jak wiele ludzi lubiło z nami pracować, żałuje, że odchodzimy, pyta, czy i jak może nam pomóc i oferuje, że napisze nam referencje. Z piątej: wrażenie, że zmarnowałem ostatnie 12 lat; dotarłem do ściany, za którą cholera wie, co znajdę, przez 12 lat pracowałem w zawodzie, w którym w tej chwili nie wyobrażam sobie dalszej pracy, a nic innego nie umiem. Czy to znaczy, że spierdoliłem sobie życie?

Zgrzytając zębami staram się dożyć piątku. A co będzie w poniedziałek, kiedy okaże się, że weekend minął, a ja nigdzie nie muszę rano iść? Nie mam pojęcia.
niedziela, 02 października 2011
Wszystko ch.
Drogi roku 2011, mam do Ciebie prośbę: SPIERDALAJ.

W szczególności naraziłeś mi się w tym tygodniu. W poniedziałek odkryłem, na jak słabych podstawach opiera się moje dobre samopoczucie; szef zachował się wobec mnie bardzo niefajnie, ale bez większych konsekwencji (usiłował wetknąć nos w kompetencje kadr, które dały mu po łapach). Niestety mój umysł nie był w stanie przyjąć do wiadomości braku kompetencji. Wróciłem do biurka po rozmowie i poddałem się atakowi paniki; kolejne dwa dni spędziłem usiłując nie myśleć WYŁĄCZNIE o samobójstwie. Oczywiście nie realizuję tych myśli (jak widać) ponieważ wiem, że to nie ja myślę, tylko depresja, ale niestety od tego nie robi mi się o wiele lepiej.

W środę zostałem uprzejmie nakłoniony do wysłania maila do współpracowników z informacją o moim odejściu, dzięki czemu kadry będą mogły zacząć poszukiwania mojego następcy. Pisząc maila miałem bardzo mieszane uczucia; nie do końca odchodzę z tej pracy dlatego, że chcę, ale też dzięki pomocy kadr odchodzę z ogromną pluszową poduchą, siatką bezpieczeństwa i przypięty liną. Nie mam nowej pracy, ale -- w zasadzie/na ogół/przez większość czasu/prawie w stu procentach -- wierzę, że znajdę ją w miarę prędko. Z drugiej strony, bardzo lubiłem pracować z tymi ludźmi, a jak udowodniło mi 13 odpowiedzi na mojego maila, oni lubili pracować ze mną. Referencje będę mieć przepiękne, od trzech różnych managerów, z których jeden spytał, czy MOŻE mi napisać referencje. No cóż, nie wiem, nie wiem, niech no się zastanowię, no dobrze, trudno, jak już musisz, to pisz ;)

W piątek rano trzymałem za rękę przyjaciela, któremu komunikowano, że powtórny test również wykazał obecność wirusa HIV w jego krwi. (Uschi, przysięgam, napiszę o tym, ale jeszcze nie teraz.) Był piękny, słoneczny dzień -- w Amsterdamie z niewiadomych powodów lato zaczęło się w dzień po oficjalnym jego zakończeniu i od 10 dni mamy temperatury powyżej 20 stopni i piękne słońce -- a my siedzieliśmy w kafejce obok kliniki z silnym poczuciem nierealności sytuacji. No bo jak to? Mój kumpel? Przecież ja go ZNAM. Przecież takie rzeczy przytrafiają się innym ludziom. Jakimś narkomanom czy innym takim. A nie mojemu przyjacielowi...

Dzisiaj rano obudziłem się, leciutko skacowany, gdyż o 8:30 nadszedł sms. Nie przeczytałem go od razu, bo planowałem jeszcze pospać, i była to decyzja słuszna. Sms był krótki i treściwy: "wujek umarł". Mój wujek dwa miesiące temu doznał dziwnych zawrotów głowy i na wszelki wypadek udał się do lekarza. Lekarz stwierdził raka z licznymi przerzutami. Rak do tej pory nie dawał żadnych konkretniejszych objawów, aż dopóki nie nastąpił przerzut do mózgu. Stan wujka pogarszał się błyskawicznie, aż jakieś półtora tygodnia temu dowiedzieliśmy się, że zostały mu "dni albo godziny". Po czym wujek nagle poczuł się lepiej, został wypisany ze szpitala, sobotę spędził pogodny, uśmiechnięty i spokojny, po czym zasnął i już się nie obudził. #fuckcancer

Takich oto przyjemności dostarczył mi mijający tydzień. Dzisiejszą randkę z Wilkołakiem odwołałem, bo jakoś nie byłem w nastroju na prowadzenie rozmowy o czymkolwiek oprócz raka, śmierci i chorób przenoszonych drogą płciową, a tak naprawdę w nastroju na rozmowę o raku, śmierci i chorobach przenoszonych drogą płciową też nie byłem. Niespecjalnie cieszy mnie nawet pogoda. Najchętniej chodziłbym na siłownię 2-3 razy dziennie, bo to jedyny okres, z wyjątkiem stanu ciężkiego upojenia alkoholowego, kiedy nie jestem w stanie myśleć o tym, co życie uznało za stosowne mi sprezentować. Znam maksymę o tym, że życie daje nam tyle problemów, z iloma uważa, że sobie poradzimy, ale przysięgam, że życie w moim przypadku wykazuje się zgoła przesadnym optymizmem i wolałbym chwilowo spędzić kilka miesięcy w sposób mniej urozmaicony. A przede wszystkim, jeśli można prosić, niech nikt dookoła mnie już nie umiera. Moja rodzina nie jest aż tak liczna i dwie osoby zmarłe w ciągu 8 miesięcy z pewnością wyrobiły już normę wraz z nadgodzinami.
środa, 07 września 2011
Prawdziwa krew (wilcza)
Sytuacja zaczyna być odrobinę skomplikowana.

Jak się okazuje, DJ nie odzywa się do mnie, gdyż jest zajęty spotykaniem się z wilkołakiem. Wiem o tym, gdyż napisał to na Twitterze, zaczekawszy, aż zacznę tam przejawiać aktywność -- wszakże nie o to chodziło, żebym tego nie przeczytał. W pewnym stopniu udało mu się popsuć mi humor -- nie przeczę, że nieco się zdołowałem tą informacją -- jakoś tak jest, że nie chcemy, żeby nasi eksi zbyt łatwo się po nas pocieszali i nawet fakt, że my się również już pocieszyliśmy nie do końca te dziwne uczucia rozprasza. Głównie czuję jednak irytujące poczucie własnej wyższości moralnej, ponieważ ja swoimi randkami nie chwalę się na Twitterze tylko po to, żeby DJ mógł to przeczytać. Chwalę się nimi tutaj, po polsku. :P

W serialu True Blood występują, jak wiadomo, wilkołaki. Tym, na którego zawsze leciał DJ, był Alcide, a tym, na którego leciałem ja, był Coot, ponieważ niestety mam beznadziejnie zły gust i tak z urody podobają mi się faceci ociekający testosteronem, w miarę możliwości brodaci, futrzaści i ubrani w skóry. Coot wygląda tak:


Jak się okazuje, obu nam spełniły się marzenia, ponieważ DJ spotyka się z sobowtórem Alcide'a, a ja z sobowtórem Coota. Jak wygląda Alcide DJa nie mam pojęcia, ale jak wygląda mój Coot wiem, rzecz jasna, doskonale -- tak, jak fotka powyżej, tyle, że z krótszymi włosami. Oprócz wyglądania Coot zajmuje się sprawianiem mi drobnego problemu. Mianowicie zaprosił mnie na kolację, gdyż chciałby ze mną spędzać więcej czasu.

Cóż złego w zaproszeniu na kolację, zapytacie? W zasadzie wszystko. Dwa tygodnie temu wszystkie, co do jednej, komórki mojego ciała (nawet te w większej główce) domagały się natychmiastowego powrotu DJa. Nie czuję się gotów na spotykanie się z kimś na poważnie, nie chcę niechcący przenieść uczuć z DJa na Coota, nie chcę skrzywdzić naprawdę fajnego faceta. Mieliśmy, do cholery, tylko ze sobą sypiać. Przy czym kiedy mówię "ze sobą", mam również na myśli jakąś rozsądną selekcję spośród 1 Surinamczyka, 1 Jamajczyka, 1 Kanadyjczyka, 1 Holendra oraz 1, eee, jak to się odmienia, Arubijczyka, którzy lecą na mnie energicznie, potykając się o sznurowadła i ogólnie rzecz biorąc z zapałem mi udowadniają, że wciąż jestem przerażająco atrakcyjny nawet mimo dodatkowych kilogramów po antydepresancie.

Skoro o tym mowa, ciągle borykam się z efektem ubocznym, a mianowicie problemami ze snem. Bez żadnych problemów zasypiam w stanie upojenia alkoholowego, ale umówmy się, że to nie jest rozwiązanie, które można stosować co wieczór. Bezalkoholowo natomiast w ciągu nocy przesypiam 3-5 godzin, a resztę czasu spędzam na przewracaniu się z boku lewego na bok prawy i odwrotnie, co szczerze mówiąc może człowieka po jakimś czasie znudzić. W ostatnich czterech dniach przespałem noc jedną -- po wizycie w moim ulubionym barze, gdzie szkocki barman dopełniał mi drinka wódką, żebym sobie nie poszedł za szybko. Pozostałe noce spędziłem na przewracaniu się z boku na bok. Ostatniej nocy postanowiłem być sprytny i zaczekać, aż zacznę być śpiący. O drugiej uznałem, że ten moment nie nastąpi i położyłem się do łóżka, gdzie spędziłem następne godziny na -- zgadliście -- przewracaniu się z boku na bok.

Drugi efekt uboczny jest łatwiejszy do zniesienia. Mimo przyrostu w pasie, przede wszystkim przyrastam w ramionach, plecach, bicepsach i klatce piersiowej, co zupełnie mi nie przeszkadza. Wszystkie rekordy siłowniane pobiłem 3 tygodnie temu, a od tego czasu każdy z nich pobiłem kolejne 3 razy. Przestałem się mieścić w swoją ulubioną przymałą koszulę, bo nie wchodzą mi w nią, eee, bicepsy. Cootowi się to wielce podoba i mi w sumie też. Mniej podoba mi się ten sam efekt w przypadku spodni, w które nie mieści się mój brzuch.

Trzeci efekt muszę tonować, polega on bowiem na tym, że niczego się nie boję. W tym przejeżdżania na czerwonym świetle, co zaowocowało wpierniczeniem się pod skuter, oraz spadania z hulajnóg, co zaoowocowało licznymi ranami szarpanymi oraz stłuczeniem telefonu. Wydaje mi się, że dobrze byłoby czasami nieco się jednak bać...
niedziela, 17 lipca 2011
Różności
Czasem jest dobrze, a czasem trochę mniej dobrze. W tej chwili jest mniej dobrze, ale ogólnie jednak nieźle.

*

Pierwszą notkę o depresji wywlekałem z siebie pazurami i zębami, przekonany, że nie powinienem się tak otwierać, a poza tym, co to kogo obchodzi. Odzew przewyższył wszelkie moje oczekiwania, a przy okazji wyautowało mi się dużo komentatorów, ludzi sympatycznych i fajnych, którzy przyznali się, że też zdzirę na swojej drodze życiowej spotkali. Ja zaś dorzucę moje ukochane Janet Jackson i Marian Keyes. Jakoś tak się dzieje, że depresja dotyka głównie (acz, rzecz jasna, nie jedynie) osób sympatycznych, emocjonalnie rozwiniętych i wrażliwych. Taki Chris Brown, czy Jacek Kurski raczej nie borykają się z problemami z samooceną, kompleksami i zdzirą uniemożliwiającą funkcjonowanie.

*

Ileż jest na świecie osób, które chętnie ocenią, czy to, jak się zachowuję, co robię, czym odżywiam, jak wyglądam, w co się ubieram jest dobre, czy złe; czy zasługuję na pochwały, czy też nie; czy zasługuję na legalizację związku, czy też nie. Jakoś tak jest, że to właśnie te osoby, które NIE czują, że mają monopol na Prawdę, Dobroć i Słowo Boże, te, które mają wątpliwości i gotowe są dać się przekonać, jeśli pojawią się wystarczające argumenty -- te właśnie osoby wydają się stanowić mniejszość podatną na depresję. Oraz mniejszość, z którą potrafię się zaprzyjaźnić. Chciałbym wierzyć, że to przypadek, że wśród moich przyjaciół jest tyle osób z rozmaitymi problemami psychologicznymi, ale nie wierzę. Może po prostu osoby z problemami psychologicznymi są bardziej interesujące?

*

Zakończyło działalność wydawnictwo Abiekt.pl. Bardzo żałuję. Kilka książek wydawnictwa otrzymałem jako prezenty od Szacownego Eksmałżonka i bardzo mi się podobały, z wyjątkiem okropnej czcionki "komiksowej" na okładce Fun Home. (Ale jak się daje książki fetyszyście typografii, to trzeba się liczyć z dziwnymi komentarzami typu "co, Comic Sans nie było na komputerze"...)

Komiks "Konrad i Paul", który wydawnictwo opublikowało zdaje się na początku swojego istnienia podzielił polskie środowisko gejowskie, ponieważ pokazywał to środowisko takim, jakie ono jest. Dwaj panowie żyją sobie w otwartym związku, uprawiają seks z różnymi chętnymi, wpadają na pomysły czasem zabawne, czasem obrzydliwe, a czasem i to i to naraz i się tego nie wstydzą. I to właśnie podzieliło środowisko, które również lubi uprawiać seks z różnymi chętnymi i wpada na różne pomysły, ale się tego wstydzi i ukrywa. "Po co o takich rzeczach mówić na głos..." -- A może po to właśnie, żeby zdjąć z nich odium brudnych i wstrętnych rzeczy, o których nie mówi się publicznie?

Osoby z Monopolem na Prawdę, w skrócie OMPy, żerują właśnie na naszym poczuciu wstydu. Osoby, które usiłują nam wciskać, że homoseksualizm jest kwestią wyboru i jako taki nie zasługuje na żadne względy prawne, podobnie. Dostajemy piany na ustach, wykłócając się, że nie, nie jest kwestią wyboru (naprawdę, heteroseksualizm niesie za sobą takie profity i zwyczajną wygodę, że chyba tylko osoby o inklinacjach masochistycznych WYBRAŁYBY homoseksualizm), zamiast spytać chłodno: no, a jeśli jest, to co wtedy? Pan wybrał swoją żonę, mimo, że wygląda ona jak kanapa, a ona wybrała pana, mimo, że wygląda pan jak Quasimodo w gabinecie krzywych luster, naprawdę, ludzie dokonują najdziwniejszych wyborów, ale kto panu dał prawo decydować, że ten wybór jest dobry, a ten już jest fe?

*

Margaret Cho, moja ulubiona komediantka stand-up, całe życie boryka się z problemami z samooceną, ponieważ po pierwsze ma tego pecha, że nie urodziła się biała, a po drugie -- ma problemy z wagą, które usiłowała zwalczać drakońskimi dietami, pigułkami z amfetaminą (patrz "Requiem Dla Snu") i zastępowaniem jedzenia alkoholem. Kiedy telewizja ABC zaproponowała jej stworzenie własnego sitcomu, w którym grałaby rolę samej siebie, nakazano jej schudnąć. Była za gruba do zagrania samej siebie! Wszyscy wiemy, że chude jest dobre, a grube jest złe, białe jest piękne, a inne kolory to już tak różnie, a z tej wiedzy biorą się strony pro-ana, rasizm i wiele innych wesołych i zabawnych rzeczy.

Problemy z wagą, bulimia, anoreksja i tym podobne do mnie przemawiają, ponieważ przez bardzo długi czas sam zmagałem się ze swoim body image; odchudziłem się do 67 kg przy wzroście 184 cm i ciągle czułem się tłusty (jednocześnie odnotowując, że nie jestem w stanie siedzieć na twardym, bo suchy tyłek nie wyrabia); potem na siłowni usiłowałem za każdym treningiem spalać więcej kalorii na cardio do momentu, kiedy o mało nie spadałem z bieżni, a po powrocie wypijałem butelkę wina, zjadałem pizzę i szedłem spać. To, że moje ciało pod wpływem treningów w końcu uległo zmianie, odkryłem dopiero wtedy, gdy zobaczyłem odbicie swojego torsu w lustrze pod takim kątem, że nie było widać twarzy i rozejrzałem się w poszukiwaniu tego napakowanego gościa. To, co widziałem w lustrze w domu -- gdzie wiedziałem, że oglądana osoba to ja -- jako żywo miało wątłe łapki jak patyczki i wielkie brzuszysko.

Nie odchudzałem się dlatego, że ktoś mi kazał; Szacowny Eksmałżonek twardo twierdził, że w niczym mu mój brzuszek nie przeszkadza. Nie odchudzałem się z powodu problemów zdrowotnych. Nie odchudzałem się z żadnego innego powodu, jak tylko głęboko w głowie zakorzeniona myśl, że grube jest złe i trzeba je odchudzić. Z tego też powodu spędzałem godziny na siłowni, a potem zapijałem winem uczucie, że jestem strasznie nieszczęśliwy ze samym sobą.

*

Przestańmy, drogie środowisko LGTB, odżegnywać się od jakiejkolwiek chęci brania ślubów i posiadania dzieci. Stańmy Gowinowi naprzeciw i powiedzmy mu bezczelnie: Panie Gowin, pan dla mnie jest żaden autorytet w dziedzinie tego, kogo mam kochać, a kogo nie, pana poglądy na temat ślubów osób tej samej płci też mnie nie ciekawią, pan się mnie nie pytał przed ślubem, nie wiem, czemu ja miałbym się pana pytać przed moim. Jeśli jest pan przekonany, że rodzina tradycyjna musi się rozpaść i ulec rozkładowi pod wpływem legalizacji związków osób homo, to albo pan nie kocha żony i pragnie uciec w ramiona mężczyzny, albo boi się pan, że żona ucieknie w ramiona kobiety, ale naprawdę, pana osobiste problemy kompletnie mnie nie interesują. Co mnie interesuje? Interesuje mnie, że mój mężczyzna ma syna z małżeństwa z kobietą płci odmiennej, mieszkamy razem od 6 lat, mieszkanie jest na męża, a mąż ma raka z przerzutami i nie dość, że nie mogę go odwiedzać w szpitalu, nie mogę się doprosić o informację, czy jeszcze żyje, a syn płacze wieczorami, że nie chce jechać do mamy do Anglii, tylko chce zostać ze mną, u nas w domu, na który nie będzie nas stać, bo nawet jeśli mąż mi go zapisze w spadku, w życiu nie zdołam zapłacić podatku. I wiecie co, pp. Gowin, Terlikowski, Kaczyński, Niesiołowski et consortes? W dupie mam wasze poczucie estetyki, w dupie mam wasze uczucia religijne, w dupie mam "to się da przecież załatwić u notariusza", w dupie mam "homoseksualizm to kwestia wyboru" i ogólnie w dupie mam małe miasteczka.

*

Nie jestem w związku otwartym, ale nie oceniam negatywnie osób, które są, tak samo, jak nie oceniam negatywnie osób, które biorą ze sobą ślub, lub rozwodzą się za porozumieniem stron. Negatywnie oceniam wyłącznie osoby, które zdradzają małżonków za ich plecami, łżąc im w żywe oczy, że musieli dłużej zostać w pracy. Tak się dziwnie składa, że ślub pary homoseksualnej większości Polaków wydaje się nienaturalny i zły, a zdradzanie żony większości Polaków wydaje się normalne, a duża część uważa je za nieuniknioną konsekwencję małżeństwa.

Ciekaw jestem, czy łączy się to w jakiś sposób z faktem, że w Amsterdamie paradują bez koszulek mężczyźni, którzy mają ciała do pokazywania -- polecam wizytę w Vondelparku w słoneczny dzień, co poniektórzy siatkarze, bądź po prostu opalający się bez koszulek są w stanie spowodować wypadki rowerowe wśród osób płci obojga, które nie mogły oderwać wzroku od spoconych, muskularnych torsów. W Warszawie, w której chwilowo przebywam gościnnie, muskularne torsy są starannie ukrywane, zaś na słoneczko i letnią aurę wystawia się jak największe brzuchy piwne. Motywacja jest być może podobna -- wszak nie po to pan Jan pracował nad brzuszyskiem przez 20 lat, żeby swe dzieło teraz ukrywać przed ludzkim wzrokiem. A może po prostu w Amsterdamie mieszkają sami męscy anorektycy z problemami z body image, a w Warszawie zdrowi i normalni Polacy z właściwym spojrzeniem na sprawę?

A kiedy widzę na gazeta.pl wątek pt. "wszystkie feministki są brzydkie i były molestowane" zastanawiam się, czy napisał go pan Jan osobiście i czy laptopa postawił na brzuchu, czy też sięgał z trudem do biurka.
czwartek, 23 czerwca 2011
Powrót zdziry
Czwarty dzień piszę tę notkę, ciągle mi się nie podoba, ale postanowiłem ją opublikować mimo to, żeby dać odpór plotkom, że nie piszę, bo poślubiłem Amy Winehouse i razem dajemy sobie w nos i żyłę na Bałkanach. Naprawdę, ludzie, wy to macie pomysły. Nie na Bałkanach, tylko na Hawajach!

*

Uprzejmie proszę o wybaczenie ciszy, jaka nastała wszędzie, gdzie w zasadzie powinienem pisywać różne rzeczy, ale nie czułem się ostatnio najlepiej. Konkretnie, dopadła mnie znowu depresja, dzięki czemu dołączyłem do już-podobno-ponad-50% osób, które nie poprzestają na jednym rzucie i ponawiają znajomość z paskudą.


W trakcie koncertu zaczęłam się orientować, że z  większym natężeniem patrzę na Evorię, niż jej słucham. Taka mała staruszka. I takie ma jaja, że Bruce Willis powinien się czołgać u jej stóp. Nie wiem, czy to jej wrodzona cecha, czy rutyna wynikająca z lat występów. Ale pierwszy raz byłam na występie kogoś, kto opanował w takim stopniu sztukę wdupiemania. "Wiem, że śpiewam dobrze. Ale niespecjalnie mnie obchodzi, czy wam się to podoba. Niespecjalnie mnie obchodzi, czy ja wam się podobam. Nie muszę". Żadnego podlizu, ukłonów, oczek do publiczności. Ja..ja jej chyba zazdroszczę.

Kiedyś robiliśmy sobie taką zabawę ze znajomymi "określ kogoś jednym słowem". Wiecie, jak byłam zazwyczaj określana? Przyjazna. Sympatyczna. Uśmiechnięta.

Czyli - czytaj między wierszami - taka, która nie uraża innych i zależy jej, żeby ci inni ją lubili. Faktycznie mi zależy. Ale czy nie ma w tym krztyny układności? Ulegania? Leku przed utratą czyjejś sympatii?

Tak sobie myślę od wczoraj - gdyby tak przeprowadzić na sobie proces stopniowej evoryzacji? Odcięcia się od tego, co inni o mnie myślą. Wypracowania sobie takiego podejścia - w sumie OK, jeśli mnie lubicie, ale generalnie wcale nie musicie, i tak jest mi ze sobą dobrze. Tylko wcale nie jestem pewna, czy w takim wypadku ciągle byłabym sobą.

Kiedy miałem depresję po raz pierwszy -- o ile pamiętam, 6-7 lat temu, jednym ze skutków ubocznych mojego leku była wybiórcza amnezja obejmująca kalendarz, tzn. pamiętam, że coś się wydarzyło, ale nie pamiętam kiedy i muszę liczyć na palcach -- pisałem bloga. Nie podam linka i proszę, żeby nie podawano go w komentarzach, bo nieco się wstydzę. Całą moją pisaninę dało się bowiem streścić w jednym zdaniu: "świat jest podły i mnie nie kocha, a ja się przecież TAK STARAM". Bo starałem się istotnie nie urażać innych, zależało mi, żeby wszyscy mnie lubili, a tymczasem świat na przykład wykazywał się homofobią. Albo mój współlokator oświadczał mi, że musi się wyprowadzić, bo nie może już patrzeć na moje tatuaże. Albo też dresy na ulicy rozmawiały głośno o tym, jak by mi zaraz chętnie wpierdoliły. A przecież ja tak się starałem być niewidzialny, bezwonny, kochany, słodki, uroczy i lubiany przez wszystkich i wszystkie, jednocześnie niestety mając ten problem, że byłem gejem, lubiłem tatuaże i różne inne ozdoby, ubierałem się na czerwono, fioletowo i żółto zamiast na szaro i brunatno i niestety świat złośliwie odmawiał grupowego zapewniania mnie o swojej bezwarunkowej miłości i akceptacji.

Dwa lata wyjęte z życiorysu. Pierwszy rok -- bo udawałem przed samym sobą, że jest ok i wcale nie potrzebuję pomocy. W ten sposób udało mi się osiągnąć głównie tyle, że zmarnowałem rok. Drugi rok -- bo brałem leki, ale twierdziłem, że psychoterapia nie jest mi do niczego potrzebna. Do Holandii przyleciałem niby to wyleczony, po czym odkryłem, że nadal mam w głowie bałagan i on się od samych leków niestety nie wysprzątał. Jak śpiewa George Michael, "I changed my name to get rid of the things that I want from you/strange, but a name is a name and the truth is the truth".

Terapia była procesem żmudnym, bolesnym i pracochłonnym, mającym na celu nauczenie się sztuki wdupiemania i eworyzacji. Nie lubi cię ciotka-homofobka? Pies jej mordę lizał, nie musi cię każdy lubić. Nie lubi cię Jarosław Kaczyński? Alik mu mordę lizał, nie musi cię lubić, on zresztą ogólnie mało kogo lubi. Współlokator nie lubi tatuaży? Cóż za szczęście, że nie musisz z nim już mieszkać! (Nie dokładnie tak wyglądała terapia, ale o wytłumaczenie mi tej prostej prawdy chodziło.) No i w końcu się udało wytłumaczyć -- przestałem się martwić rodziną, przestałem się martwić obcymi ludźmi, przestałem się martwić dresami (dodanie 10 kilo mięśni pomogło), ba, przestałem się martwić Wikingiem i martwiłem się już tylko i wyłącznie pracą, co w końcu okazało się moją zgubą.

Najpierw myślałem, że po prostu potrzebuję wypoczynku; miałem bowiem w pracy niezwykle stresujący okres, więc kiedy po jakimś czasie pojawiły się pierwsze objawy depresji, zwaliłem je na zwykłe przemęczenie. Tyle tylko, że okres się skończył, a objawy nie. W końcu zrozumiałem, co się dzieje, kiedy wziąłem dwa tygodnie urlopu, po czym dzień po jego zakończeniu okazało się, że nadal jestem zbyt zmęczony, żeby wstać rano z łóżka, ruszyć do pracy, przebywać z ludźmi i w ogóle robić cokolwiek oprócz leżenia i patrzenia w sufit. Co jest dokładnie najgorszym, co mógłbym robić, ale wszystko inne wymaga energii, której nie posiadam.

Nie chcę nikogo obwiniać, nie chcę się usprawiedliwiać, domagać taryfy ulgowej, etc. Niemniej jednak wskutek różnych okoliczności paskuda wróciła, usiłuje mnie znowu redukować do roli roślinki, która odżywia się zupkami w proszku i mrożoną pizzą (wiedzieliście, że depresja powoduje między innymi problemy z odczuwaniem smaku potraw? że wszystko smakuje tak samo, co kusi, aby wybierać produkty tanie, słone i pikantne, bo słone i pikantne przynajmniej ma smak słony i pikantny?), popija je winem (alkohol powoduje, że chwilowo czujemy się lepiej, tyle, że następnego dnia dla odmiany czujemy się gorzej, więc kupujemy więcej alkoholu, etc.), a większość czasu spędza w piżamie na gapieniu się w sufit i katowaniu się myślami o własnej beznadziejności. Nie, moja droga. Nie tym razem. Dostałaś parę tygodni na działanie, ja się upewniłem, że to ty, a nie zwykły smuteczek i zmęczenie. Wystarczy. Od jutra zaczynamy dawać ci wpierdol za pomocą Aurorixu, a pod ręką mamy terapeutę oraz moją kochaną przyjaciółkę Cristi, która też spędziła kawał życia ze zdzirą i wie, o czym mowa.
Tagi: depresja
15:42, navaira
Link Komentarze (16) »